Wywiady Inspiracje

„Człowiek staje się mistrzem w tym, co trenuje, a nie w tym, co powtarza” – druga część rozmowy z Miłoszem Brzezińskim

Martyna Kosienkowska
brzezinski-m

Nie zawsze nam się chce. Nie zawsze mamy siłę. Nie zawsze widzimy sens. Często raczej ledwie pełzniemy, niż dziarsko zmierzamy w kierunku naszego celu. Czy to źle? I czy mamy w ogóle szansę go osiągnąć? Odpowiedź Miłosza Brzezińskiego może się niektórym nie spodobać.



Jadąc dzisiaj do pani, zastanawiałem się, nad czym powinienem pracować w czasie tego wywiadu. I przypomniałem sobie trzy sformułowania, które często wypowiadam, a które mnie irytują. Nie powiem pani, które to słowa, ale postaram się nie użyć ich w trakcie naszej rozmowy (uśmiech). To jest dla mnie dodatkowe wyzwanie. Nie dość, że zastanawiam się, co powiedzieć, to jeszcze cały czas mam przed oczami to, czego nie mogę powiedzieć. Dzięki temu moja wypowiedź będzie, mam nadzieję, mniej oczywista.

Chyba nikt, kto kiedykolwiek Pana słuchał, nie spodziewa się oczywistych odpowiedzi (uśmiech). Próbkę dostaliśmy już w pierwszej części naszej rozmowy. Ale to, że umie Pan pracować nad sobą, było do przewidzenia (uśmiech). A jeśli ja na razie tylko o tym myślę, ale jakoś nie mogę się zebrać do działania, to od czego powinnam zacząć?

Warto się zastanawiać, co mi zawadza i co mógłbym z tym zrobić, żeby nie zawadzało. W sumie są dwa sposoby. Albo nauczyć się zmieniać daną sytuację, albo, jeśli nie da się jej zmienić, trzeba zmienić swoje myślenie o niej. Warto przy okazji pogłówkować, co ja z tego mogę mieć, czego mogę się nauczyć.

Na tym właśnie polega trenowanie. Jeśli nas ktoś zdenerwował, coś nie wyszło, coś zawaliliśmy, to – oprócz niezbędnej dawki cierpienia – wstajemy, poprawiamy gatki oraz koronę, a potem wymyślamy sposób, jak sobie z tym poradzimy następnym razem. I najczęściej następnym razem sobie nie poradzimy. Ernest Hemingway nie mylił się, twierdząc, że pierwsza wersja wszystkiego to gówno. Wymyślamy sposób i on nie zadziała. Tak samo jak pierwsza firma nie zadziała. Stąd nie ma co się zastanawiać nad założeniem pierwszej firmy. Wymyślamy więc drugi sposób, korzystając z rosnącego doświadczenia, i próbujemy go modyfikować aż do skutku.

Żeby się czegoś nauczyć, musimy też dać sobie czas, uświadomić sobie, że nie chodzi wyłącznie o to, żeby coś przetrwać, ale żeby być później lepszym, mądrzejszym. Praca nad sobą zajmuje wiele czasu. Nawet jeżeli mamy szansę trenować codziennie.

Proces dochodzenia do takiego stanu, że wszystko jest w porządku, przypomina raczej Syzyfową próbę wepchnięcia kulki na szczyt. I nawet jeśli się ją wepchnie, bo jest lepszy dzień, to ona i tak kolejnego dnia jest znowu niżej. I znowu będziemy próbować ją nieco podepchnąć. Innego dnia znowu wpychamy ją wyżej, bo akurat nam się ułożyło, nic się nie stało, nikt nie był chory i w dodatku klient się napatoczył, a jeszcze kolejnego dnia idzie bardzo źle, a kolejnego dnia w ogóle idzie koszmarnie, bo mieliśmy coś zrobić, a się okazuje, że lekarz nam mówi, że w tym stanie zdrowia raczej nie możemy wracać do pracy, i podaje skierowanie do szpitala. Nie dość więc, że kulka się stacza, jak tylko się rozkojarzymy, to jeszcze górka codziennie zmienia swoją topografię.

I wszyscy jedziemy na tym samym wózku, i wszyscy tę kulkę codziennie wpychamy. Raz wyżej, raz niżej.

Ale skąd wziąć siłę, samozaparcie, żeby codziennie toczyć ją pod górę? Czasami po prostu mamy dość.

To jest trudne pytanie, dlatego że po pierwsze – nie mamy nawet dowodów na to, że każdy z nas da radę. Niektórzy po prostu nie dadzą. Po wtóre – nigdy nie wiemy, czy pod dobrą górkę pchamy. A nikt nie lubi stanąć na szczycie wysokiej drabiny i się zorientować, że nie pod tym murem ją postawił. Po trzecie – żeby coś takiego osiągnąć, musimy mieć też sporo szczęścia. I z tym niewiele możemy zrobić, poza zwiększaniem prawdopodobieństwa. Po czwarte, ale może najważniejsze, przydaje się wiedzieć, po co.

Po co ja się właściwie męczę? Zwykle poddajemy się, kiedy ból jest większy od sensu. Czy moim sensem jest szacunek i niezmarnowanie wysiłku tych spośród moich przodków, którzy byli tymi odpowiedzialniejszymi i próbowali jakoś naszą rodzinę ukonstytuować. Rzecz jasna trochę dla siebie, ale też trochę z myślą o potomstwie i o tym, co potem. Czy może chcę sobie coś udowodnić? Czy pomóc światu, obcym ludziom, przyrodzie… Czy szukam po prostu radości, czy chcę zarobić, bo lubię podróżować i to jest mój sens.

Sens dokleja się różnym ludziom do różnych zjawisk i dlatego trudno go szukać, a jak się znajdzie, to trudno go uzasadnić. Nagle okazuje się, że po prostu czegoś chcemy, czujemy się stworzeni do czegoś (przynajmniej w tej chwili) albo jakaś czynność wprowadza nas w stan uniesienia. Nierzadko okazuje się, że jest to czynność, którą nasze ciało zaczyna wykonywać, kiedy się nudzimy. I któregoś dnia nas olśniewa: „Hej, wiem, jak na tym zarabiać!”. Zostajemy cyfrowymi nomadami, blogerami, spedytorami, przewodnikami wycieczek czy producentami. Odkrywamy, że umiemy wszystkiego po trochu, uwielbiamy zdobywać nowe kompetencje i nie jesteśmy mistrzami w żadnej z nich, ale jesteśmy mistrzami uczenia się. Oto nasza pasja i kompetencja, więc będziemy uczyli innych, jak się uczyć – zarażali ich przynajmniej częścią tej ciekawości, którą mamy sami.

