Inspiracje

Impotencja twórcza: co robić, kiedy mózg flaczeje?

Maciej Wojtas

Zanim napisałem ten artykuł, rozgrzebałem do połowy 5 innych. Wszystkie trafiły do kosza. Dopadła mnie, nie po raz pierwszy w życiu, twórcza impotencja. I to właśnie ta „cholera” jest tematem niniejszego tekstu.

Przeczytaj, a zrozumiesz lepiej:

  • jak to jest, kiedy nie masz żadnego pomysłu na ten, no, wiesz...
  • co robić, kiedy czujesz, że między uszami hula Ci wiatr,
  • czy pusta strona internetowa musi być objawem impotencji twórczej.


Koszmar każdego twórcy

Wyobraź sobie, że jest poniedziałek rano.

Na piątek, czyli za 5 dni, musisz wymyślić scenariusz radiowej reklamy, kilka wpisów na blog, parę opisów produktów i jeszcze kilka innych rzeczy. Wszystko to musi mieć ręce i nogi.

Nie może być jakąś tam randomową treścią, którą niektórzy wstawiają na swoje strony, żeby nie straszyły klientów pustą bielą. Nie może takie być, bo ludzie oczekują od Ciebie prawdziwych fajerwerków. Czegoś, co rzuci ich na kolana (o tym, jak pisać w taki sposób, mówiłem tutaj).

W poniedziałek próbujesz ruszyć z tematem – i nic. To samo dopada Cię we wtorek, środę i czwartek. Z każdym dniem jesteś coraz bardziej zestresowany. A im większe nerwy, tym uścisk stalowego imadła, które masz w głowie, jest boleśniejszy.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Dobre rady, które nie działają

Oczywiście znasz te wszystkie dobre rady na tę okoliczność:

  • wyjdź na spacer
  • prześpij się
  • zjedz coś
  • zajmij się czymś innym
  • obejrzyj serial

Te rady są całkiem dobre, o ile człowiek ma w sobie na tyle odwagi, żeby w jednej chwili przestać myśleć o trapiącym go problemie.

Wtedy jego mózg zaczyna pracować tak, jak program komputerowy działający „w tle”. I po jakimś czasie, kiedy uda mu się z tym wszystkim uporać, sam podsuwa mu gotowe, często zaskakująco genialne rozwiązanie.

Dzieje się tak, ponieważ mózg to przekorny organ, który lubi chadzać swoimi drogami. Nie cierpi, kiedy jest zmuszany do wykonywania jakiegoś intelektualnego zadania.

Niestety, nie zawsze da się „wyłączyć myślenie”. Na przykład wtedy, kiedy dusi Cię uzasadniony lęk – obawa o to, że ceną za niedotrzymanie terminu będzie koniec współpracy z klientem, a więc coś bardzo namacalnego i przeliczalnego na pieniądze.

Impotencja → wypalenie

Jestem niemal pewny, że niemoc twórcza – czyli sytuacja, kiedy bardzo chcesz coś z siebie wyrzucić, ale na dobrych chęciach się kończy – leży bardzo blisko czegoś, co fachowo nazywa się wypaleniem.

Trudno jednak mi orzec, w którym miejscu kończy się niemoc, a w którym zaczyna faktyczne wypalenie. I czy najpierw dochodzi do pierwszego, a potem do drugiego, czy odwrotnie.

W tych rozważaniach piszę raczej o lekkiej postaci impotencji twórczej. To dlatego, że z cięższymi formami tego stanu nie miałem na szczęście jeszcze do czynienia.

Dziś wypalają się ci, którzy wczoraj płonęli

Ktoś kiedyś mądrze napisał, że aby się wypalić, trzeba wcześniej płonąć. Słuszna uwaga! „Płonięcie” to eksploatowanie się do granic możliwości, które odbywa się z powodu ogromnego zaangażowania w jakąś sprawę.

Znam to aż za dobrze.

Spalają się ci, którzy na co dzień dają z siebie wszystko. Ci, którzy podchodzą do swoich obowiązków tak, jakby od nich zależało ich życie. Ci, których napędza entuzjazm z domieszką wysokooktanowej pasji.

Najpierw jarają się entuzjazmem.

Potem płoną strzelistym ogniem.

A na koniec zostaje z nich popiół.

Jaki z tego wniosek?

Jeśli wszystko to, o czym napisałem powyżej, jest prawdą (a na 200% jest!), to przepis na wypalenie wydaje się banalnie prosty.

Wystarczy... nie płonąć.

Albo płonąć, ale na pół gwizdka. Jechać na ostatnich oparach emocji. Nie dawać z siebie nic więcej, niż to absolutnie konieczne. Nie angażować się w nic, co znajduje się poza punktem wyznaczonym przez czubek własnego nosa.

Tylko czy takie życie ma sens?

Czy ma smak?

Wątpię.

Jak radzić sobie z wypaleniem, będąc w grupie ryzyka?

Jak to zrobić, kiedy jesteś freelancerem i czytasz o sobie takie rzeczy:

„(…) czynnikiem sprzyjającym pojawieniu się wypalenia zawodowego jest specyficzny tryb pracy. Większość osób pracuje poza etatem, w różnych porach dnia, czasem po kilkanaście godzin dziennie, a czasem wiele tygodni wcale nie pracuje.

Brak stałości, przy tym często też stabilnego dochodu, wymusza potrzebę zabezpieczania się drugą pracą, często mniej twórczą. Powoduje to wiele napięć wewnętrznych, które w krótkim czasie u osób z dużą wrażliwością prowadzą do pojawienia się oznak wypalenia zawodowego”*.

