Wywiady Inspiracje

„Odcięłam liny, które nie pozwalały mi ruszyć z miejsca. Teraz jestem silna” – rozmowa z Izabelą Koziołek-Wojtas

Martyna Kosienkowska
izabela_koziolek

Pragniesz szczęścia? Chcesz spełniać marzenia? Izabela Koziołek-Wojtas, właścicielka pracowni aranżacji wnętrz myLOFT, wie, jak osiągnąć jedno i drugie. Przeszła trudną drogę, ale teraz jest spełniona, szczęśliwa i silna.

A może już nie wiesz, czego chcesz? Jeśli tak, tym bardziej warto poznać tę przedsiębiorczynię.

Założyła Pani myLOFT w 2013 roku. Kilka lat później musiała Pani poradzić sobie z dużym kryzysem w firmie…

Ten kryzys to był dla mnie przełom, ale zacznę od początku.

Otwierając swoją działalność, miałam oczywiście głowę pełną marzeń i planów na przyszłość. Realizowałam je krok po kroku.

Na początku wszystko musiałam robić sama. Obsługiwałam klientów, tworzyłam projekty, jeździłam na budowy. Z biegiem czasu zajęć przybywało, a doba miała wciąż tylko 24 godziny.

Czułam się coraz gorzej, bo byłam tak zapracowana, że brakowało mi czasu na odpoczynek. Były dzieci, dom i tyle pracy, że nie miałam kiedy spać, nie mówiąc już o urlopach czy innych przyjemnościach, które mogłyby mnie w jakiś sposób odprężyć.

Ta sytuacja bardzo mnie uwierała, ale nie miałam bodźca, który zmusiłby mnie do tego, żeby coś z tym zrobić. Przeszkadzała mi, ale tłumaczyłam sobie, że to początki, że kiedyś to się zmieni, że na pewno samo jakoś się ułoży.

Nie układało się samo.

W trzecim roku istnienia firmy moja córeczka zachorowała. Jeździliśmy od szpitala do szpitala, a lekarze na początku w ogóle nie byli w stanie postawić diagnozy. Jej stan cały czas się pogarszał. Z 40-stopniową gorączką siedziała mi na kolanach i płakała, a ja razem z nią.

A telefon dzwonił co chwila.

Klienci mieli pretensje. Pracowałam sama, więc poniekąd porzuciłam firmę. Nie byłam na budowach, nie wykonywałam projektów, nie kontynuowałam ich. A ci klienci, którym te projekty wcześniej przygotowywałam, mieli już ekipy remontowe, więc moja nieobecność generowała im straty finansowe. Dla nich to również było bardzo stresujące. Było logiczne, że winą obarczali mnie. Grozili, że będę musiała oddać im pieniądze.

Myślałam wtedy, że to jest koniec mojej firmy. Jednocześnie ta sytuacja zmusiła mnie do tego, by zastanowić się, co tak naprawdę jest dla mnie ważne. Tak w życiu – tak po prostu. Czy firma, czy bliscy? To było proste, bo zawsze na pierwszym miejscu była jednak rodzina.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Mogę się wzruszyć w tym miejscu opowieści, proszę mi to wybaczyć (uśmiech). Pamiętam jak dziś, jak mój brat zapytał: „A co z firmą?”. Odpowiedziałam mu: „Nie ma firmy. Nie wiem, mam to w nosie. Chcę, żeby ona żyła, żeby była zdrowa”. Pamiętam, że mnie przytulił i powiedział, że jestem wspaniałą matką. I że mnie kocha i wszystko się ułoży.

Wyłączyłam telefon. Stwierdziłam: trudno – podadzą mnie do sądu, będę miała długi, to nie jest ważne. To są tylko pieniądze.

Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Córka wyzdrowiała. Rekonwalescencja trwała około pół roku i cały czas byłam przy niej.

Dzisiaj jestem wdzięczna Bogu, że wtedy mną potrząsnął. Bo to było takie obudzenie się, takie wyznaczenie swoich granic i kryteriów. Dzięki temu nie zatraciłam się bez sensu. Stwierdziłam, że praca tylko dla pracy to jest ślepa uliczka i to na pewno nie jest dla mnie. I kiedy sobie poukładałam te wartości, że najpierw rodzina później praca, to zupełnie inaczej zaczęłam patrzeć na firmę.

Gdy wróciłam, przeprosiłam klientów i opowiedziałam, co się u mnie działo. Oczywiście obiecałam, że zwrócę im wszystkie pieniądze. Ale oni zrozumieli. Powiedzieli: „Pani Izo, nic się nie stało”. Byłam w szoku. Kiedy emocje opadły, okazali mi wielkie serce. Ci klienci trwają przy mnie do dzisiaj, wracają z kolejnymi projektami, poradami i utrzymujemy kontakt.