Praktyka pokazuje, że nie da się tej energii w sobie wymyślić na miękkim fotelu. Trzeba ją odkryć jako efekt uboczny zaangażowania i działania. Patrzymy wstecz i stwierdzamy: „Tyle się przy tym narobiłem… czemu właściwie? Może to mi jednak w głowie coś robi…”. Mówiąc wprost – trzeba szukać, bo warto. Trudno, ale jak coś nam się w głowie otworzy, to będziemy zmęczeni, ale szczęśliwi, a nie tylko zmęczeni. Dumni z osiągnięć i jednocześnie wciąż niezadowoleni z siebie, bo mogliśmy więcej. Zamiast bycia jedynie niezadowolonymi z siebie, bo przecież nas stać na wyniki. Znalezienie swojego pierwiastka w naturze to ogromne odkrycie. Z drugiej strony móc robić to, co się lubi, to rzadkość w skali świata i wielkie szczęście w życiu. Każdy, kto zdobył taką możliwość, powinien sobie o tym codziennie przypominać: „Jakie to szczęście, że mogę robić to, co lubię!”. Łatwo przywykamy do dobra, a to akurat dobro jest dobrem wyjątkowym i na świecie wcale nieczęstym.

Drugim szczęściem, także zresztą często przez nas bagatelizowanym, jest kondycja układu nerwowego. Są osoby, które po prostu nie potrafią się skupić, albo takie, które dopadają bardzo silne stany depresyjne, albo boli je coś strasznie, albo mają niezdiagnozowaną niedoczynność tarczycy i są cały czas śpiący. Do znalezienia tej siły w sobie musimy się więc także wykazać pewnymi biologicznymi predyspozycjami, które nie każdy ma. Nie nad wszystkim możemy przejąć kontrolę i jeżeli wylosowaliśmy przy narodzinach taki układ nerwowy, który nam w ogóle daje tę szansę, to już i tak jest nieźle. Bo już możemy jakąś tam walkę podjąć.

Przypuśćmy, że nie jest z nami najgorzej (uśmiech). Co dalej? Chęć do działania sama przyjdzie?

Często mówienie „nie chce mi się” lub „jestem zmęczony” jest jak katar. Widzimy objaw, ale nie zastanawiamy się, skąd on się wziął. Czy to jest sienny katar, czy to alergia, czy to jest ciało obce w nosie, czy początek poważnej infekcji? Nie wiemy. Kiedy więc ktoś mówi, że jest przytłoczony, równie prawdopodobne jest, że może mu pomóc picie soku z pomidorów, bo na przykład ma niedobór potasu, jak i to, że może mu pomóc rozstanie się z żoną – nawiasem mówiąc, sumienny współmałżonek bardzo pomaga – lub to, że na przykład zmieni cenę produktu o 20%, bo męczyło go odbijanie się od swojego braku wiedzy.

Zmęczenie jest objawem o niespecyficznej genezie. Każdy ma swoje zmęczenie i każdy ma swoją pracę do odbycia. Indywidualnie, zajmuje się nią sam, z konsultantami, coachami czy terapeutami. Rozmowy jak ta mogą jedynie zasiać pewną wątpliwość czy głód, myśl, że w sytuacji, w której jestem, teraz mogę coś zmienić. Jest to niezbędny początek. Szczere odkrycie i nagłe zrozumienie, że warto szukać czegoś, co da się zmienić, to wielki pierwszy krok. Najbardziej bowiem blokuje przekonanie, że nic się nie da zrobić. Jak mawiał Edison: „Jeśli spróbowałeś już wszystkiego i twierdzisz, że nadal nie działa, to wiedz jedno: nie spróbowałeś wszystkiego”.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

I z brakiem motywacji jest tak samo. Dlatego staram się podkreślić, że ciało mamy jedno. Jest ono lejkiem, który zbiera w sobie i naszą biologię, i nasze otoczenie społeczne, i biznesowe, i cyfrowe. A później reaguje w bardzo niespecyficzny sposób, bo ciało ma ograniczony wachlarz sygnałów pokazujących, że trzeba coś zmienić. Na przykład boli nas głowa albo zapadamy na chorobę. Głowa może boleć od tego, że sąsiad wierci w ścianie, że mąż wierci dziurę w brzuchu, że w ciągu dnia pijemy za mało wody, że dziecko jest ciągle chore albo dlatego, że jesteśmy pod kreską już kolejny miesiąc i się cały czas tym denerwujemy, albo z tego powodu, że mamy kiepskie krzesło przy biurku i głowa nam na kręgosłupie lata jak na pałąku. Chińczycy powiadają zaś, że każda choroba to sygnał, że trzeba coś zmienić.

Kiedy ktoś nie ma motywacji, czuje się zmęczony, przytłoczony pracą, w pierwszej kolejności stawiałbym na to, że ma problem ze zdrowiem lub rodziną. O to powinno być zadbane. Dobrze zjedzone, odpoczęte. 9 na 10 złych myśli w ciągu dnia jest z głodu albo z niewyspania. Druga sprawa to jest ta rodzina, która też powinna umieć się sobą zająć sama, ale oczywiście nie zostać zupełnie sama. I dopiero na końcu tego wszystkiego jest praca, która bez zdrowia i uporządkowanych relacji z innymi rzadko kiedy wchodzi na ponadprzeciętne obroty.

Jak mówi przysłowie: dobre decyzje podejmujemy w dobrym stanie. Musimy najpierw spowodować, żeby cała baza, żeby grunt, na który to moje nasionko pada, dawał mi szansę wykwitnąć – i dopiero wtedy próbować wykwitać. A nie leżeć na betonie, niewyspany, z rozwalonym życiem i mówić, że w sumie nie wiem, czemu nie mam siły, ale to wszystko jest do dupy. Ta myśl pojawia się ze zmęczenia. Kiedy jest nam źle, najpierw należy odespać, odjeść i dopiero wtedy zastanawiać się: co się w ogóle dzieje. Najpierw odrestaurowanie stanu, na ile to możliwe, potem ocena sytuacji.

I wtedy – kiedy już odpoczniemy i się najemy – motywacja w końcu przyjdzie?

Chcielibyśmy, żeby wszystko było na zawołanie. I żeby ta motywacja w nas pojawiała się wtedy, kiedy mamy ochotę, a kiedy nie mamy, to znikała. Motywacja do pracy od poniedziałku do piątku, a na weekend już nie. Najlepiej, żeby w sobotę i niedzielę nie przeszkadzało nam już, że nie jesteśmy w pracy. Ale od poniedziałku, żeby się znów włączyło. Nie umiemy tak zrobić. Nam się raz chce bardziej, raz mniej.

Motywacja pojawia się i znika tak szybko, że w ogóle nie da się na niej niczego większego zbudować. Motywacja jest romantycznym marzeniem z bajki. Nie ma czegoś takiego. Nie jest więc ona odpowiedzią na nasze pytanie. Jest nią etos pracy. Obowiązkowość, sumienność, wytrwałość, pracowitość. Dobrym dowodem na prawdziwość tej tezy jest fakt, że najlepiej radzą sobie w życiu osoby sumienne, które nie podwieszają swojego działania na motywacji. W ogóle motywację ignorują. Nieważne, czy pracują, czy ćwiczą, czy się odchudzają, organizują się tak, jakby motywacja w ogóle na świecie nie istniała.

