Prawo biznesu Wywiady

„Pozwól sobie pomóc, zamiast wykonywać działania, które mogą okazać się błędne – stawka jest zbyt wysoka” – rozmowa z radcą prawnym Tomaszem Palakiem

Martyna Kosienkowska
tomasz_palak_wywiad

Niejasne przepisy, niezrozumiały język, nieuczciwa walka – to codzienność przedsiębiorców w Polsce. Wciąż rzuca się im pod nogi nowe kłody: a to RODO, a to BDO, a to CRBR i pewnie jeszcze parę innych skrótów, które mało kto potrafi odczytać i w których mało kto widzi sens. A gdyby w całym tym zamęcie mieć przy sobie człowieka, który nie dość, że mówi po ludzku, to jeszcze naprawdę chce pomóc? Zapraszam na rozmowę z radcą prawnym Tomaszem Palakiem.

Jak to jest z tymi prawnikami? Ludzie bardziej Pana nie lubią czy bardziej się boją?

(Uśmiech) To zależy, czy zdążą mnie poznać. Z reguły rzeczywiście prawników jako takich ludzie trochę się boją, a trochę nie lubią, bo kojarzą im się z osobami przemądrzałymi, groźnymi lub kosztownymi. To krzywdzący stereotyp.

Wydaje mi się, że kiedy ludzie zdążą już ochłonąć z tej tragedii, że jestem prawnikiem, to jednak przekonują się, że nie jest tak źle.

Jest Pan bardzo popularny w internecie – występuje na I Love Marketing, Infoshare, pisze do Marketing i Biznes, prowadzi blog. Czy to Pana sposób na biznes?

Ja po prostu lubię się produkować – pisać, nagrywać i tak dalej. To nie był jakiś plan pod tytułem: „Dzisiaj stworzę taki i taki wpis i będzie z niego tylu i tylu klientów”, bo nie da się w ten sposób.

Natomiast uważałem, że warto o pewnych rzeczach – ważnych dla ludzi – mówić. I rzeczywiście z tego powodu pojawiają się klienci. Częściej o mnie słyszą po prostu. Kiedy szukają czegoś, co jest ich problemem, znajdują moje wpisy czy wystąpienia. To wzmacnia wiarygodność.

Dlatego zaczął Pan prowadzić blog?

Powstał, bo dużo publikowałem, tylko w różnych miejscach. To było rozproszone. Stwierdziłem, że czas najwyższy skumulować to w pewną całość, aby znalazło się w jednym miejscu pod moją marką osobistą.

Piszę różne teksty, nie tylko prawne, ale też, górnolotnie czy żartobliwe mówiąc, publicystyczne. Wydawało mi się, że brakuje w internecie miejsca, w którym z jednej strony czytelnik może o poważnych sprawach – do jakich z pewnością należy prawo – przeczytać artykuł napisany po ludzku, a z drugiej, jeśli ma taką wolę, zainteresować się tekstami dotyczącymi po prostu życia.

No właśnie „po ludzku”. Podkreśla Pan też na blogu, że o prawie można mówić jasno.

Język prawniczy z zasady jest dość skomplikowany. Te słowa, które znamy z języka potocznego, mogą mieć w prawie zupełnie inne znaczenie. I rzeczywiście jeśli prawnicy porozumiewają się ze sobą, może to sprawiać wrażenie używania pewnego szyfru. Problem pojawia się wtedy, kiedy zapominają, że przydałoby się też, żeby rozumieli ich klienci.

Coraz częściej jest tak, że klient nie tylko oczekuje, że sprawa „się załatwi”, ale że on będzie częścią tego procesu, będzie na bieżąco, będzie miał możliwość brania w nim udziału i przede wszystkim będzie go rozumiał. Warto więc dążyć do tego, żeby komunikacja pomiędzy prawnikiem a jego klientem była przejrzysta.

Język jest tutaj jednym z pierwszych kroków.

Pana język bywa bardzo bezpośredni i prosty, w dobrym tego słowa znaczeniu. To taki Pana wyróżnik. Słuchając Pana wielokrotnie, miałam wrażenie, że dostosowuje Pan sposób komunikacji, słownictwo, styl do sytuacji i do osoby, z którą rozmawia.