To był po prostu jakiś cud, że tak się to wszystko skończyło. Aż trudno mi opisać to, co się wtedy wydarzyło. Chyba zobaczyli we mnie po prostu człowieka i matkę walczącą o swoje dziecko.

Każdy człowiek niesie za sobą jakąś historię. I przypuszczam, że niejeden z tamtych moich klientów musiał stanąć przed jakimś wyborem, takim naprawdę poważnym.

No i tak to się zaczęło. Kiedy już sobie poukładałam priorytety, zaczęłam myśleć o tym, że nie chcę zamykać firmy. To była moja pasja, chciałam się tym zajmować. Rodzina jest dla mnie najważniejsza, ale chciałam też spełniać swoje marzenia związane z biznesem.

Tyle że tym razem zrobiłam to inaczej.

Brzmi bardzo ciekawie…

Przyjęłam do pracy osobę, mimo tego, że miałam jeszcze wątpliwości, czy mnie na to stać. Zaczęłam od praktykanta. Zauważyłam, że nasze relacje układają się bardzo dobrze, że potrafię nim przewodzić, że moja wiedza jest dla niego cenna, że chce się uczyć. I wyrastałam w tym, żeby też się dzielić tą wiedzą. Dzięki temu Piotr mógł się rozwijać, a ja czerpałam z tego, że mogłam podarować mu to, co umiem i wiem.

Zaczęłam się też wtedy uczyć być szefem, a nie tylko wykonawcą i projektantem. W końcu mogłam również oddelegować obowiązki, które wykonywałam po godzinach. Wreszcie nie siedziałam w pracy do godziny 22. To było jak zdjęcie z ramion ogromnego ciężaru.

Zwłaszcza że dzieliła Pani czas pomiędzy pracę i rodzinę.

W praktyce zajmowałam się i domem, i dzieckiem, i projektowaniem jednocześnie. To była praca właściwie i w nocy, i wczesnym rankiem, i w momencie, kiedy córka spała…

Dzięki zatrudnieniu pierwszego pracownika, zyskałam pewność, że jeśli coś się wydarzy, to ktoś będzie mógł mnie zastąpić, dokończy projekty, odbierze telefony.

Kiedy postawiła Pani rodzinę na pierwszym miejscu, to nie miała Pani obaw, że firma się posypie, jeśli nie da Pani z siebie wszystkiego?

Pytanie, co to znaczy „dać z siebie wszystko”. To znaczy, że mamy poświęcić siebie? Czy firma jest naszym życiem? Trzeba zadać sobie to pytanie: co jest dla nas ważne? Ja mam na nie jednoznaczną odpowiedź, ale to nie znaczy, że nie daję z siebie wszystkiego w firmie.

Po prostu podzieliłam czas – dla rodziny i dla firmy. I tu, i tu daję z siebie wszystko. Tylko wyważam to w taki sposób, żeby nie zatracić siebie. Bo jeśli poświęcimy się całkowicie dla rodziny, to też nie będziemy spełnione, jeśli kochamy swoją pracę. I tak zatracimy siebie.

Chodzi o to, żeby odczuwać szczęście cały czas. I trzeba zadać sobie pytanie, co tak naprawdę to szczęście dla nas znaczy? Dla mnie znaczy to, że zachowuję harmonię między firmą i rodziną. Będąc w pracy, daję z siebie wszystko, jestem tam na 100%. Dzięki temu, kiedy wracam do domu, czuję się bardzo usatysfakcjonowana, że to był dobry dzień, i przytulam się do swoich dzieci, i czuję, że spełniam się jako mama.

To jest jak jazda na rowerze. Naciskamy na pedał i on daje nam napęd na drugi. I jedziemy do przodu. I dla mnie to właśnie jest szczęście.

Piękna metafora (uśmiech).

(Śmiech). Nie wiem, skąd mi się to bierze. Tak sobie tłumaczę metaforycznie niektóre rzeczy i to mi bardzo pomaga.

Czy często spotyka Pani kobiety, którym trudno pogodzić życie rodzinne i pracę?

Nieustannie.

A czy jest jakaś uniwersalna rada, którą mogłaby Pani dać tym kobietom?

