Wywiady

„Szczęście w życiu to jest coś do roboty, ktoś do kochania i coś, na co się czeka” – rozmowa z Miłoszem Brzezińskim

Martyna Kosienkowska
brzezinski-m

Moglibyśmy być szczęśliwi, ale… Ale mamy za mało czasu, za dużo obowiązków, za mało pieniędzy, za dużo na głowie… A może mamy tylko zbyt wiele „ale”? Może czegoś nie dostrzegamy, coś przegapiliśmy? Miłosz Brzeziński barwnie rozwiewa te wątpliwości, zahaczając przy okazji o żuki gnojarze, pracę na galerach i kanapeczki dla 24-letniej córeczki.

Wydaje nam się, ja przynajmniej tak myślałam, że przedsiębiorcy są jak superbohaterowie – wprawdzie zapracowani, zabiegani, ale tak naprawdę nadludzko silni. W rzeczywistości okazuje się, że nawet mając supermoce, często nie są w stanie poradzić sobie ze wszystkimi obowiązkami. Jak im pomóc albo jak sami mogą sobie pomóc?

Niestety, nie wiadomo, jak to zrobić. Wygląda na to, że będąc przedsiębiorcą, zwłaszcza takim, który swój biznes rozkręca, trzeba pracować dużo w ciągu doby. O wiele dłużej niż osoba na etacie.

Gdy ktoś zaczyna pracować na swoim, to z jednej strony chciałaby mieć wolne, a z drugiej strony chciałaby, żeby było zrobione. Nie ma sposobu, żebyśmy te dwie kwestie pogodzili, póki nie ustalimy sobie jakichś twardych reguł. No i tu pewnie przyszłoby nam do głowy pytanie, jakie te reguły miałby być, żeby to zadziałało.

Tak, rzeczywiście, przyszło (uśmiech).

Tych reguł też niestety nie ma, ponieważ życie jest życiem. Mogę ustalić na przykład, że do 18:00 coś zrobię, ale jak mnie głowa boli, to nie zrobię. Jak moja córka zapomni kluczy do domu, to też nie zrobię. A jak mi się samochód po drodze zepsuje, to tym bardziej nie zrobię.

W dużej mierze nasza praca nad sobą polega na tym, żeby oceniać i dochodzić w życiu do tego, które problemy są naprawdę ważne i których nie da się ominąć, np. obowiązków związanych z rodziną, szeroko pojętą. Choć i tu warto pamiętać, że niektóre z nich są raczej wymówką. Na przykład, kiedy ktoś mówi: „Oj, nie mogę teraz pracować, bo muszę córeczce zrobić kanapeczki”. A potem okazuje się, że córeczka ma 24 lata…

Może wymówki wynikają z tego, że przedsiębiorcy czują się przytłoczeni obowiązkami?

Tak naprawdę może być miliard powodów takiego poczucia. Czasami biznes się nie kręci i próbujemy dopychać go kolanem, żeby się kręcił. Czasami nie mamy doświadczenia, więc robimy rzeczy, których nie powinniśmy robić albo które moglibyśmy outsource’ować (na przykład księgowość czy sprzedawanie), żeby mieć więcej czasu i żeby robić to, co jest ważne.

Oczywiście, niektórzy pomyślą: „Nikt nie będzie sprzedawał tak dobrze jak ja”. Może nikt nie będzie, ale może wystarczy, że ktoś będzie sprzedawał w 80% tak dobrze, jak taki przedsiębiorca.

Choć do pewnej części wiedzy rzeczywiście tylko my mamy dostęp. Jesteśmy w pewnych obszarach naprawdę niezastąpieni. Nie tylko dlatego, że tylko my potrafimy coś zrobić, ale także dlatego, że nikt inny nie jest w stanie się tego nauczyć.

Przedsiębiorcy, nawet mikroprzedsiębiorcy, to ludzie, którzy zajmują w swoich firmach najwyższe stanowisko. Tylko oni mają szansę mieć jakąś wizję tego, co się stanie na rynku za jakiś czas, w co dany produkt ewoluuje, czego klienci zaczynają potrzebować.