Staram się, żeby ludzie mnie rozumieli. Mam chyba do tego jakąś wrodzoną tendencję i potrzebę.

Napisał Pan na swojej stronie: „Klienci cenią sobie moje zaangażowanie, wykraczające poza ramy tradycyjnej obsługi prawnej oraz elastyczną reakcję na zmieniające się realia”. Co to konkretnie oznacza?

To, za co wielokrotnie klienci mi dziękowali, to fakt, że przychodzili do mnie z potrzebą prawną, a ja oprócz pomocy prawnej starałem się pomóc im całościowo, na przykład poprzez poznanie ich z kimś, kto może być ich produktem zainteresowany, albo wskazanie obszarów biznesu, które wymagały naprawy, chociażby kwestii księgowych. To nie leży w zakresie moich obowiązków, nikt mi za to nie płaci, ja po prostu chcę pomóc. Wierzę w tę ideę i te biznesy, z którymi ludzie się do mnie zgłaszają.

Natomiast co do reagowania na realia chodzi o to, że zwłaszcza w kreatywnej branży, technologicznej branży – w praktyce niejednokrotnie zdarza się, że pomysł, z którym klient przychodzi, to nie jest ten sam, z którym później wychodzi do ludzi. Prawnik może mieć udział w jego modyfikacji czy nawet poważniejszym przekształceniu, w związku z tym, co dzieje się dookoła.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)
Stworzył Pan też 3 kursy dotyczące prawa…

Tak. Dostałem taką propozycję i ją przyjąłem. Zaczęliśmy niejako próbnie od pierwszego, a później okazało się, że jest zainteresowanie, więc powstały dwa kolejne.

W tych kursach umieściłem to, co uważałem za najbardziej przydatne dla konkretnych grup: osób sprzedających przez internet, rozpoczynających swoją działalność i freelancerów.

W nagraniach jest to, co powinno spowodować, że jak się trochę w danym temacie człowiek osłucha i będzie na niego gotowym, to po prostu będzie prowadził biznes bez specjalnych obaw.

Co powinien wiedzieć w kwestii prawa przedsiębiorca, który właśnie startuje ze swoją firmą?

Tego jest niestety w naszym kraju mnóstwo (uśmiech). Można zacząć już od etapu samego wyboru formy działalności, formy, w jakiej będzie się opodatkowanym, poprzez to, w jaki sposób uregulować temat swojego biura lub braku biura, uporządkować relacje prawne z kontrahentami, z podwykonawcami, z pracownikami, kończąc na temacie zastrzeżenia swojej nazwy i pilnowania tego, żeby nikt się pod nas nie podszywał…

Jest tego bardzo dużo i jestem przekonany, że w tej chwili z pamięci pewnie nie wymieniłem wszystkiego.

A gdyby miał Pan dać osobom rozpoczynającym działalność jedną radę prawną, czego by dotyczyła?

Radziłbym przede wszystkim, żeby prawa nie zaniedbywać i nie zostawiać na potem, bo to się zemści. I żeby pozwolić sobie pomóc, zamiast wykonywać improwizowane działania, które mogą okazać się błędne – stawka jest zbyt wysoka.

Dlaczego wybrał Pan w życiu prawo?

Dostałem się również na ekonomię, ale wcale nie byłem pewien, czy chcę być ekonomistą. Tak samo zresztą nie byłem pewien, czy chcę być prawnikiem (uśmiech). Ale wiedziałem, że po prawie można robić więcej rzeczy i przedłużyć sobie moment decyzji.

Czy jest Pan dobrym prawnikiem?

Myślę że tak.

A po czym przeciętny Kowalski może poznać, że prawnik jest dobry?

Warto skupić się na tym, kto danego prawnika poleca i czy w ogóle ktoś taki się znajdzie. Bo jeśli adwokat czy radca coś zrobił dobrze, to nie ma problemu z tym, że będzie polecany.

Natomiast jeśli nie posiada żadnych rekomendacji – czy to w Google’u, czy na samej stronie internetowej – to być może nie ma się czym pochwalić.

Choć oczywiście jest też druga możliwość – dopiero zbiera takie rekomendacje.

To już jest naszą decyzją biznesową, czy damy mu szansę i ewentualnie dołączymy do osób rekomendujących, czy jednak trochę się obawiamy tego, że dany człowiek jest nowy.