Myślę, że zadałabym im pytanie: jakie Ty masz marzenie? Takie pytanie skłania do refleksji nad samym sobą. Dzięki temu można się na chwilkę zatrzymać i zastanowić, co tak naprawdę jest dla mnie ważne. Kiedy priorytety poukładają się w głowie we właściwej kolejności, trzeba się im przyjrzeć i zastanowić się, co zrobić, żeby te marzenia się spełniły.

Warto zapytać samej siebie: Czego tak naprawdę potrzebujesz? Po co założyłaś firmę? Co ona ci daje? Czego ci brakuje? Co ci przeszkadza?. Jeśli określimy te rzeczy, dostrzeżemy to, co nas uwiera, to szukajmy, kopmy w tym. Przyglądajmy się temu. Zastanówmy się, co można z tym zrobić.

Czasami jest tak, że już zmiana harmonogramu dnia może nam pomóc w naprawieniu niektórych sytuacji.

A czasami po prostu trzeba poprosić o pomoc…

Przedsiębiorczynie często boją się prosić o pomoc. Wydaje im się, że ludzie wymagają od nich nadludzkiej siły. Myślą, że skoro otworzyły firmę, to już muszą być herosami.

Niestety… często tak rzeczywiście jest. „Nie narzekaj! Sama chciałaś” – słyszymy to nie raz. Mnie też ktoś kiedyś powiedział: „Przecież chciałaś otworzyć firmę, to czemu marudzisz, że nie jesteś wyspana?”. I tak naprawdę nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, bo przecież ten ktoś miał rację – sama chciałam. A później utknęłam w przekonaniu, że nie mam prawa się skarżyć, bo to jest niemile widziane.

A ja spełniałam swoje marzenia, tylko było mi ciężko. I jeśli wtedy umiałabym poprosić o pomoc albo zastanowić się, co zrobić, żeby to zmienić, to byłoby mi może łatwiej. Kobiety właśnie w tym tkwią, zatracają siebie, bo myślą, że to już tak musi być. Bo chciały dzieci, to niech nie narzekają, że jest im ciężko. Na takie krzywdzące słowa trzeba się uodpornić i nauczyć się dostrzegać swoją wartość.

Trzeba pokochać siebie. Trzeba siebie docenić, spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Jesteś super, jesteś taka fajna! Dałaś radę, dziewczyno!”. To jest trudne.

Moja córka po raz pierwszy przespała całą noc, kiedy miała dwa i pół roku. Wcześniej budziła się co 15 minut, co pół godziny. Miałam podkrążone oczy, chodziłam jak zombie i wtedy to było strasznie trudne, żeby stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: „Piękna jesteś”. A tu nogi nieogolone… już nie mówiąc o paznokciach! (Śmiech).

Ale właśnie trzeba dla samej siebie powiedzieć: „Jesteś piękna, bo dajesz radę!”. Bo po tej nocy nieprzespanej wstałaś i przytuliłaś swoje dziecko. „Jesteś wspaniała, bo ugotowałaś dzisiaj obiad”. Jak nie słyszymy tego gdzieś wokół nas, to same sobie to powiedzmy.

To jest tak ważne, żeby siebie doceniać. Bez tego zatracamy się jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej dajemy się tłamsić i zaczyna nam się wydawać, że nie mamy prawa do marzeń.

Po prostu umieramy w tych naszych obowiązkach.

A druga sprawa – dajmy sobie luz. Po prostu. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy prawo do tego, żeby się popłakać, żeby po prostu sobie odpuścić, żeby ponarzekać. To też jest uwalniające. Czasami wystarczy, że ktoś nas wysłucha, powie: „Wiem, co czujesz”, albo: „Jestem z tobą”. Tak po prostu. Nie musi dawać żadnych rad.

Jeśli nie mamy obok nas kogoś, kto mógłby nas wysłuchać, to poszukajmy w naszej okolicy kogoś, kto mógłby to zrobić. Nie zawsze jest to jakaś najbliższa osoba. Czasami sprawdza się mąż, mama, rodzeństwo, a czasami przyjaciółka. Jeżeli nikogo takiego nie ma, to warto poszukać drugiego człowieka nawet na jakimś forum internetowym, gdzieś, gdzie są osoby w podobnej sytuacji. I wtedy następuje takie oczyszczanie, kiedy ktoś powie: „Wiem, co przeżywasz. Możesz na mnie liczyć”. Czasami takie słowa wystarczą do tego, żeby po prostu wziąć się z życiem za bary i przeć dalej do przodu.

Kto najbardziej pomógł Pani w trudnych momentach?