Na szczycie trzeba mieć dużo czasu na to, żeby, jak to się brzydko mówi, nic nie robić. Żeby sobie obejrzeć pismo branżowe. Ale nie tak, żeby się powyśmiewać, z takim polskim sarkazmem, że „ooo, znowu jemioły nie rozumieją, o co w tym chodzi”, tylko żeby dać się zaskoczyć, poszukać takich rzeczy, z których inni sobie nie zdawali sprawy, na które nie zwrócili uwagi.

Wielu przedsiębiorców nie potrafi zwolnić tempa, nie mówiąc już o odpuszczaniu, nicnierobieniu…

Zazwyczaj, kiedy rozkręcamy firmę, to musimy robić wszystko. Okazuje się jednak, że często lepiej radzą sobie te osoby, które mają dobrze rozwinięty mięsień wskazującego palca, które czują, że nie wszystko musi być zrobione „po mojemu”.

Jest takie porównanie, które przychodzi mi na myśl. Wiąże się z „lubialnością”. Lubialność w szkole – wtedy pierwszy raz stykamy się z tym zjawiskiem – może się wiązać z dwoma biegunami. Na jednym ktoś coś ma, np. jest bogaty, ma rodzinę w Stanach albo – kiedyś – w Niemczech i dostaje paczki z Berlina. Z tego powodu ta osoba ma swoich followersów, którzy za nim chodzą i do których mówi: „Dzisiaj przyniosłem gumkę, która pachnie konwaliami; dzisiaj biały piórnik; a dzisiaj magnesik”.

Na przeciwległym biegunie lubialności są ludzie lubiani dlatego, że dają innym szansę partycypacji w grupie. Myślą o wszystkich. Kiedy grupa gra w koszykówkę i jest 7 osób, to ta właśnie osoba powie niby to przypadkiem: „A może pogramy z sędzią, bo ostatnio nam coś nie szło”, i zaproponuje osobie, która nie lubi grać, żeby została sędzią, sprawiając radość wszystkim.

Myślę, że myślenie przedsiębiorcze w dużej mierze na tym polega. Muszę być zadaniowy, bo to są jednak moje pieniądze. Nikt inny nie dostanie tak bardzo po kieszeni jak ja. Z drugiej strony, niestety, ludzie lepiej funkcjonują, kiedy realizują własne, a nie cudze pomysły. Gdy ja jako pracownik dostanę pomysł przedsiębiorcy, szefa, to będę chciał go tak oswoić, żeby był taki bardziej „mojszy”, niż był do tej pory.

I dlatego powiedziałem, że często lepiej, jeśli chodzi o porządkowanie swojego czasu, radzą sobie ludzie, którzy mają wypracowany mięsień palca wskazującego, czyli mniej robią sami, a bardziej są chętni pokazywać innym, co mają robić. I są wprawni w tym pokazywaniu. I najczęściej wymyślają ludziom takie zadania, które tym ludziom pasują, zostawiając dużo swobody.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Kiedy przedsiębiorca chce robić wszystko sam, co prawda może powiedzieć: „O, ile zaoszczędziłem, bo mogłem komuś zapłacić, a zrobiłem to sam”, ale w ten sposób uzyskuje efekt kaczki. Biegam, latam, nurkuję, ale wszystko dziadowsko mi wychodzi. Lepiej – jak mówią Chińczycy – wykopać jedną studnię na 60 metrów niż 6 studni na 10 metrów. I to jest trudne. Zwłaszcza dla osób, które chcą być we wszystkim dobre i uważają, że to jest dobry pomysł. Nie tylko trzeba część zadań komuś oddać, ale też przepracować w głowie taką myśl, że jak to jest nie moje, to też może być dobre.