Etos pracy polega na tym, że nie tylko zastanawiamy się, co nam się chce, ale czy to dobrze, że nam się chce (albo nie chce). I czy muszę koniecznie temu czemuś dawać wyraz. Czy niektórych sygnałów nie wypada po prostu zignorować i wrzucić do worka z nieetycznymi zachciankami. Na pewno najprostszym rozwiązaniem tego problemu – nieoczywistym w naszych czasach – jest umiejętność robienia rzeczy z niechęcią.

Moja córka kiedyś przyszła do mnie i powiedziała, że nie chce jej się sprzątać. Poradziłem jej więc, żeby sprzątała z niechęcią. Dlatego że my dopiero w tych czasach, w których żyjemy teraz, musimy się głęboko zastanawiać, co byśmy w ogóle chcieli robić. O wiele bardziej systemotwórcze jest myślenie, co powinniśmy robić albo co dobrze by było, gdybyśmy robili, albo jakie są obowiązki, które mamy do wykonania. To jest o wiele ważniejsze. Tu z tyłu głowy wciąż pamiętamy o pytaniu: czego nie musimy robić, a wciąż robimy? Obowiązków trzeba też sobie odejmować.

Bo jeśli myślałbym tylko o tym, co ja bym chciał, to moglibyśmy się dzisiaj nie spotkać. Wstałbym rano i stwierdził: „Nie, jednak dzisiaj wyjeżdżam do Kazimierza Dolnego, będę tam chodził wokół studni”. Pani by czekała na mnie, zadzwoniła, a ja bym oznajmił: „Wie pani, żyjemy w takich czasach, że powinienem słuchać siebie”. A pani by powiedziała: „Ale byliśmy od dawna umówieni!”. A ja bym odparł: „Od dawna? Dawno to ja byłem zupełnie kimś innym, ja się ciągle zmieniam i właśnie teraz zrozumiałem, że nowa wersja mnie chciała chodzić dzisiaj po Kazimierzu. Nie mogę spełniać założeń retro wersji mnie, która mnie tylko obciąża i hamuje rozwój”. Albo na przykład inna sytuacja. Leżymy do połowy znieczuleni na sali operacyjnej i nagle słyszymy, że chirurg rzuca wszystkie narzędzia i mówi: „Pierdzielę, ja już nie chcę być chirurgiem”, i wychodzi.

Ciągłe zastanawianie się, czy mam na coś ochotę, czy nie, jest zgubne. Bo nasza ochota jest zależna od miliarda różnych czynników, choć głównie od tego, czy jesteśmy wyspani i najedzeni. Jak się człowiek naje i wyśpi, to jest zupełnie inna rozmowa.

Więc pomimo tego, że chcemy się od swojej biologii uwolnić, jest to rzecz, która nas jednak sprowadza do bardzo prymitywnych konkluzji – możliwość zabrania się za robotę w dużej mierze bierze się z pewnego dobrostanu. Ale ten dobrostan nie funkcjonuje na równym poziomie. Raczej działa tak, że angażujemy się w projekty, które drenują nas z sił prawie do końca, a potem leżymy i cieszymy się, że nie umarliśmy, bo już było blisko. Czyli gaz do dechy i potem odpuścić w drugą stronę.

Przy tym wszystkim Bóg rzadko kiedy wyświetla na niebie napis: „To teraz jest ten moment, w którym powinieneś zacząć”. Raczej to my powinniśmy pracować na sobą, żeby umieć się nieco przymusić. Satysfakcja jest w życiu z tego, co osiągamy z trudem. Wypada więc wypracować w ramach kształtowania własnego charakteru nawyk pytania: czy rzeczywiście jestem zmęczony (i wtedy na maksa odpocząć), czy lekko przesadzam, leniuszkuję i powinienem jednak coś odgarnąć z hałdki obowiązków albo marzeń. Taki pierwszy krok to już sporo. W ogóle świadomość tego, co się ze mną dzieje, i nieodwracanie głowy od siebie, to już sporo.

Niewielu znam ludzi, którzy umieją „na maksa” odpoczywać.

Bo, wbrew pozorom, trudno jest nic nie robić, choć jest to bardzo ważne. Patrzę, leży kurz, myślę sobie – i ja się położę. „Teraz pan ma relaks”. Kiedyś był taki rysunek: wchodzi żona do domu i rozpoczyna dialog z mężem: „Co robisz?”, a on mówi: „Nic”. „Przecież wczoraj nic nie robiłeś”. „Ale jeszcze nie skończyłem”. Albo w wersji dla kobiet: „Co dzisiaj na obiad? Nic. Przecież wczoraj nic nie było! Nagotowałam na dwa dni”.

Wersja dla kobiet jest nawet mocniejsza, bo w naszej kulturze kobiety mają zrobić wszystko perfekcyjnie i jeszcze cały czas wyglądać, jakby je to nic nie kosztowało. Nie jest to potrzebne. Pracując z kobietami, mówimy często, że ten model trzeba wreszcie pogrzebać, żeby po prostu puściły to wszystko. Niech to się wszystko koncertowo wypierdzieli. Problem jest taki, że im my bardziej robimy się w życiu kompetentni, tym trudniej jest być kompetentnym ludziom dookoła. A ludzie niekompetentni to ludzie roszczeniowi, smutni i agresywni, bo nie mają na czym zbudować poczucia własnej wartości. Kobiety nierzadko widzą, że zdążą podnieść, zanim ktoś się schyli, robią lepsze kanapki, szybciej spakują każdego na wyjazd, niż każdy sam się spakuje, zrobią dokładniejszą prezentację.

I w firmie to samo – daj, już ja to policzę, ja już to zrobię. Nieważne, że jestem prezesem, dyrektorem itd. Ale ja to umiem zrobić. A przecież to nieistotne, że ja to umiem zrobić. To jest tak, jakby pójść do pierwszoklasistów i się śmiać, że oni słabo rozwiązują zadania z matematyki. My już jesteśmy gdzie indziej. Mamy trudne zadania na swoim poziomie. Choćby dotyczące strategii firmy. Pani księgowa albo handlowiec nie ma dostępu do takiej wiedzy. To ja jestem tą osobą, która siedzi najwyżej i ma patrzeć bardzo daleko za horyzont, a nie mówić, że potrafię napisać np. jakieś macro w Excelu i teraz będę je pisać przez 45 minut, żeby wszystkim było łatwiej. Jeśli ktoś w olbrzymiej ilości wykonuje pracę poniżej swojego stanowiska, powinien się zgłosić do finansów z uczciwą prośbą o obniżenie wynagrodzenia, bo unika robienia rzeczy trudniejszych, na swoim poziomie, jak strategia czy rozwijanie i budowanie zaangażowania oraz motywacji u innych, zastanawianie się: „Jak opowiedzieć o strategii, żeby nie brzmiało to jak bajka z czasów komunizmu?”, „Co mnie w tym kręci i czym mogę innych zarazić?”, „Co się dzieje na rynku, a nikt jeszcze tego nie widzi?”.

Firma ma być antykrucha, czyli ma umieć wychodzić ze swoich problemów mocniejsza, najlepiej bez naszej pomocy tam, gdzie tylko jest to możliwe. Dobry menedżer to taki, który zaprasza innych do swojej wizji świata. I którego zespół dobrze działa, kiedy go nie ma. I taki, który wciąż daje innym szansę zrobić na sobie wrażenie.