Osobiście, szukając eksperta z jakiejś branży, nie mam problemu z tym, że nie znajduję rekomendacji. Ale każdy sam musi zdecydować, czy chce podjąć takie ryzyko.

Na czym właściwie polega siła prawnika – na tym, że bardzo dobrze zna przepisy i skrupulatnie się ich trzyma, czy na tym, że kreatywnie między nimi lawiruje, jakoś je łącząc?

To zależy trochę od rodzaju prawnika, bo są tacy, których siła polega właśnie na tym, że – w dobrym tego słowa znaczeniu – robią w kółko to samo. W związku z tym trudno jest ich czymkolwiek zaskoczyć. Przychodzi się do nich z jakimś tematem, myśli się, że jest oryginalny, a oni w ciągu ostatnich 30 lat widzieli go już kilkadziesiąt razy. To jest oczywiście ich przewaga.

Natomiast są też tacy prawnicy, których zadanie polega na wymyślaniu od zera rozwiązań bardziej kreatywnych. Często są to ci, którzy mają jakieś powiązanie z nowymi technologiami. Wymuszają one na wszystkich, łącznie z prawnikami, tworzenie czegoś nowego, a to bardzo interesujące.

Trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie na Pani pytanie, bo z jednej strony na pewno urokiem i przewagą prawnika może być fakt, że po prostu wie od dawna pewne rzeczy, a z drugiej strony plusem może być pewna umiejętność przełożenia skomplikowanych rozwiązań na nie mniej skomplikowany język prawniczy i zrobienia z tego czegoś, co po prostu będzie mimo wszystko działało.

W Pana przypadku to jest bardziej ta druga forma, prawda? Bo spora część spraw, jakimi się Pan zajmuje, jest związana z mediami społecznościowymi, które ciągle się zmieniają.

Myślę, że jestem gdzieś pośrodku. No bo jeżeli chodzi na przykład o umowy pomiędzy agencją marketingową a grafikiem czy fotografem, regulaminy i konkursy w social mediach no to tu już po prostu mam doświadczenie i możliwość zadysponowania swoją wiedzą.

To są wprawdzie sprawy, w których niejednokrotnie są potrzebne rozwiązania kreatywne, ale ja akurat w tych zakresach miałem już sporo okazji pokombinować i często jeśli słyszę jakieś pytanie z tego obszaru, to mogę się oprzeć na doświadczeniu.

W tej chwili jest Pan znany głównie jako ekspert od prawa w internecie. Chwilę już z niego korzystamy, to nie jest drugi rok, a jednak ciągle łamiemy przepisy. Dlaczego?

To nie jest drugi rok, to prawda. Natomiast nie ma świadomości, nie ma wiedzy i nie ma tak naprawdę źródeł, jak tego prawa nie naruszać. Te źródła, które są, wracają do punktu, w jakim byliśmy wcześniej, i nie zawsze są przejrzyste. Dochodzi więc do sytuacji, w której nawet jeśli ktoś chce, to wcale niekoniecznie może zdobyć na ten temat wiedzę. To po pierwsze.

Po drugie, konsekwencje ewentualnych naruszeń prawa w internecie dotąd nie zawsze były poważne, więc niektórym, choć nawet byli świadomi, że popełniają te naruszenia, po prostu się to opłacało.

I po trzecie, na szczęście ta świadomość ryzyka się zwiększa w porównaniu z tym, co działo się jeszcze kilka lat temu. Coraz częściej widzę, że ludzie są w ogóle tym tematem zainteresowani. Coraz częściej prowadzę szkolenia na temat tego, jak prawa w sieci nie łamać. Klienci coraz częściej pytają mnie o prawo w internecie.

A w jakim stopniu polskie przepisy są dostosowane do tego wszystkiego, co dzieje się w sieci?

Jakieś przepisy są, ale trzeba je zbierać z różnych miejsc, są rozproszone, nie ma na przykład ustawy o social mediach czy czegoś podobnego. Trzeba to, że tak powiem, zbierać w kupę z licznych różnych rozwiązań.