Czasami do oddelegowania pewnych obowiązków zmusza przedsiębiorców czas, a raczej jego brak…

Dużo czasu w sumie nigdy nie będziemy mieli. Ja wiem, że z takiego humanistycznego punktu widzenia człowiek ma tęsknotę za wolnością. Że chciałby być takim przedsiębiorcą, który jest wolny od wszystkiego. Ale żaden człowiek nie jest wolny od wszystkiego. Nie możemy się wywikłać z pewnych spraw. Wywikłamy się z jednego, zaraz się uwikłamy w drugie. Możemy za to zoptymalizować część obowiązków i znaleźć radość w robieniu tego, co nam pasuje.

Bo moglibyśmy robić takie rzeczy, które w ogóle nam nie odpowiadają, i nie mielibyśmy wtedy szansy mieć firmy, która chociaż w części spełnia nasze potrzeby. Warto pielęgnować uważność na to, że ta moja praca jest taka o, że ja sobie w sumie siedzę, że nie mieszkam w Sudanie, nie grzebię w ziemi, nie szukam pędraków. Jak to mówią na galerach: „Ciężka robota, ale przynajmniej się nie kurzy”.

Tak samo tutaj. Praca jest ciężka, ale taki to już po prostu człowieczy los. Życie jest cierpieniem. Więc od czasu do czasu czujemy się sfrustrowani, robimy coś, a to nie przynosi efektu, albo chcielibyśmy więcej, ale rynek nie chce, i nam się wydaje, że to jest nasza wina, bo jak byśmy na coś wpadli, to ten rynek może by chciał.

Czy jest jakiś sposób, żebyśmy jednak częściej na to „coś” wpadali?

Dobrze jest rozmawiać z innymi ludźmi, żeby szukać pomysłów. Sami nie tylko wszystkiego nie zrobimy, ale też nie na wszystko wpadniemy.

Czytam czasami takie rady, żeby raz dziennie mieć jakiś pomysł marketingowy na promowanie swojego produktu. Raz dziennie to nikt nie wpadnie na żaden pomysł. Tym bardziej dobry, nie ma o czym mówić. Jak coś wymyślimy raz na dwa miesiące, to i tak będziemy wyjątkowi. Trzeba kraść po prostu. Trzeba zobaczyć, czy ktoś na coś fajnego nie wpadł, czegoś nie zrobił, podpatrzeć, co się dzieje w innych branżach. Ernest Hemingway powiedział: „Każdy ma prawo ukraść pomysł, pod warunkiem, że wie, jak go zrealizować lepiej”.

Rodzi się pytanie, jak to życie powinno wyglądać, żeby było fajne? Część osób uważa, zwłaszcza te, które są przemęczone, że najfajniejsze życie to takie, kiedy człowiek leży i nic nie robi, ale w sumie nie mamy na to żadnych dowodów. W ten sposób szybko się umiera, najczęściej na choroby o podłożu mentalnym. My jesteśmy zrobieni do tego, żeby mieć zajęcie.

Ale gdyby zajęć było mniej, mielibyśmy więcej czasu na przykład dla rodziny…

Wiele osób twierdzi, że fajnie by było spędzać czas z rodziną, wiem, że u nas rodzina jest dużą wartością, ale spędzanie czasu z rodziną czasem jest tak samo uciążliwe jak bycie w pracy.

Bo, po pierwsze, rodzina dużo wymaga, o wiele więcej niż praca, i nie możemy tego ogarnąć. A po drugie, nie możemy zrobić kariery w rodzinie. Już lepsi są znajomi, znajomi nic od nas nie chcą. Czasem tylko chcą, żeby im polać. Ale jak dobrze polewamy, to też krótko. Natomiast rodzina cały czas czegoś od nas chce. I pomimo tego, że jest taką wartością i jest dużym sensem w naszym życiu, to rodzina też dostarcza dużej ilości cierpienia.

Praca jest taką odskocznią. Bo w pracy, z jednej strony, się przejmujemy, ale, z drugiej strony, tak nie do końca. Bo jeśli z czymś nie zdążymy, ktoś nam robi sceny, mówimy: „Ta, jasne!”. A jak nam partner w domu robi sceny, to już trudno jest tak powiedzieć. Zastanawiamy się, czy dziecko dobrze wychowujemy, czy ono mogłoby być lepsze albo czy pretensje żony są zasadne.