Niestety często pełen zmęczenia dzień zaczyna się poprzedniego dnia wieczorem. Próbujemy przed telewizorem urządzać dożynki intelektualne i „załatwiamy” sobie przez to cały następny dzień. Oglądamy na przykład dużo seriali. Dlaczego? Z jednej strony, chcielibyśmy coś ciekawego wieczorem przeżyć, a z drugiej – już na nic nie mamy czasu i siły, więc ratujemy się przeżywaniem cudzych przygód. Serial bywa ekwiwalentem emocji dla wyczerpanych. Czasem wręcz jest nam wstyd, że mielibyśmy pójść spać tak wcześnie: „To już? Ten kolejny dzień życia, przybliżający mnie zresztą do śmierci, to już? Tylko tyle się wydarzyło? Hmm… przynajmniej jakieś cudze przeżycia sobie włączę”. Być może ta popularność seriali bierze się z naszego przemęczenia. Bo na nic innego nie mamy już siły. Kolejnego dnia od rana próbujemy nie umrzeć, wieczorem nam wstyd, znowu oglądamy do nocy i tak w kółko. To jest trochę smutne, pewnie o wiele lepiej byłoby się zaharować, a potem „na maksa” odpocząć.

Nie odpoczywa się przy telefonie, nie odpoczywa się przy serialu, to nie jest taki poziom odpoczynku, jaki jest nam potrzebny. Oczywiście jeśli ktoś okazyjnie ogląda seriale czy chodzi do kina – to tak, odpocznie. Ale zdarza się, że oglądanie seriali trwa do upadłego, bo model biznesowy platform telewizyjnych i sieciowych każe kończyć odcinki haczykiem, żeby oglądać ciurkiem pół sezonu. Ślina do ziemi, chrupki jedzone, serial leci, połowę przespałem, drugiej nie pamiętam, już jest tak późno, że powinienem się umyć, ale nawet na to nie mam siły, więc jem chrupki dalej. I wieczór, wraz z połową nocy, mija.

Z tymi chrupkami wieczorem to już rzeczywiście przesada (śmiech).

Nie możemy kwitnąć, jak się nas rzuci na beton. Trzeba sobie stworzyć podstawy do tego, żeby w ogóle znaleźć w sobie siły. Jeśli nie mamy rezerwy i kondycji – z pustego i Salomon…

Ale niektórym to pasuje. Bo leżą, mówią, że są cały czas zmęczeni i nie wyprowadzają się z tego stanu, i cała rodzina na nich haruje. Wszyscy wymyślają, co taka osoba by mogła porobić, sugerują, że w sumie jest zdrowa, ma dwie ręce, tu – zobacz – kursy są, a tu szukali kogoś takiego jak ty… Ale tam jest poród jeża i ta osoba nie może się zabrać do roboty. Chce zostać w tym miejscu, w którym leży, i tak jest zabunkrowana wymówkami oraz opieką, że nawet już jej się to teraz nie opłaca.

Natomiast jeżeli ktoś chce coś zmienić, to najpierw powinien popracować nad tym, żeby nauczyć się realnie odpoczywać i sprawiać sobie przyjemność. Potraktować swoje ciało jak ciało kogoś, kogo się kocha. Jeść lody, czasem nic nie robić, mieć hobby, które jest bezsensowne… To byłoby w ogóle super! Bezsensowne hobby to jest magia kina. Na przykład łowi się ryby i się je wypuszcza. Albo się gra w piłkę. Albo się kibicuje. Albo klei się modele z samolotów. Ani one wojny nie wygrają, ani nigdzie nie polecą. To jest nieważne. Hobby musi być czymś takim, czym się przejmuję, ale jak się zepsuje, to nic nie szkodzi. Daje szansę mojej głowie spuścić to całe szambo, które tam się zbiera, pobawić się nieco emocjami. A potem ja się zabieram do pracy i dzięki temu mogę dłużej wytrzymać w stanie maksymalnego skupienia.

Nauczenie się tego, że trzeba dbać również o siebie, zajmuje nam często bardzo dużo czasu. Czasami refleksja przychodzi dopiero, gdy zaczynamy się starzeć…

Tak, lekarz nam przypomina. Ale z wiekiem po prostu też nam się odechciewa. Układ nerwowy zbudowany jest tak, że w pewnym momencie przestaje generować silne emocje.

Doktor Faust sprzedał duszę diabłu za to, żeby znowu poczuć pasję w życiu. To mu najbardziej przeszkadzało – ten brak wiatru za uszami, który pamiętał z młodości. Wielu z nas zresztą pamięta. To jest jak w dowcipie o rozmowie dwóch staruszków. Jeden mówi do drugiego: „Wiesz co? Myślałem, że jak będę w tym wieku, to już nie będę mógł”. A ten drugi pyta: „I co?”. „Mogę, ale już mi się nie chce”.

Tak samo jest z nami – chcielibyśmy, ale czujemy, że tu już byliśmy, że już to robiliśmy, że to już drugi raz, że to się zarobi, ale potem się to straci. Zaczynają się w naszej głowie pojawiać takie myśli, że wysiłek nie jest wart swojej ceny.

Musimy pamiętać o tym, że z wiekiem chce się nam coraz mniej. I to będzie postępowało. Dlatego bardzo szybko trzeba sobie różne prace odejmować, żeby móc skupić się na tym, co jeszcze nas interesuje.

Mówi się, że do 30. roku życia człowiek powinien pracować dla kogoś, do 40. – zakładać własną firmę, a od 40. to już powinna być taka firma, że ją wycyzelowałem i powoli jedzie. Że mi na prąd i pożywienie wystarczy. Jest to myślenie w pewien sposób zasadne biologicznie, bo w miarę jak nasz wiek postępuje, przechodzimy od dużej chęci przeżywania wszystkiego w życiu do chęci refleksji nad światem i jego kondycją.

Zaczynamy się zastanawiać, o co w tym wszystkim chodzi, jak to wygląda. Lubimy tak sobie usiąść i poczuć chemię miejsc. Pojechać do Wenecji nie po to, żeby o 4 rano chodzić i robić zdjęcia we wszystkich muzeach, tylko usiąść w kawiarni i poczuć, o co w tym miejscu chodzi. Z wiekiem coraz bardziej w tym kierunku zmierzamy, jedni szybciej, inni wolniej, ale nie da się z tym wygrać, niestety.

Są takie genotypy, które mają motorek w tyłku przez całe życie, ale występują rzadko i najczęściej u podstaw tej aktywności leży etos pracy, a nie ciekawość. Normą jest to, z czym miał problem Faust. I taki problem mają też przedsiębiorcy. Mówią na przykład: „Moja firma super działa, ale jest już taka uporządkowana. Tęsknię za tym, jak po nocach siedziałem ze swoim zespołem, z kolegą, który jest współzałożycielem, jak my tak wymyślaliśmy… i ja chciałbym tak jeszcze raz, więc sprzedam to i założę drugą firmę”. Rzadko się zdarza, że za drugim razem otworzymy firmę tak dobrze, jak za pierwszym. Ja na przykład nie znam osobiście takiego przypadku. Ale rozumiem tę tęsknotę.