Moja rodzina bardzo mnie wspiera. I psychicznie, i fizycznie również. Kiedy na początku działalności miałam ogrom pracy, moja mama przychodziła do mnie i mówiła: „Idź do sypialni, zamknij się na klucz, ja zabiorę Michasię na całą noc, nie przejmuj się, wyśpij się. Po prostu się wyśpij… Nic jej się nie stanie przez tę jedną noc”. I zabierała mi malutką, a ja spałam, nie wiem jak długo (śmiech).

Oczywiście trud rodzicielstwa dzieliliśmy razem z mężem. Zmienialiśmy się – on jedną noc czuwał, ja kolejną. Brat też wiele razy bardzo mi pomógł, często rozmawiamy. Kochający ludzie wokół dawali mi wiarę w to, że dam radę, bo nie jestem sama.

Radzi sobie Pani nie tylko z rodziną i z firmą. Znajduje Pani również czas na rozwój, m.in. z pomocą Coraz Lepszej Firmy.

Rozwój to jest część mojego życia. Rozwój to jest dla mnie osiąganie marzeń. Jak każdy człowiek, nie urodziłam się z tym, co obecnie mam w głowie (śmiech). Musiałam się wszystkiego nauczyć. Rozwój osobisty pomaga mi zbliżyć się do marzeń, sięgnąć dalej. To mnie satysfakcjonuje i kręci.

Z każdą lekcją Programu Rozwoju wprowadzam optymalizacje, rozwijam firmę. Nie umiałabym nawet wybrać jednej. Z każdej z tych lekcji czerpałam, ile się dało. Właściwie każdą z nich wdrożyłam do firmy. I widzę, że one naprawdę wnoszą bardzo dużo dobrego.

Kiedy biznes rośnie, jest to dla mnie budujące. Tak jak obserwuję w domu dzieci, które są szczęśliwe, tak obserwuję zadowolonych pracowników. Taką mam nadzieję, że są zadowoleni. W moich oczach tak to wygląda.

Ale na Programie Rozwoju Pani nie poprzestała. Zdecydowała się Pani także na Osobisty Kompas Rozwoju.

Jestem świeżo po Kompasie. Kiedy analizuję siebie przed tym programem i po nim, widzę swoją ogromną przemianę, która ujawnia się każdego dnia. Trudno to opisać, ale wyjaśniłabym to komuś tak:

Wyobraź sobie, że masz na sobie uprząż – taką, jaką zakłada się podczas skoków spadochronowych – a do niej przyczepione linki. Są elastyczne, ale każda z nich ma kres swojej rozciągliwości. Każda linka znaczy coś innego: jedna to Twój lęk wywołany doświadczeniami, druga to kompleksy, trzecia – nawyki, czwarta – wątpliwości. Tych lin jest tyle, ile wewnętrznych przeszkód. Są zakotwione w ziemi.

Podczas swojego rozwoju idziesz do przodu, a linki naciągają się coraz bardziej i bardziej. Tak mocno, że w pewnym momencie już nie masz siły, by zrobić choć jeden krok do przodu… i nawet nie masz świadomości, dlaczego. U kresu sił odpuszczasz i przypinasz sobie kolejną linkę z napisem „nie dałem rady”, „jestem beznadziejny”, „nie nadaję się”.

I wiesz co? Też tak miałam. Moje ograniczenia mąciły mi w głowie, blokowały mnie w podejmowaniu decyzji, wprowadzały wątpliwości – czy aby na pewno jestem na tyle godna, mądra i silna, by podjąć ryzyko pójścia o krok dalej. Te liny blokowały mnie w każdej sferze mojego życia.

Z każdą sesją Kompasu odcinałam kolejną linę i stawałam się coraz silniejsza. Czułam, że idę dalej, że niektóre moje zachowania się zmieniają, że szybciej podejmuję decyzje, że mam wyraźniejszy obraz sytuacji, które mnie spotykają. Teraz, gdy odcięłam te liny, uzbrojona w siłę zaakceptowałam uprząż i zostawiłam ją sobie, żeby doczepić paralotnię, a może balon, który poniesie mnie hen… aż do marzeń.

Niektóre z tych sesji były bardzo trudne, bo trzeba było odkopać rzeczy z przeszłości, dotrzeć do przyczyn tego, dlaczego toczę boje albo skąd się wzięły kompleksy, obawy, co się zadziało, że odczuwam pewne sytuacje w taki, a nie inny sposób.

Kompas pomógł mi w tym, żeby to dostrzec, popatrzeć z trochę innej perspektywy. I poodcinać linki, czyli zrozumieć sytuację albo podjąć jakieś kroki zaradcze, które pomogą mi uwolnić się od tego obciążenia.