Człowiek generalnie najczęściej uważa, że ma za mało czasu dla swojej rodziny, ale… Załóżmy, że jedziemy z rodziną na dwa tygodnie na wczasy. Fajnie jest na początku, bo tam się chichramy, cieszymy itd., a potem już wszyscy mają wszystkich dosyć. I chcą sobie posiedzieć sami. Zresztą często widzę to w firmach, jak pracownicy, którzy w styczniu wracają po świętach do biura, mówią: „Wreszcie sobie odpocznę”. Tak sobie siedzą i herbatę sobie piją, tak sobie rozmawiają, co jedli, nogi na krzesłach. I nie ma się co oszukiwać, życie takie właśnie jest.

Rodzina nas z każdej strony dziubie, żebyśmy trochę więcej z siebie dawali. Wiele osób, które bardzo daleko zaszły, i bardzo się przy tym napracowały, to są osoby, które rodziny mają umowne albo nie mają ich wcale. Po prostu brakuje im czasu. Często są to osoby, które nie przykładają jakoś szczególnie wagi do tego, żeby mieć rodzinę, czy mentalnie nie czują potrzeby posiadania rodziny. A już na pewno nie jest to taka rodzina jak z reklamy leków na uspokojenie. Wszyscy tam sobie siedzą całe dnie ze sobą i robią na zmianę kanapeczki, i wysłuchują, co mają do powiedzenia, i o swoich przygodach opowiadają.

Mówię o tym dlatego, że w dążeniu do swojego wyidealizowanego życia nie powinniśmy jednak pozbawiać się autorefleksji: „Co ja bym właściwie chciał?”. I jeżeli bym chciał mieć wszystko, no to jest to niemożliwe. To jest cel poza zakresem kontroli, jak to się ładnie mówi w coachingu. Ja nie mam na to wpływu.

Nie mam wpływu na to, ile będę zarabiał, bo trochę mam, ale nie do końca, niestety. I też nie mogę zrobić wszystkiego, nie zawsze mogę mieć rodzinę sympatyczną, miłą, życzliwą, dlatego że moja żona (albo mąż) może taka po prostu nie być. Może się na przykład okazać, że ona się ze mną związała dlatego, że jestem ciągle w pracy, a jej ojciec był marynarzem. I moja żona ma taki wzorzec, że jej matka całe życie siedziała w domu i mówiła, że tego ojca nie ma, i narzekała. I moja żona też siedzi w domu całe życie i narzeka, że mnie nie ma. Jakbym powiedział: „Dobra, rzucam to wszystko, będziemy teraz uprawiali w Bieszczadach pieczarki, wyjeżdżamy i sobie będziemy siedzieli razem”, to małżeństwo ma szansę bardzo szybko się rozpaść. Bo nam się wydaje, że potrafimy zbudować taki związek, że wszyscy sobie siedzą na głowie. I tej żonie też się tak wydaje, ale najczęściej do tego nie dochodzi. Ta żona pewnie by powiedziała: „Nie, nie, ja tu mam swoje sprawy, ja tu mam znajomych, nigdzie się nie wyprowadzam”. No, życie jest skomplikowane.

Nie można pogodzić posiadania świetnie prosperującej firmy i szczęśliwej rodziny?

Wydaje mi się, że są takie momenty, że w firmie wszystko idzie bardzo dobrze i w rodzinie bardzo dobrze. Nie chciałbym tu wchodzić w akademicką dyskusję na temat tego, co to jest dobrze prosperująca firma. Bo firma nigdy nie prosperuje wystarczająco dobrze. Firma ma najczęściej strategię nowotworową. Czyli im więcej, tym lepiej. Rzadko kto sobie powie, że już mu wystarczy. Że on już nie chce, żeby jego firma sprzedawała więcej. To tak nie działa, pomimo tego, że idea zrównoważonego rozwoju jest bardzo silna, nawet w sprzedaży.