W miłości zresztą mamy to samo. „Kiedyś nie mogłem spać po nocach” itd. Najczęściej jak ktoś nie śpi po nocach, to znaczy, że partnera zna nie dłużej niż 3 lata. Po 3 latach to zgaśnie i już nigdy nie wróci. Już będziemy mogli spać po nocach. Chyba że partner chrapie, to wtedy nie będziemy mogli. Emocje mają tendencję do wygasania. I tak samo się dzieje z naszym zaangażowaniem.

Mistrzów swojej profesji poznaje się po tym, że są ciągle ciekawi tego, co robią. Co to się stanie? Czego jesteśmy świadkami? W którą stronę zwracają się klienci? Jaka weszła nowa technologia i czy warto by ją połączyć z tym, co robię? Czy można ułożyć to inaczej, chociażby po to, żeby przekonać się, co z tego wyjdzie? Co z tego, co robią inni, umiałbym zrobić lepiej, a klientom by się to podobało? To może się zwrócić, może się nie zwrócić, ale jestem ciekaw tego, co się stanie. Czy to będzie dobry pomysł? Czy powinienem, jak to niektórzy mówią, skoczyć z 10 piętra i spróbować zmontować spadochron po drodze. I czasami trzeba mieć plan na to, a czasami po prostu trzeba wziąć wdech i skoczyć. Szukać czegoś, co nas ciągle interesuje.

Łatwiej nam utrzymać dobrą formę i wpadać na takie pomysły, kiedy jesteśmy w jakiejś społeczności przedsiębiorczej, która ma swoje sposoby, czegoś próbowała, coś robiła. Trzeba się tej wiedzy bardzo objeść i wtedy, raz na jakiś czas, coś nam nowego wykwitnie.

Czasami obawiamy się wejścia do takiej społeczności, bo nie chcemy się dzielić problemami, nie mamy zaufania do jej członków. Albo na przykład nie decydujemy się na szkolenie, żeby nie przyznać, że przydałaby nam się pomoc.

Po pierwsze, nie chcemy się przyznawać do braku kompetencji i jest to zrozumiałe. Tym bardziej że ludzie czasem mylnie uważają, że jak ktoś się próbuje rozwijać, to znaczy, że nie ma kompetencji. W potocznym myśleniu nie zakładamy, że ktoś chce się rozwijać, bo już dużo umie i chciałby się dowiedzieć więcej. Mężczyźni tracą wizerunkowo, jeśli przyznają, że czegoś nie wiedzą, dlatego mężczyzna nie zapyta o drogę, dopóki ma paliwo w baku. Jeżeli już, to panowie mówią: „Nie jestem specjalistą, ale…”, „Nie wiem, ale…”. To kobiety zadają pytania. Mężczyźni zwykle wygłaszają tezy, a my wciąż mylimy pewność siebie z kompetencją.

Kolejnym powodem może być zjawisko nazywane syndromem oszusta, czyli głos, który pojawia się w mojej głowie i mówi, że ja to nic nie umiem, że to wszystko był fart i zaraz się wszyscy pokapują i będzie trzoda. Taka myśl przychodzi człowiekowi do głowy w różnych momentach – statystyki mówią, że 70% osób na świecie doświadcza w różnych momentach życia tego przeświadczenia – i jest normalna. Trzeba jej pomachać, posadzić ją na zydelku obok i niech se siedzi. Cóż, są na pewno na takich samych stanowiskach jak nasze ludzie mądrzejsi od nas, są też głupsi, pewnie znajdujemy się gdzieś tam pośrodku. Na pewno nie jesteśmy jedną wielką wydmuszką, nie chodzimy po omacku i nie wciskamy chaotycznie wszystkich przycisków, czekając, aż to jakimś cudem zadziała, nie rozumiejąc, dlaczego. Nikt na Mount Everest ani nawet na Giewont nie wszedł przypadkiem. „Syndrom oszusta” pojawia się spontanicznie, w odpowiedzi na pewne sytuacje i nie ma co się nim poważnie zajmować.

Po trzecie, zakładamy, że prędzej się nauczymy sami niż na jakimś szkoleniu. Nie jest to regułą. Sami często się nauczymy, ale na szkoleniu i od trenera uczymy się statystycznie szybciej. Trener lub szkolenie, zakładając oczywiście ich odpowiednią jakość, to elementy przyspieszające nasze uczenie się. Trener wie, na co zwracać uwagę. Dobry trener mówi tylko o błędach, które same nie znikną, bo na inne szkoda czasu, i zawęża w ten sposób naszą uwagę podczas treningu.

Wiemy, że jeśli w procesie nauki zalejemy kogoś zbyt obszerną informacją zwrotną, bez względu na to, czy będzie pozytywna, czy negatywna, to ona utonie. Dobry trener wybiera tylko kilka informacji, które tworzą zły nawyk, bo umie rozpoznać kluczowe komponenty złego nawyku. Jeżeli ktoś np. gra w tenisa i stawia nogę wykroczną za blisko, to nie trzeba mu na to zwracać uwagi, bo jak zacznie biegać szybciej do piłki, to i tak będzie musiał tę nogę postawić dalej – inaczej się przewróci. Trener widzi błąd, ale o nim nie wspomina.

Tak więc samodzielnie możemy oczywiście zdobyć wiedzę, którą oferuje się nam na szkoleniach, ale to zajmie strasznie dużo czasu i będzie mozolne. Dlatego każdy powinien pracować nad tym, żeby w jakiś usystematyzowany, ustrukturyzowany sposób, najlepiej od osób, które są kompetentne i ambitne, taką wiedzę regularnie nabywać, na przykład raz w miesiącu. Na wschodzie mówią: „mistrz się pojawia, kiedy uczeń jest gotowy”. Inni mówią odwrotnie: „uczeń pojawia się, kiedy mistrz jest gotowy”. I w odwrotnej wersji też zawiera się pewna mądrość podszyta, o ile dobrze interpretuję, wymogiem skromności i szacunku dla innych.

Jeżeli jesteśmy na początku takiej drogi, czyli uczymy się czegoś od podstaw, niewiele wiedzieliśmy, to przyrost naszej wiedzy będzie bardzo duży. Wszystko będzie nowe, ciekawe. Gdy jesteśmy po 50 szkoleniach, to wiadomo, że może raz na 10 szkoleń usłyszymy jedno ważne zdanie. I tak już niestety jest, wszyscy to przeżywają. Ale i tak warto się jeszcze wtedy nadal uczyć.

Niektórzy uparcie twierdzą, że wiedzą już wszystko, bo długo zajmują się danym tematem.