Co Pani ciążyło?

Wahałam się w podejmowaniu kluczowych decyzji, bałam się niektórych sytuacji, słowa innych ludzi bolały mnie i podcinały mi skrzydła. Kiedy ktoś mi coś zarzucał, oceniał mnie, myślałam: „Ok, masz rację”. Wycofywałam się.

Tak było dawniej. Teraz odważnie pytam: „Dlaczego tak myślisz? Powiedz mi coś o tym”. I drążę, przyglądam się. I nagle się okazuje, że ta osoba ma jakieś swoje wewnętrzne frustracje i chce się wyładować, a ja po prostu jestem na jej drodze i to się odbija na mnie, a tak naprawdę w ogóle mnie nie dotyczy.

Teraz czuję się silna. Kiedy ktoś strzela ze swoich dział, robię unik i kula przelatuje obok mnie. Kompas daje taką ogromną siłę i pewność siebie.

I wpływa na relacje z ludźmi?

Na pewno pomaga w relacjach, ale przede wszystkim pomaga w tym, żeby doszukiwać się przyczyny. Nigdy wcześniej nie szukałam tych przyczyn. Kiedy ktoś mi coś zarzucał, przyjmowałam to i dusiłam w sobie. Teraz rozmawiam. Czasami okazuje się, że wyrzut innej osoby to w rzeczywistości wołanie: „Pomóż mi, wysłuchaj mnie”.

Jest tylu niewysłuchanych i tęskniących za rozmową ludzi, że to wręcz niewiarygodne. Słuchanie jest bardzo ważne. Nie tylko w biznesie. W ogóle, w życiu. Jest tak cenną umiejętnością, że nawet nie da się określić kwotą, jakie to jest ważne. To zmienia właściwie wszystko w relacjach, a wiadomo, że jeśli mamy dobre relacje w naszym życiu z innymi ludźmi, to jesteśmy szczęśliwsi, czujemy się bardziej deceniani, kochani.

Używa Pani swoich nowych umiejętności w kontakcie z pracownikami?

Używam ich w ogóle, w życiu (śmiech). Jestem taka sama w firmie i w domu. Nie umiem i nie chcę być inna. Podczas Kompasu Kasia Mickiewicz-Burzawa poleciła mi książkę Brené Brown Dary niedoskonałości. To jest kolejne odkrycie. O życiu autentycznym, o tym, żeby być sobą, żeby się tego nie wstydzić. Żeby nie udawać nikogo, bo to droga donikąd.

Po prostu jesteśmy, jacy jesteśmy, i pokochajmy to w sobie. Kiedy polubimy samych siebie, to zmiana będzie widoczna gołym okiem: skóra nam się rozpromieni, a oczy się roześmieją (śmiech). To będzie z nas emanowało i zaczniemy zarażać innych szczęściem.

Bardzo ciepło mówi Pani o swoich pracownikach.

Mocno się z nimi zżyłam. Piotr i Monika są to fantastyczni, młodzi ludzie, pełni marzeń.

Bardzo mnie cieszy, że chcą się rozwijać i że czerpią z tej pracy satysfakcję. To dla mnie cenne i motywujące, by wspierać ich w tych dążeniach.

Kiedyś usłyszałam od Moniki, że bardzo ceni to, że dzielę się z nimi wiedzą, że nie zatrzymuję jej dla siebie, tylko im tłumaczę, wdrażam ich w ten zawód. Ja z kolei czerpię pozytywną energię z tego, że mogę ich czegoś nauczyć. Odwdzięczają się dużym zaangażowaniem w pracę. No i tu znowu rower (śmiech).

Czerpię z tego bardzo dużą satysfakcję, kiedy ktoś tak urasta i spełnia swoje marzenia. To też jest dla mnie bardzo ważne, żeby osoby, które ze mną pracują, się realizowały. Były tak po ludzku szczęśliwe w tych swoich dążeniach do celu, do którego chcą dojść.

Czyli jest Pani dobrym szefem?

Staram się być dobrym szefem. I uczę się tego, jak nim być. Wpuszczam do naszej firmowej rodziny tylko takie osoby, które kierują się podobnymi wartościami życiowymi. Jeśli ta zasada jest zachowana, to cała reszta to już jest strategia, rozplanowanie, delegowanie – i wszystko się dobrze układa.

Oprócz chęci do rozwoju cenię w ludziach także uczciwość i szczerość.

Także uczciwe przyznawanie się do błędów?