Ostatnio powstała sieć sklepów, która promuje może nie minimalizm, ale robienie zakupów w wystarczającej ilości. I mając okazję rozmawiać z ludźmi, którzy te sklepy otwierają, zapytałem, czy gdybym przyszedł do nich i kupił 4 marynarki albo 7 marynarek, to czy ktoś by powiedział: „Czy pan na pewno potrzebuje 7 marynarek? Bo może to jest dla pana za dużo”. No i w sumie oni się uśmiechnęli. Bo nikt czegoś takiego nie powie.

My sobie tylko tak wmawiamy, że jak się dorobię, to już będzie dużo, ale pieniądze nie mają norm. Pieniędzy zawsze jest za mało. A jak nie jest za mało teraz, to boimy się, że będzie za mało później. I jeżeli jest szansa, bo mamy swoje 5 minut, to wyciskamy z tej szansy wszystko.

A teraz szczęśliwa rodzina. W normalnej rodzinie człowiek chce się wyprowadzić z domu raz w tygodniu. To jest normalna rodzina. Czy to jest w takim razie szczęśliwa rodzina? I czy mamy w ogóle do tego dostęp? Jak ona by miała wyglądać? Gdybym ja miał taką rodzinę, że wolałbym siedzieć z moją żoną cały czas i patrzeć, jak babie lato lata, to czy ja bym był zadowolony? Czy ja nie cenię wad swojego partnera, tego, że on na przykład siedzi do późna w pracy, bo ja też mogę porobić jakieś rzeczy. Szczęśliwa rodzina i dobrze prosperująca firma to sformułowania bardzo idealistyczne, które niewiele nam mówią.

Dobrze prosperująca firma to jest taka, że ona w sumie działa i starcza na prąd. A szczęśliwa rodzina to jest taka, że mamy wrażenie, że się ledwo czołga, ale są miłe momenty i w sumie jesteśmy dogadani, względnie szczerze rozmawiamy o tym, co nas boli. To jest do zrobienia.

To pocieszające… chyba. A jak pogodzić jedno z drugim, kiedy i rodzina, i firma nas potrzebują?

Jeżeli mógłbym coś poradzić, to wygląda bardziej jak wykres EKG niż prosta linia. Zdarzają się takie sytuacje, że chciałbym coś zrobić, moja praca czegoś potrzebuje, ale na przykład widzę, że moja rodzina też czegoś potrzebuje. Wtedy zawsze wybieram rodzinę.

Jest jednak wiele takich sytuacji, w których tylko wygląda to tak, jakby moja rodzina czegoś potrzebowała. Na przykład, kiedy 35-letnia córka mówi, że jej spadł kapciuszek, i prosi, żeby tatuś przerwał robienie kalkulacji na przyszły miesiąc i go podniósł, to nie jest to taka sytuacja.

Czasami rzeczywiście trzeba komuś pomóc, a czasami tylko z nim być, „ojojać” go. Dziecko mówi, jak mu ciężko, ma tyle lekcji do odrobienia, i w ogóle jest strasznie. My mówimy: „Ojojoj, ojojoj, rzeczywiście tak dużo lekcji”. I się wstaje i wraca do swoich zajęć. A nie myśli: „Może zrobię połowę tych lekcji za dzieciątko”.

Ale to nigdy nie zdejmie z nas tego obowiązku, bo presja jest niekończąca się. Cały czas chcielibyśmy spełniać do pewnego stopnia potrzeby innych osób, ale nie możemy liczyć na to, że potrafimy odróżnić, co możemy sobie dać sami, a co mogą dać inni.