Być może warto byłoby zastanowić się nad jakimś połączeniem tego w całość, ale to też wiązałoby się z uaktualnieniem, a to z kolei mogłoby spowodować zamieszanie, bo zawsze jest ryzyko, że uaktualnienie spowoduje, że temat zatrzyma się w miejscu i że te przepisy za 5 lat nie będą aktualne. A w tej chwili jest tak, że co prawda przepisy są rozproszone, ale są też na tyle ogólne, że nie straciły na aktualności.

Tak samo mówił Pan w jednym z wywiadów o RODO: że nie narzuca sztywnych rozwiązań, że jest dość luźno sformułowane.

Tak, właśnie. Wcześniejsze regulacje, które obowiązywały przed wejściem RODO, zdążyły się na tyle zestarzeć, że stały się nieaktualne i przez to były tak oderwane od rzeczywistości, że po prostu wiele osób nie było w stanie ich przestrzegać.

Określono w nich nawet, na ile kluczyków powinny być zamknięte segregatory, w ilu szafkach i tak dalej. Niewiele to miało wspólnego z działalnością wielu firm, które nawet nie mają segregatorów.

I w końcu dwa lata temu rozpętała się burza, tuż przed wejściem nowych przepisów. Było mnóstwo kursów o RODO, szkoleń, wszyscy uczyli RODO. Powstało EldoRodo, jak to Pan kiedyś zgrabnie ujął. Czy to już jest koniec tego szaleństwa?

Na pewno jest już trochę spokojniej. Skończyło się straszenie tym, że z dnia na dzień będą kary. Ci, którzy znali się na temacie, wiedzieli, że te kary nie będą z dnia na dzień i że nie będą bez powodu. Więc, powiedzmy, takie mocne straszenie się skończyło.

Natomiast temat RODO cały czas jest aktualny.

Po pierwsze powstają nowe działalności, które chciałyby już na starcie się tym zająć, żeby nie musieć tego ratować za jakiś czas.

Po drugie RODO to jest proces, który powinien być co jakiś czas odświeżany. Moi klienci sprzed dwóch lat wciąż są ze mną w kontakcie i proszą o spojrzenie na temat na nowo albo uwzględnienie nowych elementów, bo na przykład uruchomili nowy produkt dystrybuowany w inny sposób.

Po trzecie czasem trzeba trochę tam posprzątać po tym, jak to wdrożenie RODO było przeprowadzane na wariata.

A czy w kwestii RODO strach ma tylko wielkie oczy, czy rzeczywiście jest się czego bać?

Czy strach ma wielkie oczy? Niektórym się opłacało, żeby miał. Po to, żeby sprzedać swoje produkty, czy żeby na tej RODOpanice zarobić.

Do RODO należało się oczywiście dopasować, ale jeśli przestrzegało się polskich przepisów obowiązujących jeszcze 2 lata temu, to w większości przypadków nie było potrzeby wprowadzania drastycznych zmian.

Główny problem z RODO – jeśli w ogóle mogę użyć określenia „problem” – był taki, że po prostu tematem ktoś się musiał zająć, a wcześniej najczęściej nikt się nie zajmował. I nagle przy okazji RODO odżyły przepisy, które istniały od dawna – ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną, prawo telekomunikacyjne, przepisy z prawa autorskiego o rozpowszechnianiu wizerunku.

Te wszystkie przepisy się absolutnie nie zmieniły w ostatnich latach, ale nagle wzrosła świadomość ich istnienia. Ludzie zdali sobie sprawę z tego, że a to kwestie spamu, a to kwestie telemarketingu, robienia innym zdjęć na wydarzeniach – to wszystko są przepisy, które są w innym miejscu niż dane osobowe.

Pod tym względem RODO zrobiło świetną robotę.

À propos robienia zdjęć w miejscach publicznych… Napisał Pan na bloga Coraz Lepszej Firmy artykuł dotyczący tego, jak legalnie używać obrazków z internetu. Mimo wszystko ten temat jest ciągle trudny, nawet dla mnie, redaktora bloga. Czasem mam wątpliwości, czego mogę używać, jak to podpisać, czy jeśli podpiszę, to wystarczy, czy nie. Jest jakaś zasada, którą możemy się kierować, aby mieć pewność, że używamy obrazów legalnie?

Zasada jest taka, że trzeba się zastanowić nad prawami osoby, która wykonała zdjęcie, i ewentualnie osoby, która na nim jest.