U nas w ogóle nie ma kar. Jeśli ktoś popełni jakiś błąd, to nie zabieram mu premii… Przede wszystkim u nas w ogóle nie ma premii. Postępuję zgodnie z lekcjami Programu Rozwoju. Stała pensja po prostu się sprawdza.

Kiedy zdarzy nam się błąd, nie szukamy winnego. Raczej przyglądamy się, co się stało, dlaczego się stało, jak możemy to naprawić, co możemy zrobić, żeby się nie powtarzało.

Wykonuje Pani swoją pracę z ogromną pasją. Uważa Pani, że każdy powinien mieć dom, w którym czuje się swobodnie i może zrzucić maski… i że każdy dom powinien być dopasowany do mieszkańców. Co to znaczy?

Uwaga, będzie kolejna metafora (śmiech). Dopasowany dom. Zadam Pani pytanie. Na pewno ma Pani dużo butów… To znaczy, może dużo, może nie, ale na pewno w butach Pani chodzi. I kiedy Pani kupuje te buty, to je Pani przymierza. Na co zwraca Pani wtedy uwagę?

Żeby było mi w nich wygodnie, żeby były ładne i żeby spełniały swoją funkcję, w zależności od tego, jakie to są buty. I może jeszcze żeby nie były zbyt drogie (śmiech).

No właśnie. Tak samo jest z domem. Warto zadbać, żeby był wygodny, ładny i żeby spełniał swoje funkcje – DLA NAS. Każdy ma swoje buty, bo każdy ma inny kształt i rozmiar stopy.

Pewnie zdarzyło się Pani kiedyś kupić za ciasne buty. Jak się w nich chodziło?

Beznadziejnie. Wcale nie chciałam w nich chodzić.

Dokładnie tak samo jest z domem. Jak się ma niedopasowany dom, to się w nim po prostu nie chce być. Bo jest ciasny i niewygodny. Bo nie spełnia naszych oczekiwań. Bo jest nam w nim po prostu źle.

A kiedy zakłada Pani wygodne buty, to jak się Pani wtedy czuje?

Jak superlaska! (Śmiech).

Dokładnie! (Śmiech). I tak samo jest z domem. W dopasowanym domu czujemy się po prostu superlaskami (śmiech).

(Śmiech). Moje metafory nie są tak dobre jak pani.

Ale to jest trafione w punkt! Jeśli czujemy się w domu superlaskami, to wszystko od razu chce się robić i dzień staje się lepszy, prawda? Inaczej się układa plan dnia i są chęci do pracy, i jest energia, jest uśmiech. Jest też odpoczynek, bo dom to jest taka oaza, w której po pracy chcemy naładować akumulatory.

Jeśli dom nam tego nie zapewnia, to czujemy się zmęczeni, z biegiem czasu zrezygnowani, zniechęceni. Bardzo mocno wpływa to na naszą psychikę.

Dla klientów, którzy się do nas zgłaszają, tworzymy takie projekty domów, które są do nich dopasowane, w których czują się bezpiecznie, czują się sobą, mogą się zrelaksować, i w których znajdują wszystko, czego potrzebują.

Zanim dowie się Pani, czego klient potrzebuje, długo rozmawiacie, czasem nawet 4 godziny. O co musi Pani wtedy zapytać? I czy to jest łatwe?

Każdy ma swój próg, za który chce lub nie chce mnie wpuścić i podzielić się swoją wizją domu. Staram się zapewnić klientowi takie poczucie bezpieczeństwa, żeby mi o tym opowiedział, żeby mnie wpuścił za próg tego swojego domu marzeń. Jeśli otworzy to serce i pokaże mi, co tak naprawdę w nim jest, to ja pomogę mu zrealizować marzenie. I w większości przypadków to się udaje.

Rozmowy trwają długo. Wypytuję o różne rzeczy. O to, jak klient lubi wypoczywać, co jest dla niego ważne, jakie kolory lubi, a jakich nie, jaki jest jego tryb dnia, co mu obecnie przeszkadza.

Uwielbiam te rozmowy, to najważniejszy etap projektu. Bez tego nie jestem w stanie w ogóle niczego dla klienta wymyślić. Byłaby to trochę taka podróż w ciemno. To tak, jakby przyszła pani po buty, a ja, o nic nie pytając, podałabym pani od razu klapki albo jakieś szpilki na 15-centymetrowym obcasie.

Chcę poznać klienta na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak mogę mu pomóc. Bo potem to jest już tylko ubranie tego w całość, dobór odpowiednich elementów wyposażenia, kolorystyki. A dalej to jest już tak naprawdę pestka. Najważniejsze jest to, żeby szczerze odpowiadał na te pytania, żeby mnie wpuścił do środka.