Jak ktoś jest managerem albo przedsiębiorcą od 30 lat, to trochę tak samo jak z kierowcą od 30 lat. Kierowca jeżdżący samochodem 3 dekady, jeździ niewiele lepiej niż wtedy, kiedy skończył kurs. Bo człowiek staje się mistrzem w tym, co trenuje, a nie w tym, co powtarza. I jak ktoś mówi, że zna się na wychowywaniu dzieci, bo ma piątkę dzieci, to równie dobrze może być złym rodzicem. To, że ja coś mam i robię od dawna, nie znaczy, że jestem w tym lepszy od kogoś, kto robi to krócej, ale na przykład przechodzi systematyczne kursy. W przypadku kierowców choćby kursy wyprowadzania samochodu z poślizgu czy kontrolowanego hamowania. Zdobywanie umiejętności i szeroko pojętej mądrości to nie jest sam wysiłek, ale przede wszystkim refleksja nad tym wysiłkiem i doświadczeniem. Jeżeli doświadczenia nie poddaję refleksji, to wiedzy mi nie przybywa.

Powiedzmy na przykład, że klient spóźnia się z płatnością. Mówię: „No to skurkowany mi się spóźnił z płatnością. Niektórzy to jednak są ciećwierze”. Jeśli to jest moja jedyna refleksja, to trudno, żebym był od niej mądrzejszy. Następny też się spóźni, powiem to samo – i życie jak w filmie „Dzień Świstaka”. Pięćdziesiąty się spóźni i powiem: „Pięćdziesiąty tłuk mi się spóźnił z płatnością”. Wiem tyle, ile za pierwszym razem. Nie zadaję sobie pytania: co powinienem był zrobić inaczej? Może coś zmienić w umowie? Co robią inni, żeby im się klienci nie spóźniali?

Mówią, że mądrość przychodzi z wiekiem, ale jeśli tak postępujemy, to wiek przychodzi sam. Wszystkie te rzeczy wydają się oczywiste, kiedy rozmawiamy o nich przy kawie i paluszkach, ale gdy dochodzą do głosu silne emocje, przestają rysować się tak wyraźnie. Tym bardziej nie są takimi w biznesie, który z natury swej jest rywalizacyjny i to nie więksi pokonują mniejszych, ale szybsi wolniejszych. Nie tylko więc powinienem mieć pomysł, ale w dodatku im szybciej go będę miał, tym lepiej. I tu znów wracamy do treningu: najprościej kogoś zapytać i poćwiczyć w bezpiecznym miejscu. „Im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi na wojnie”.

Ja jeździłem na rolkach dwa lata i nauczyłem się poruszać do tyłu, a moja córka jeździła dwa lata pod opieką świetnych trenerów i zdobyła mistrzostwo Polski. Taka to różnica. Nasze myślenie, że jeśli długo trzymam w czymś głowę, to się od samego tego zrobię wybitny w danej dziedzinie, jest naiwne. Po prostu nasiąkam tym, potrafię powiedzieć wiele wyświechtanych teorii na ten temat. Każdy z nas zna osoby, które opowiadać potrafią długo, ale nie mają żadnego impaktu na rzeczywistość. Albo są demagogami – ich modele rzeczywistości brzmią pięknie i mają uwodzącą strukturę, ale w ogóle nie odpowiadają już rzeczywistości, bo ostatni raz swoją wiedzę konfrontowali z rzeczywistością przed wojną.

Powinniśmy poluzować gumkę w szortach, czyli po pierwsze, popatrzeć na siebie z dystansem, a po drugie, uświadomić sobie, że nigdy nie będzie idealnie, że nie zawsze będzie nam się chciało, że mamy prawo być zmęczeni, źli, głodni?

Tak… To znaczy tak i nie. Życie jest dobrze przeżyte wtedy, kiedy guma jest trochę napięta. W Piśmie Świętym chyba nawet jest to trochę tak ujęte, że powinniśmy się w życiu starać zachowywać jak najczęściej tak, jak wtedy, kiedy przychodzą do nas goście. W takiej sytuacji każdy stara się trochę bardziej niż normalnie. Nie wkłada nóg na stół, nie drapie się za majtkami, siedzi prosto, wyraża się uprzejmiej.

Natomiast jeżeli ktoś ma gumkę napiętą tak, że mu gałki oczne wychodzą, to powinien ją poluzować na pewno. I zwykle w związku tak jest, że jedna osoba ma napiętą gumkę bardziej, a druga mniej. My się tymi gumkami bardzo różnimy. Jedni wszędzie widzą niebezpieczeństwo, boją się tak bardzo, że zamierają jak króliki i ani drgną. Zaś inni mówią, że jak się nie oparzysz, to się nie nauczysz. Tym pierwszym mówi się często, żeby odróżniali to, co myślą, że się stanie, od tego, co się stało. Fakty od interpretacji.

Biznes to nie siedzenie w bezpiecznej norce – i póki się nie ruszysz, to nic się nie stanie. Biznes to stanie na środku autostrady. Naiwnym jest zakładać, że te dwa światła przed nami to będą zawsze dwa motocykle. Musimy się ruszać. W biznesie brak działania obarczony jest nierzadko większym kosztem niż pomyłka. Podjętą decyzję zawsze da się zmienić, ale czas zmarnowany na podejmowanie decyzji jest nie do nadrobienia. Biznes wyjątkowo promuje działanie i wypłaca za proaktywność. Jest w tym jego wielka szlachetność.

Niestety często bardzo boimy się konsekwencji. Nie wiemy, do czego różne rzeczy doprowadzą. Mogą doprowadzić w jednej sytuacji, w krótkim terminie, do dramatu, a w drugiej – do czegoś dobrego.

Przykład. Zostaliśmy wyrzuceni z pracy. Na początku czujemy się z tym źle, pomimo tego, że swojego zajęcia nie lubiliśmy. Ale później okazuje się, że dzięki temu nasz mąż poszedł do pracy, chociaż się zarzekał, że nie będzie pracował. I wszyscy są zadowoleni. Cały system się od tego naprawia. Dlatego trzeba odróżnić to, co się stało, od tego, co my myślimy, że się stanie. Sprawa z porażką jest taka, że nie jest ona aż tak zła, jak nasz mózg często próbuje nam wmówić. Strach jest najczęściej o wiele większy niż ewentualne konsekwencje. Tym bardziej że konsekwencje są nierzadko wręcz uwalniające. Oto podjęliśmy walkę, stawiliśmy czoła, mamy to już za sobą, możemy coś zrobić.

Z drugiej strony niektórzy tak sobie luzują tę gumkę, że już kompletnie nic się w ich życiu nie dzieje. To jest złe. To nie jest życie dobrze przeżyte. To jest życie, które w dużej mierze prowadzi do stanów depresyjnych, spowodowanych spadkiem poczucia własnej wartości. Żeby budować poczucie własnej wartości, musimy stawiać czoła wyzwaniom. Sam fakt, że się zmobilizowałem i odważyłem, już jest sukcesem. Jeśli ktoś podjął decyzję, a niczego nie zrobił, to znaczy, że nie podjął decyzji.

Nawet jeśli mi się nie uda, mogę wyciągnąć z tego jakąś lekcję. Doświadczenie jest tym, co dostajemy, kiedy nie dostaliśmy tego, co chcieliśmy. Nie dostaliśmy pieniędzy, ale jesteśmy mądrzejsi. Nie mądrzy, ale nieco mądrzejsi. I z tych małych doświadczeń składa się jakoś nasze poczucie własnej wartości, wytrzymałość, a z czasem i uwalniające poczucie, że ludzie mało się zmieniają, że każdy musi przejść przez swoje błędy, a jeśli się stara i uczy się też na cudzych, to jest to wspaniały początek.