Jeśli na zdjęciu jest jakiś człowiek, to trzeba się zastanowić, czy wyraził zgodę na publikację, czy ewentualnie to dane zdjęcie możemy zaliczyć do jakiegoś wyjątku, gdzie tej zgody nie trzeba.

Natomiast co do tego, czy autor zdjęcia zgodził się na jego dystrybucję, to naprawdę niejednokrotnie jest kwestia dwóch kliknięć więcej w wyszukiwarce Google’a. Jeżeli wyszukujemy słowo „szklanka”, to Google zakłada, że chcemy się dowiedzieć, co to jest i jak wygląda, więc nam tę szklankę pokazuje. Ale jeżeli chcemy tej szklanki użyć np. na swojej ulotce, no to trzeba Google’owi o tym powiedzieć, i to są dwa kliknięcia, o których pisałem we wspomnianym przez Panią artykule.

Zdjęcia to jest raz. A jeśli chodzi o grafiki, których używamy w artykule dla zilustrowania czegoś, albo o dane pochodzące z opracowanych przez kogoś badań, albo o wykres z nich zaczerpnięty? Czy możemy to zrobić, oczywiście wskazując pierwotne źródło?

Tutaj muszę odpowiedzieć jako prawnik: to zależy (uśmiech). A zależy od tego, na jakich zasadach ta osoba pierwsza się tym podzieliła. Ona może powiedzieć, że nie ma problemu, że się zgadza, a mogła powiedzieć, że sobie nie życzy korzystania z jej pracy. I tutaj trzeba to po prostu zweryfikować.

Czyli albo szukamy jakiejś informacji na stronie, albo kontaktujemy się z autorem?

Tak.

A jeśli tego nie zrobimy, to jaka jest szansa, że poniesiemy przykre konsekwencje?

Coraz większa w gruncie rzeczy.

Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której ja jestem złym prawnikiem (śmiech).

(śmiech) No nie mogę sobie tego wyobrazić!

No trudno (śmiech).

Jestem złym prawnikiem i udaję się do zespołu piłkarskiego FC Barcelona. I mówię: „Słuchaj, menadżerze czy tam szefie FC Barcelony: w Polsce na Allegro i na pierwszej lepszej hali targowej jeżdżą nielegalne koszulki z twoim logo za 10 złotych. Ja się mogę zająć ściganiem tego. Ty dostaniesz z tego 90%, ja dostanę 10%. Wystarczy, że mi tu podpiszesz”. No przecież każdy się zgodzi. Taka jest prawda. I wiele modeli współpracy przy ściganiu naruszeń praw autorskich na tym polega.

My w Polsce nadal sobie myślimy, że to jest trzeci świat i nikt się nami nie interesuje (śmiech), ale to nie do końca tak wygląda, bo po prostu drugiej stronie ściganie się opłaca. Prawnik ma pracę i te 10%, a to czasem niezłe pieniądze, natomiast właściciel praw nic nie robi i dostaje większość.

Z drugiej strony wydaje się, że czasem instytucje zajmujące się zbiorowym zarządzaniem prawami autorskimi twórców też popełniają błędy.

Tak. Zdarza się, że podmioty odpowiedzialne za to, żeby zbierać od przedsiębiorców pieniądze i dawać je autorom, nie zachowują się tak jak powinny, to znaczy nie jest przejrzyste, na jakich zasadach te pieniądze trafiają do autorów, pojawia się wymuszanie tych opłat związane z grożeniem policją albo udawaniem przez te podmioty urzędników.

Przedsiębiorcy są zmuszani do zawierania umów – próbuje się wywołać u nich wrażenie, że nie mają wyboru, że przychodzi do nich urząd. A przychodzi po prostu przedstawiciel stowarzyszenia.

Nie słyszałam nigdy o takich sprawach.

Ludzie kojarzą, że ponosi się jakieś tam opłaty na rzecz ZAiKS-ów, ale zazwyczaj nie poświęcają temu uwagi. Płacą, bo myślą, że trzeba. I rzeczywiście bardzo często trzeba, ale zdarza się, że przychodzi kilka podmiotów, które nawzajem się wykluczają, i każdy z nich mówi, że trzeba płacić, albo te opłaty są źle naliczane.

Miałem takiego klienta, któremu naliczono opłatę od klubu muzycznego za kilka lat i za każdy dzień w tygodniu, a ten klub był czynny tylko w soboty.