W firmie zawsze jest coś, co nie jest do końca dopięte, uważamy, że mogłoby być zrobione lepiej, że jakbyśmy trochę więcej zarabiali, to na pewno byłoby o wiele łatwiej, moglibyśmy coś ważnego osiągnąć. Jest to trochę domena tego systemu ekonomicznego, w którym funkcjonujemy, który nam wszystkim wmawia, że ciągle mamy za mało pieniędzy. Że jakby było trochę więcej, to już by było o wiele fajniej. A jeżeli mamy chwilowo tyle, ile akurat wystarczy, no to pojawia się na horyzoncie jakieś widmo katastrofy. I wtedy próbujemy zarobić jeszcze więcej.

Trochę to smutne. Czy nigdy nie dojdziemy do stanu równowagi, takiego spokoju wewnętrznego? Nigdy nie odhaczymy wszystkich kropek na naszej liście?

Tak na dłużej – nigdy. Co możemy uzyskać? Są takie krótkie momenty, które są miłe i sympatyczne, chociaż szczęście ma to do siebie, że ono ewaluowane pryska. Czyli najczęściej sobie przypomnimy, że nam przed chwilą było bardzo miło i wszystko było w porządku. Wymaga dość dużej uważności i treningu, żeby zauważyć, że w sumie nie jest źle teraz. Jestem na wakacjach, całą noc kierowałem samochodem, żeby zawieźć gdzieś rodzinę, wszyscy wstajemy rano, czuję się trochę zmęczony, ale w sumie jest w porządku. Odpoczywamy, fajnie, tutaj jest partner, tu dzieci, jemy śniadanie, jest sympatycznie. Muszę wyjść poza takie swoje bezpośrednie odczuwanie sytuacji, i to wymaga trochę nakładu sił.

Tak samo jest zresztą z firmą. W firmie cały czas coś mi wierci dziurę w brzuchu. Muszę się trochę od tego zdystansować, żeby zobaczyć, że w sumie to nie jest najgorsze. Stoicy by powiedzieli, że to jest dobry stan, który dzisiaj kojarzy się z taką krową stojącą w deszczu. Stoi w deszczu i w sumie nic jej ten deszcz nie robi. Stoicy mają całkiem rozsądny pomysł na szczęście, twierdząc, że to stan, kiedy emocje nie są wychylone ani w jedną, ani w drugą stronę. Czyli jest sobie tak o. Jak nic się nie dzieje, to jest bardzo dobrze.

Ludzie z natury nie chcą się jednak od wszystkiego w życiu dystansować. Bo marzymy, żeby się zakochać. Lubimy iść do kina i powiedzieć, że to był super film, a nie powtarzać: „To jest tylko film, to jest tylko film”. Bo bez sensu takie chodzenie do kina. Chcemy się zaangażować w jakiś projekt. Chcemy, żeby on był ciężki, bo pamiętajmy, że satysfakcja jest w życiu efektem pracy nad tym, co przychodzi nam z trudem. I to są fajne momenty, my chcemy czuć satysfakcję. Ale to nas znowu męczy, więc się rozchwiewamy i wracamy do równowagi. I mniej więcej tak to życie wygląda.

Stan permanentnego szczęścia? Nawet współczesna farmacja sobie z tym nie radzi. Wiemy, że jest parę takich środków, które powodują u nas szczęście. I trzeba powiedzieć, bardzo skutecznych. Ale to, co działa w krótkim terminie, w długim jest nieskuteczne. Spożywanie nawet lekkich narkotyków powoduje zaburzenia w odbiorze przyjemności w długim terminie i dlatego to odradzamy.

Co nam najbardziej przeszkadza w tym, żebyśmy czuli się szczęśliwi dłużej niż przez chwilę?

Takie wywiady jak te, są trudne o tyle, że – jak mówią żuki gnojarze – każdy swoją kulkę w życiu kula. I nie jest to kulka z diamentów. Nie ma żadnej odpowiedzi dla wszystkich. Generalnej odpowiedzi. Pytanie jest najczęściej takie, jaka jest ta nasza kulka: moje życie, moje dziecko, moja żona, mój produkt, moja firma. W jakiej JA jestem sytuacji.