O luzowaniu gumki często słyszą osoby, które są za bardzo spięte. Wtedy warto poddać to swoje życie krótkiej refleksji na sedesie: czy ja jestem z tej kategorii, która spina się w normie, czy jednak w tej akurat konkretnej sytuacji przesadziłem, bo nie powinienem się przejmować.

Niemniej jednak myślenie o tym, w jaki sposób dzisiaj trochę inaczej spróbuję zrobić coś, co mi od jakiegoś czasu nie wychodzi, jest bardzo na miejscu. Jest to element niekończącej się pracy nad sobą. Choć to oczywiście w przypadku życia większości z nas obiektywnie wiele nie zmieni, bo w pewnym momencie umrzemy, próbując i nie dochodząc do doskonałości. Utopia nie jest celem naszej drogi, tylko kierunkiem. Zmierzamy w tamtą stronę. Chcemy jacyś być.

Hannah Arentd, filozofka, eseistka zajmująca się totalitaryzmem i złem w człowieku, powiedziała, że źli najczęściej nie są ludzie, którzy chcą być źli, tylko ci, którzy się nad sobą nie zastanawiają. I mamy wiele dowodów na to, że niepoddawanie wydarzeń naszego życia refleksji, niestawanie się trochę lepszym – źle się kończy. Praca nad sobą, taka codzienna, że ja pamiętam, że chciałem coś zrobić lepiej, niesie ze sobą poczucie własnej wartości, satysfakcję, świadomość niedoskonałości i tego, że trudno ze mną wytrzymać, a w ślad za tym i wdzięczność wobec najbliższych.

Każdego dnia powinniśmy nieco napinać sobie gumkę, przypominać, co chcieliśmy zrobić, pamiętać, o co nam chodziło, nad czym pracujemy. Wczoraj mi się nie udało albo wczoraj mi się udało i zobaczymy, czy dzisiaj mi się uda.

Pracowałem kiedyś z taką panią, która nie chciała sprawdzać mediów społecznościowych. Dopiero po 18:00 – taką wprowadziła zasadę, bo to jej za dużo czasu zabierało. I różnie z tym było. Finalnie raz jej się udało, raz nie. I w porządku. To jest tak, jak z paleniem papierosów. Jeśli dwa lata nie paliłem, a potem zapalę jednego, to nie znaczy, że wszystko w piach i mogę już palić znowu. Nie. Ja po prostu raz zapaliłem. Nic się nie zmarnowało. Raz zapaliłem, bo był gorszy moment, nie szkodzi. I próbuję dalej.

Tę gumkę własnej niedoskonałości wypada poluzować. Poluzować, ale musi być napięta. Napięta, ale nie tak, żeby nam gały od tego wyszły. Cały czas się mobilizujmy. I niektóre rzeczy róbmy po prostu z niechęcią.

A jak radzi Pan sobie w tej chwili z postanowieniem z początku naszej rozmowy? Zdradzi mi Pan wyrażenia, których nie chciał Pan używać?

Jedno mogę zdradzić: „tak naprawdę”. Jest nielogiczne i nie ma sensu, ale stosowałem je z jakiegoś powodu zawsze wtedy, kiedy chciałem podkreślić, że widziałem jakieś wyniki badań albo coś takiego. Wydaje mi się, że „tak naprawdę” stało się chwastem w moich wypowiedziach, że pojawia się zawsze wtedy, kiedy chcę dać kontrast jakiemuś potocznemu sądowi.

Póki co chyba udało mi się wytrwać (uśmiech).

Może rzeczywiście musimy mieć jakiś wyższy cel, dla którego warto będzie się starać?

Powiedziałem wcześniej, że zastanawianie się wyłącznie nad tym, co chcę robić, to wymysł naszych czasów. Tym, żebyśmy nie myśleli tylko o sobie, zajmuje się etyka. W przeszłości bardziej byliśmy supełkiem w sieci niż samotną wyspą. Byliśmy bardziej zależni od innych ludzi. Całe nasze życie było podporządkowane myśleniu, co ja mogę dać innym. To wcale nie jest taki zły pomysł, inni ludzie są całkiem niezłym regulatorem naszego działania. Trochę szkoda, że od tego odeszliśmy. Myślę, że ludzkość do tego wróci. Dziś wciąż jeszcze, gdy prosi się nas, byśmy przypomnieli sobie z własnej biografii kogoś, kto zrobił na nas wyjątkowe wrażenie, niemal zawsze jest to osoba, która robiła coś dla innych.

Nasze emocje są ulotne i zwiewne. A normy społeczne są bardziej stabilne i one nas trzymają w ryzach. To, że chodzimy do pracy, to nie dlatego, że lubimy, ale chcemy na przykład rodzinę utrzymać. Raczej myślimy o innych niż o sobie.

Raczej trzeba się skoncentrować na tym, żeby guma była nieco napięta i zadawać sobie różne pytania: czego powinienem robić więcej, czego mniej, co robić inaczej, co zacząć robić. Nie zastanawiamy się wtedy za każdym razem, czy nam się chce. Ludzie, którzy chodzą na siłownię, wiedzą, że jak się człowiek zastanawia, czy mu się chce, to już nie pójdzie.

Są osoby, które nad tą swoją napiętą gumą nieustannie pracują. Trochę im się chce, trochę czują satysfakcję, trochę się zmuszą. No i są też takie osoby, które nie widzą w tym żadnej wartości; albo wręcz przeciwnie, widzą wartość w tym, że wszyscy biegają wokół nich i załatwiają wszystko. Nie warto próbować rozwiązywać ich problemów, bo takie osoby nie chcą, żeby ich problemy były rozwiązane.

Na przykład jestem przedsiębiorcą, a kolega siedzi na bezrobociu. Widzę wyraźnie, że nie jest jakimś jełopem, że mógłby robić cokolwiek. Może mógłby założyć firmę transportową, skręcać długopisy, kleić mikołaje z modeliny na święta. A on mówi, że go strasznie ta szpilka boli, która mu się w tyłek wbiła, i nie może się ruszyć. Że to jest taki ból, że koniec świata, że ja go nie rozumiem, że tak, te moje propozycje dobre, ale… Cóż, należy się odciąć od próby pomocy takiej osobie, bo ona nas zarazi. Możemy z taką osobą być, ale nie zaczynać nawet myśleć, że jest jakiś sposób, żeby takiej osobie „pomóc”, na który to sposób nie wpadliśmy i to nasza wina. Pomijając wszystko inne: jakie mamy prawo żądać od innych, żeby robili to, co chcemy? Można coś czasem zaproponować, ale przede wszystkim utulać, zrozumieć, że ta osoba tak wszystko widzi, że nie przez nas tam jest i nie dla nas coś zmieni, a potem zająć się swoimi sprawami.