Jak to wygląda w praktyce? Czy to tylko jedno spotkanie, czy często konsultuje się Pani z klientami?

Mamy 5 takich kroków milowych, w które klient jest angażowany. Najpierw jest rozmowa, a później każdym krokiem milowym jest analiza pomysłu – od podstaw do bardziej zaawansowanej formy.

Na samym końcu klient jest bardzo świadomy tego, jak to będzie wyglądało, i wtedy wie już na pewno, czy to mu się podoba, czy nie. Chociaż w sumie już przy pierwszych dwóch krokach ta pewność jest spora. Nie zaskakujemy go jakimś pomysłem, tylko wspólnie przechodzimy pewien proces.

Dzieliła się Pani na Facebooku opiniami swoich klientów. Utkwiły mi w pamięci słowa kobiety, która napisała, że jej mama się popłakała, kiedy zobaczyła nową kuchnię córki. Często ludzie piszą do pani z taką wdzięcznością?

Wdzięczności od klientów jest dużo, naprawdę dużo. Kiedyś nawet spotkałam się z opinią tak piękną, że chyba już tego nie zapomnę nigdy. Klientka napisała mi, że już zadomowiła się w projekcie. Jeszcze była przed remontem, oddaliśmy projekt, ale ona już się w tym projekcie zadomowiła. Inna mówiła, że już tęskni za projektem, że chciałaby, żeby już był zrealizowany, bo odpowiada na wszystkie jej potrzeby i chciałaby wypocząć w swoim prawdziwym domu.

To jest tak cenne, ta wdzięczność klientów i to, co do nas wraca, jest tak motywujące do pracy, że my po prostu jak na skrzydłach lecimy do kolejnych zleceń, żeby dawać i wspierać. A to znowu wraca i znowu rower (śmiech).

Nigdy nie współpracowałam z żadnym architektem ani projektantem wnętrz. Czy to jest powszechne, czy tego uczą Państwa na studiach, że tak właśnie należy rozmawiać z klientem przed rozpoczęciem projektu?

Nie, nie. Na studiach tego nie uczą. Studia to jest po prostu wiedza, poznanie programów komputerowych, informacje o procesie projektowania. I to właściwie tyle.

Założyłam firmę właśnie dlatego, że chcę to nieść w świat. Chcę w ten sposób pomagać ludziom. Wierzę, że dobrze zaplanowana przestrzeń ma bezpośredni wpływ na nasze zdrowie, samopoczucie, komfort, bezpieczeństwo, poczucie szczęścia i spełnienia… dlatego każdy projekt niesie ze sobą indywidualne potrzeby naszych klientów.

Staramy się spełniać nie tylko potrzeby dnia codziennego, ale również te ukryte pragnienia związane z domem, jaki nasi klienci chcieliby stworzyć dla siebie i swoich bliskich. Dzięki temu ich życie staje się lepsze i piękniejsze, a oni – szczęśliwsi. To jest też misja mojej firmy. Prowadzę ją, żeby takie właśnie wartości przekazywać. Nie wiem, czy każdy projektant tak ma. Chciałabym, żeby miał.

Na pewno musiałby mieć w sobie wielką wrażliwość. Często się Pani wzrusza podczas rozmów z klientami?

Staram się tego nie pokazywać, ale chusteczkę mam zawsze w torebce (śmiech). Te historie czasami są bardzo poruszające. Dotykają prawdziwego życia. Trudno powstrzymać łzy, kiedy ktoś opowiada, że mieszka w pięknym, dużym domu, ale każdy kąt przypomina o miłości, której już nie ma, a za którą tak mocno tęskni. Każdy klient nosi swoją historię.

Znamy już trochę Pani historię, a jaka będzie przyszłość – Pani i firmy?

Według badań statystycznych trzy najbardziej obciążające emocjonalnie sytuacje w życiu to: problemy finansowe, choroba członka rodziny i… remont. Myślę, że mogę zmienić ten ostatni punkt.

Projekt to tak naprawdę bardzo szczegółowa analiza wnętrza, dopasowanie przestrzeni do potrzeb użytkowania oraz gruntowne przygotowanie klienta do procesu remontu.

Projekt to jego zbroja, składająca się z fotorealistycznej wizualizacji 3D, wszystkich wytycznych dla każdego z wykonawców uczestniczących w procesie. Przekazujemy również listę zakupów do samodzielnej realizacji oraz plan remontowy, tak aby klient wiedział, co po kolei powinien zrobić, by remont był jak najmniejszym obciążeniem i był zgodny z wcześniejszymi ustaleniami. Taka dokumentacja ma czasem nawet 100 stron.