W sumie w tym dążeniu do życia szczęśliwego to już od czasów filozofów antycznych wiadomo, że dwie rzeczy są kluczowe. Pierwsza rzecz to jest umiar we wszystkim. A druga to jest refleksja i uważność na to, co się dzieje dookoła mnie.

Odejście od tej uważności i to, że dajemy się ponieść różnym rzeczom, działa trochę jak środek przeciwbólowy. Wiemy, że jak nas coś odetnie od bólu, to się chętnie od tego uzależniamy. I wtedy mówimy sobie: „Muszę być w pracy, więc nie mogę się dzieckiem zajmować”, albo: „Byłem taki zajęty, że nawet nie wiedziałem, że mnie głowa boli” – jak komuś na przykład znajdują guza w mózgu.

Więc ta uważność na to, co się dzieje dookoła nas, jest bardzo ważna, a brak tej uważności u wielu osób jest wymówką.

W dużej mierze mamy takie wyidealizowane wyobrażenie na temat tego, jak życie mogłoby wyglądać, gdybyśmy tak się zaparli i byli lepsi. A ono w sumie niewiele lepiej może wyglądać. I tak wygląda nieźle. Tyle że ten głód w nas jest ciągle podsycany i powoduje pewne niezadowolenie, jeśli punkt, do którego chcemy dojść, jest nierealistyczny.

Rozmawiamy po wakacjach. Każdy z nas wie, jak wakacje wyglądają. Są lepsze wyjazdy i gorsze, a na Instagramie wszystkie są fajne. Więc jeśli trafił nam się taki gorszy wyjazd, myślimy, że tylko my mieliśmy pecha i że to w ogóle nie powinno tak wyglądać.

Z drugiej strony nie możemy opierać się tylko na stoicyzmie. Ja jestem zdecydowanie fanem hedonizmu – takiego intelektualnego, czyli w oryginalnej wersji (w przeciwieństwie do wersji wtórnej, spłaszczonej do bardzo erotycznego rozumienia tej filozofii, do picia alkoholu i tak dalej). Uważam, że życie jest o wiele ciekawsze, kiedy nam na czymś zależy i próbujemy zrobić coś, czego jesteśmy ciekawi. Nie powinniśmy unikać głębokich przeżyć. Może nie lubię się wspinać na Mount Everest zimą, ale np. lubię zainwestować masę pieniędzy albo zaryzykować zrobienie czegoś ze swoim interesem i sprawdzać, co się stanie. To też jest jakiś poziom ryzyka.

Na przykład ostatnio w bibliotece przyszło mi do głowy, że książki oprawione w płótno są ładne. One się tak ładnie starzeją. W ogóle nie wyglądają jak nowoczesne książki, od razu widać, że to jest coś innego. I to jest droższe do wykonania, i w sumie niczemu nie służy, ale mnie kręci sam pomysł zrobienia czegoś, co wydaje się tak abstrakcyjne. Nie wiem dokładnie, co się stanie, ale mam pomysł i chcę zobaczyć. Jestem po prostu ciekawy, jak by to wyglądało – zupełnie inna książka niż normalnie. I robię to tylko dlatego, że mnie to zaciekawiło. Cieszę się, że mój układ nerwowy jest jeszcze w takiej kondycji, że jeszcze jest czegoś ciekaw (śmiech).

To bardzo ważne, by człowiek chciał się czegoś dowiedzieć, czerpał przyjemność ze swojego wewnętrznego przeżywania różnych sytuacji. Mam wrażenie, że stoicyzm jest taką filozofią, która powstała w głowach ludzi mających dużo pieniędzy. Wszyscy głosiciele stoicyzmu byli bogaci. I powiedzieli: „Nie, nie, jednak nie trzeba mieć tak dużo pieniędzy, lepiej żyć w relaksie”. Tę myśl chyba łatwiej zrozumieć komuś, kto jest księciem albo cesarzem.

Szczęście w życiu to jest coś do roboty, ktoś do kochania i coś, na co się czeka.

Rozmawiała: Martyna Kosienkowska
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.