Niestety, badania są jednoznaczne. Bez motywacji wewnętrznej – zewnętrznej nie zbudujemy. Jak ktoś nie chce, to po prostu nie ma szans, żeby go do czegoś zmobilizować, a na pewno nie stuprocentowo. Jak mawiają lekarze: pacjent musi chcieć wziąć lekarstwo. W przypadku związków trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czy mogę żyć z tą osobą, jeśli ona nigdy się już nie zmieni? Dopuścić do siebie taką opcję.

Tak samo jest w życiu przedsiębiorcy, kiedy zatrudnia pracownika. Kiedyś była taka reguła w sprzedaży, że planowano dziesięć spotkań. Trzy pierwsze spotkania z klientem umawiał pracodawca i on rozmawiał, a pracownik słuchał. Kolejne trzy przedsiębiorca umawiał, a pracownik rozmawiał. Następnymi trzema już w całości zajmował się sprzedawca, a szef słuchał. Ostatnie spotkanie podwładny mógł dokleić do którejś z tych grup. Po dziesiątym miał już pracować sam. Jak nie dał rady, to nara. I koniec, to była granica treningu pracodawcy.

Tak samo jest z rzeczami, których nie możemy nauczyć. Nie możemy kogoś nauczyć etosu pracy, estetyki. Gustu nie kupisz. Jest kilka takich rzeczy, które nie są naszą winą i tam też trzeba postawić granice. Nie mamy w biznesie narzędzi do prowadzenia psychoterapii. Jeśli ktoś w dużej mierze się nie nadaje, to nic z tym nie możemy zrobić. Możemy ewentualnie odbyć kulturalną rozmowę, która umożliwi mu rozwój poza strukturami organizacji, powiedzieć, że ma umiejętności, ma ich dużo, ale nie takie, jakich potrzebujemy tu i teraz. I tak się zresztą często dzieje. Tak robią kierownicy, jak trafiają do zespołu, który ma słabe wyniki. W sumie można nad takim zespołem trochę popracować, ale często po prostu zaczyna się zwalniać od dołu. Bo nie ma czasu. Biznes jest rywalizacyjny, jest wyścigiem, nie możemy czekać na wszystkich. Zwłaszcza kiedy widzimy, że ktoś w ogóle się nie stara, bo np. nie ma etosu pracy. Nie mamy narzędzi, żeby coś z tym zrobić. Narzędzia biznesowe są płytkie i miękkie, a tu potrzeba nierzadko chirurga ortopedy o dłoniach jak bochny.

A jak jest w Pana wydawnictwie? Książki, które Pan wydaje, są pięknie zaprojektowane i bardzo starannie przygotowane.

Bardzo dziękuję za komplement w imieniu całej redakcji. Wszyscy wkładają w to masę pasji. To zawsze było dla mnie ważne, żeby książka była ładna, żeby ładnie się ją czytało, ładnie się z nią wyglądało, żeby ładnie wyglądała na półce. Książka w historii świata nieodmiennie była pięknym, wartościowym przedmiotem. Oczywiście oprócz wartościowej treści, którą musi ze sobą nieść. To poczucie estetyki w przypadku zwykłych książek gdzieś zaginęło. Książki są wydawane niechlujnie i brzydko. Ofuknąłem to i założyłem własne wydawnictwo. Pomyślałem, że skoro tworzę coś, co mnie przeżyje, co po mnie zostanie, to niech przynajmniej będzie ładne. Poza tym jako przedsiębiorca uważam, że nakazywanie ludziom, by wykonywali brzydkie rzeczy, powinno być prawnie zakazane, ponieważ urąga ludzkiej godności.

Istotne jest dla mnie to, żeby wszyscy moi pracownicy byli zadowoleni ze swojej pracy. W oczach zespołu widzę, czy wysiłek miał sens. Kiedy widzę dumę, jest to dla mnie najważniejsze. Kiedy pracuję z osobą, która nie lubi tego, co robi, to z nią nie pracuję. To dla mnie wystarczający argument. Pytam: „Jak ci się pracowało?”. Kiedy słyszę: „Aaa, wiesz, książka jak książka” – rezygnuję ze współpracy… Szukam osób, które lubią rysować, lubią robić redakcję, lubią książki składać albo szukać jakichś papierów.

Krąży taka historia o Jobsie, nie wiem, na ile prawdziwa, że spotkał on kogoś w windzie i zapytał tego człowieka, kim on jest i co robi w firmie. Nieszczęśnik odpowiedział niewyraźnie i bardzo się ociągając. Jobs wywalił go, zanim dojechali na dół.

I w tym konkretnym przypadku ja go rozumiem. Jakbym miał dużą firmę, byłoby pewnie trudno mieć same takie osoby, które się interesują pracą, ale nie mam dużej firmy. I jak ktoś nie widzi w swoich obowiązkach jakiejś zabawy, to niech sobie znajdzie coś innego do roboty. Po co ma życie marnować?

Przedsiębiorcy często czują się jednak w tej kwestii bezsilni. Nie wiedzą, jak zwrócić komuś uwagę tak, żeby go nie urazić, nie mówiąc już zwalnianiu pracowników.

Tak jak mówiłem, etosu pracy nie da się kogoś celowo nauczyć w pracy. A co do urażania, to granica jest płynna. Ostatnio głośno było o lekarzu, który powiedział pacjentce, że jest otyła i ona chciała go pozwać za wyzwisko, nie dając sobie wytłumaczyć, że otyłość jest diagnozą. Praca nad normami grupowymi w organizacji czy nawet nad kulturą organizacji, to praca bardzo żmudna i długa. I szeroki temat – pewnie na kolejny wywiad. Nie każdy się dostosuje. Najłatwiej jest, choć i tak trudno, jeśli te normy są jasne, aktywizowane, przestrzegane przynajmniej przez osobę stojącą na samej górze i przez część jej apostołów, które je rozumieją. Wtedy mamy jakąś bazę do pracy.

Ale często normy i zasady są tylko deklarowane. Mówimy na przykład: „Wszyscy jesteśmy ważni”, ale wycieczkę dostaje ten, kto sprzeda najwięcej. No to wszyscy jesteśmy ważni czy tylko ci, co sprzedadzą najwięcej? Albo: „Jesteśmy jedną wielką rodziną”, a wiadomo, że jest bliższa i dalsza rodzina. Bliższa dostaje więcej i lepiej, a dalsza dostaje mniej i gorzej. Trudno wymagać, by w takich warunkach ktoś pracował nad sobą i dawał z siebie wszystko. Bycie porządnym, wiarygodnym człowiekiem jest bardzo trudne, wymaga wiele wysiłku, codziennego rygoru, rozwoju… I dlatego kiedy już spotkamy takie osoby, bardzo je cenimy. Za ten wysiłek wykonany w samotności i za odwagę.

Korzystając z okazji, bardzo pani dziękuję za arcyciekawe, nieoczywiste pytania, wyjątkową cierpliwość i szczere dotarcie do sedna motywacji. Nie wiem, czy ktokolwiek, czytając, dotrze do końca, bo jest tego tak wiele, ale jeśli, to dziękuję także Szanownym Czytelnikom za czas – mam nadzieję zainwestowany.

Bardzo dziękuję za rozmowę. To była prawdziwa przygoda (uśmiech).
Rozmawiała: Martyna Kosienkowska
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.