Chciałabym przełamać też barierę, że planowanie przestrzeni jest dla ludzi bardzo zamożnych. To nie jest prawda. Zakres remontu można dopasować do planowanego budżetu i tak naprawdę nie jest to czynnik wykluczający. Realizacje niskobudżetowe również są w palecie naszych dokonań i uważam, że są to naprawdę bardzo udane wnętrza.

Obecnie pracuję nad opracowaniem dodatkowych gałęzi wsparcia dla naszych klientów, które jeszcze bardziej pomogą w realizacji ich marzeń o własnym, dopasowanym domu.

To jest świetny pomysł, żeby dawać ludziom razem z projektem taki plan. Dwa razy przeżyłam remont i przy okazji dwa razy prawie się rozwiodłam (śmiech).

Właśnie w takich stresujących sytuacjach jesteśmy zawsze do dyspozycji klienta. Oczywiście, mamy także wariant współpracy, w którym przejmujemy cały nadzór i klient nie jeździ na budowy, ale ludzie decydują się na tę opcję w wyjątkowych sytuacjach. Wolą jednak sami czuwać nad całym procesem, mimo to jest im o wiele łatwiej, ponieważ są do tego remontu bardzo dobrze przygotowani.

Kiedy budowa czy remont już ruszy, oczywiście zdarzają się różne sytuacje, np. wykonawca nie zetknął się z pewnego typu zabudową albo nie wie, co i jak zrobić – i zadaje pytanie klientowi. Klient dzwoni wtedy do nas, a my go wspieramy, odpowiadamy na pytania, jeśli jest potrzeba, to jedziemy na budowę.

Jak sobie Pani radzi z nieprzyjemnymi sytuacjami, niezadowolonymi klientami?

Teraz bardzo rzadko zdarza się sytuacja, że klient jest niezadowolony. Ten proces jest już tak zoptymalizowany, że jeśli ktoś na etapie wstępnej rozmowy nie chce mnie wpuścić za próg wymarzonego domu, to nie brniemy dalej. Kończymy współpracę.

Nie każdy chce pokazać, o czym marzy, niektórzy mają blokady, które ich przed tym powstrzymują, a czasem po prostu nie ma między nami porozumienia. W takich sytuacjach nie kontynuuję współpracy. Uważam, że ona może później przynieść więcej złego niż dobrego.

Dawniej czasem zdarzali się niezadowoleni klienci. Bardzo się tym wtedy przejmowałam. Doszukiwałam się w sobie jakichś niedoskonałości, winy. Czasami brnęłam w taką relację jeszcze głębiej, żeby zadowolić klienta, a wina była ewidentnie na przykład po stronie nieuczciwego człowieka, który chciał zobaczyć jeszcze jedną wersję i jeszcze jedną, i jeszcze… Aż w końcu do tego dokładałam, bo proces przeciągał się w nieskończoność.

Wcześniej bardzo się przejmowałam takimi sytuacjami, traktowałam je jako porażkę. A teraz, chyba dzięki szkoleniom i dzięki temu, co przepracowałam, o co zadbałam, jest po prostu tak, że przyjmuję to do wiadomości. Poza tym nie zdarza mi się już, że klient się na końcu wycofuje, nie płacąc mi.

Jest jeszcze jedna osoba, która bardzo pomogła mi w procesie mojego rozwoju. To Ania Łuńska, również uczestniczka Programu Rozwoju Coraz Lepszej Firmy. Poznałyśmy się za pośrednictwem Forum Coraz Lepszych Przedsiębiorców. I ona przekazała mi taką cenną radę, którą chciałabym ponieść dalej: powiedziała, że my mamy prawo się bronić. I tą obroną, taką naszą tarczą przed nieuczciwymi klientami, jest nasza umowa.

Kiedyś w umowie w ogóle nie zawierałam zapisów, które by mnie broniły przed tymi nieuczciwymi klientami. Miałam takie poczucie, że to zniechęci ich do pracy ze mną. Ania uświadomiła mi, że to nie jest tak, iż mamy przyjmować ciosy z uśmiechem na ustach. Kiedy ktoś nas atakuje, to trzeba po prostu się obronić. I za to jej będę wdzięczna do końca życia.

To, co mi powiedziała, to był dla mnie duży krok do przodu. Przekazała mi taką dobroć, której nie dał mi nigdy wcześniej żaden inny przedsiębiorca.

Rozmawiała: Martyna Kosienkowska
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.