Przedsiębiorcy muszą być czujni na każdym kroku. Na co powinni zwrócić uwagę, jeśli mają swoje strony internetowe i chcą działać zgodnie z prawem?

Jeśli na tej stronie internetowej są treści ich autorstwa, to warto by było, żeby ułatwili zadanie tym, którzy chcieliby z tych treści skorzystać. Mogą po prostu napisać, czy wyrażają na to zgodę, a jeśli tak, to na jakich zasadach.

Jeśli przy pomocy strony zbierane są jakieś dane – a na 99% tak właśnie jest, bo wystarczy, żeby były cookies albo formularz kontaktowy – to warto by było powiedzieć, kto przetwarza te dane, na jakich zasadach, jak długo, po co, czyli krótko mówiąc, sporządzić dokument polityki prywatności, cookies.

Jeśli oczekują tego, żeby na ich stronie obowiązywały jakieś zasady, na przykład w zakresie kultury wypowiedzi, no to wypada mieć regulamin. A jeśli przez stronę coś sprzedają, to po prostu trzeba, bo takie są przepisy prawne, określić w regulaminie, kto jest stroną transakcji, w jaki sposób można odstąpić od umowy, jak wyglądają dostawy, reklamacje, tego typu kwestie.

Czy są takie rzeczy, o których Pana klienci zapominają notorycznie?

Ludzie najczęściej nie myślą o tym, że w ogóle coś robią, nie pamiętają o tym, że coś robią, na przykład, że w 99% przetwarzają dane. I ktoś mi mówi: „Nie, ja to nie mam z tym nic wspólnego”. A ja pytam: „A formularz kontaktowy pan ma?”. Czyli jednak. Albo: „Ja na pewno nie mam żadnych tych wszystkich cookies, ja nie potrzebuję tej belki”. A ja pytam: „A w jaki sposób sprawdzasz statystyki swojej strony?” „No, w Google Analytics” – słyszę na to.

Czasami więc ludzie nie zdają sobie sprawy, że coś robią. Myślę, że przedsiębiorcy często nie mają po prostu wolnej chwili, żeby przysiąść, zastanowić się, zrobić sobie rachunek sumienia: co do mnie trafia, czego oczekuję w zamian. Nie ma tego czasu, bo własna firma to po prostu twardy kawałek chleba i mnóstwo różnych obowiązków wynikających z prawa.

Dlatego prawnik się przedsiębiorcy przydaje – albo żeby zrobić w całości tę pracę za niego, albo żeby przynajmniej zacząć zadawać niewygodne pytania.

Są też takie obowiązki prawne, co do których jest po prostu mała świadomość. Na swoim blogu mam artykuł pt. Obowiązek, którego nie spełniasz w regulaminie sklepu. Chodzi o to, że jest przepis unijny, który zobowiązuje nas, przedsiębiorców sprzedających przez internet, żebyśmy umieścili na stronie zapis o drodze polubownego rozwiązywania sporów, np. pomiędzy sprzedawcą butów z Polski a Portugalczykiem, który je kupi.

Nie jest tak, że za jego brak pójdzie się do więzienia, ale jednak warto trzymać się przepisów ze względu na kary finansowe. Przedsiębiorcy nie mają jednak szans, żeby wiedzieć o wszystkim. Mają tak dużo na głowie, że trudno jest się w tym połapać.

Czy uważa Pan, że warto aby przedsiębiorca miał prawnika już od samego początku, nawet zanim jeszcze założy działalność?

Tak, zdecydowanie. Dlatego, że prawnik może się przydać już na etapie wyboru formy prawnej działalności czy sporządzania umowy pomiędzy przedsiębiorcą a wspólnikiem lub pracownikiem.

Moim zdaniem im szybciej prawnik się pojawi, tym lepiej. To oczywiście jest koszt, ale w większości przypadków ten koszt i tak nastąpi, tylko później i w znacznie wyższej kwocie, jeśli okaże się, że trzeba będzie gasić jakiś pożar.

Wtedy prawnik będzie miał więcej pracy i pilniejszą pracę, dlatego też będzie oczekiwał większego wynagrodzenia. Z reguły jest tak, że lepiej jest mieć porządną umowę, przewidującą więcej scenariuszy na zapas, niż potem się kłócić, co która strona miała na myśli.

Poza tym jeżeli sporządzimy sobie na początku takie umowy czy wzory umów, to później możemy wielokrotnie z nich korzystać, czy tak?

Oczywiście. Jeśli kupuje się u prawnika sporządzenie umowy z klientem, to często przydaje się ona przy kolejnych klientach.

Przepisy w Polsce zmieniają się dość szybko. Pomińmy te, które są związane z koronawirusem. Czy w 2020 roku czeka nas coś dobrego, jeśli chodzi o prawo?

Przedsiębiorca ma do spełnienia zdecydowanie zbyt wiele obowiązków prawnych. A raz na jakiś czas pojawiają się nowe sensacje. A to BDO, czyli rejestr odpadów, a to Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych, czyli CRBR.

To nie wyklucza kroków, które mogą być dobre. Na przykład teraz z uwagą śledzę pomysł pojawienia się sądów wyspecjalizowanych w sprawach dotyczących praw autorskich. Byłoby, mam nadzieję, tak, że jeśli np. mój klient twierdziłby, że ukradziono mu program komputerowy i pozwał kogoś, to nie spędzalibyśmy ¾ czasu sądzenia się na tym, żeby wytłumaczyć sędziemu, o co chodzi. Bo sędzia znałby już specyfikę praw autorskich i programów komputerowych.

Generalnie jestem zwolennikiem tego, żeby takie sprawy rozstrzygały osoby się w tym specjalizujące, podobnie mogłoby być przy kredytach frankowych, ubezpieczeniach i tak dalej. Zresztą przy kredytach frankowych już tak nieformalnie się dzieje, że trafiają do konkretnych sędziów, którzy wgryźli się w temat od A do Z (śmiech). Jeśli ktoś się na tym zna, to czemu miałby tego nie analizować?

Adwokaci, radcowie prawni też specjalizują się w określonych obszarach prawa. Jeżeli do mnie trafi klient, który powie, że chciałby zająć się tematem spadku czy rozwodu, to przekieruję go do kolegi. Dlaczego więc oczekuje się od sędziów, że będą się znali jednocześnie i na tematach spadkowych, i na tematach dotyczących praw autorskich?

A jacy klienci zgłaszają się do Pana najczęściej?

Przedsiębiorcy, którzy oczekują stałej, bieżącej obsługi, niekoniecznie tylko dotyczącej internetu, ale takiej… po prostu obsługi. Oprócz tego są to głównie ludzie w jakiś sposób powiązani z internetem, czyli marketing, blogerzy, ale też start-upowcy czy osoby związane z nowymi technologiami.

Jak dużo Pan na co dzień pracuje?

Trudno mi powiedzieć, bo ja po prostu to lubię. Chyba sporo, ale jest też sporo takich obszarów, w których ten czas oszczędzam.

Na przykład nie palę papierosów, więc nie urządzam sobie co chwila wyjścia na fajkę. Nie stoję też w korku do pracy, bo mieszkam obok biura i docieram do niego w minutę na piechotę.

Naprawdę trudno jest mi odpowiedzieć, ile pracuję, bo kiedy jest się na swoim, to jest szalenie nieregularne i ta granica jest trudna do ustalenia. Zdarzają się oczywiście dni, kiedy siedzę do późna przed komputerem, a zdarzają się też takie, kiedy z jakichś powodów, na przykład gdy muszę coś załatwić na mieście, tego komputera w ogóle nie włączam.

Najważniejsze jest to, żeby na tej nieregularności nie tracili klienci i żeby z ich punktu widzenia regularność była zachowana w tym znaczeniu, że jeśli mówię, że coś będzie za dwa dni, to żeby było.

Czyli jeśli napiszę do Pana w sobotę o 20:00 z jakąś sprawą prawną, to jest szansa, że mi Pan odpisze?

Tak, owszem. Ale jest też możliwe, że odpiszę: „Ok, zajmę się tym, ale o szczegółach pogadamy później” (uśmiech).

Rozmawiała: Martyna Kosienkowska

Pobierz bezpłatny poradnik
"Program Naprawy Zysków"

Małe kroki, które prowadzą do wielkich zmian.

pcu_form
Zapisując się na kurs, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.