Jak więc otrząsnąć się z marazmu i ruszyć z miejsca z robotą, kiedy jesteś wręcz skazany na nawracające kryzysy, dołki i inne objawy wypalenia?

Wypaleniu można przeciwdziałać

Mądre głowy radzą, żeby w takiej sytuacji zbadać, czy wszystkie sfery życia: fizyczna, psychiczna, emocjonalna i duchowa – są zbalansowane. Czy panuje między nimi harmonia i równowaga. Czy harmonia istnieje również w rodzinie i w życiu osobistym.

To ostatnie jest szczególnie istotne, ponieważ nie da się tworzyć na wysokim poziomie (nie da się być również twórczym przedsiębiorcą), jeśli stosunki w rodzinie szwankują, delikatnie mówiąc.

Wystarczy byle kłótnia, choroba dziecka, problem z sąsiadem, żeby na długo wytrącić się z twórczego rytmu. Jeśli prowadzisz firmę, to doskonale wiesz, że bardzo trudno jest zebrać myśli, kiedy z tyłu głowy na okrągło wozisz ze sobą różne zmartwienia.

A propos tworzenia.

Mówi się, że artysta powinien być nieszczęśliwy, żeby spod jego pióra, pędzla czy dłuta wychodziły arcydzieła. Moim zdaniem, to bzdura. Jeżeli chce się robić coś, co będzie zachwycające i budujące dla innych – trzeba samemu być przynajmniej choć trochę spełnionym.

To prowadzi do prostego wniosku: jeśli chcesz działać twórczo i pozytywnie, musisz najpierw zadbać o porządek w życiu osobistym. Inaczej będziesz zarażał odbiorców swoją chorą frustracją.

Co robić, kiedy wszystko zawodzi?

Oto moja „apteczka pierwszej pomocy”, z której korzystam w kryzysowych sytuacjach.

Myślę, że zawarte tu rady sprawdzą się, po niewielkich przeróbkach, również w przypadku prowadzenia firmy:

1. Oddychaj, oddychaj!

Przede wszystkim staram się nie wpadać w panikę, tylko podejść do tego na chłodno. Mówię sobie: ok, utknąłem. Jest problem, ale spokojnie, wiem, że dam radę go rozwiązać. Potrzebuję tylko na to trochę więcej czasu niż zwykle.

Wiem przecież z własnego doświadczenia, że coś masakrycznie trudnego można napisać w mgnieniu oka, a prościutki tekst o niczym może rodzić się nawet przez tydzień. O finalnej jakości danego przedsięwzięcia nie zawsze decyduje liczba godzin nad nim spędzonych.

To, że teraz nie potrafię wykonać zadania, nie znaczy wcale, że efekt końcowy będzie jedynie zadowalający. Wręcz przeciwnie. Warto nastawić się na to, że będzie rewelacyjny. Zgodnie z zasadą, z którą bardzo się zgadzam: im ciężej się pisze, tym łatwiej się to czyta.

Nawiasem mówiąc, oglądałem ostatnio na kanale Expert w Bentley’u wywiad z Krzysztofem Hołowczycem**, znanym polskim kierowcą rajdowym. Powiedział on niezwykle celną i cenną rzecz: „trzeba uwierzyć, że potrafię zrobić coś lepiej, niż mi się wydaje”.

A jeśli trudno wykrzesać z siebie takie nastawienie?

2. Powrót do przeszłości

Wtedy funduję sobie krótką „podróż do przeszłości”. Przeglądam rzeczy, które udało mi się kiedyś zrobić, choć były bardzo trudne, a często wręcz niewykonalne. Przypominam sobie entuzjastyczne reakcje ludzi na te rzeczy.

Dzięki temu mam przed sobą żywy dowód na to, że pod czaszką cały czas tli mi się potencjał, który trzeba tylko umiejętnie rozdmuchać. Dzięki temu wiem, że prędzej czy później w końcu coś wymyślę.

3. Symulator pracy

Jeśli to też nie pomaga i mam totalną pustkę w głowie, wtedy robię cokolwiek: zakładam nowy plik, nadaję mu nazwę, wstawiam tytuł, numeruję śródtytuły. Robię wszystko, żeby mój mózg myślał, że ostro pracuję. A przy okazji likwiduję biel edytora – rzecz, która w moim fachu działa wyjątkowo deprymująco.

Robienie czegokolwiek w zastępstwie pracy właściwej pozwala uspokoić nerwy. A stąd już tylko krok do wejścia we właściwy rytm działania.

4. Przejście do innych zadań

Gdy i to nie zdaje egzaminu, przechodzę od razu do kolejnego zadania, które mam na liście. W ten sposób mam poczucie, że tego dnia zrobiłem chociażby cokolwiek. Kiedy niemoc ściska tak mocno, że drugiego zadania też nie mogę ruszyć – wtedy biorę się za trzecie, czwarte, piąte – aż do skutku.

Świadomość zmarnotrawienia czasu to ostatnia rzecz, jakiej w takim stanie potrzebuję.

5. Zupa z gwoździa

Czasem jednak nawet i to na nic się zdaje. Wtedy staram się przekuć wadę w zaletę. Usiłuję przeciągnąć niemoc na swoją stronę. Postępuję wówczas zgodnie z zasadą, którą bardzo lubię: „Rozpocznij tam, gdzie jesteś. Wykorzystaj to, co masz. Zrób to, co możesz”.

Chwytam się jakiegoś chuderlawego, kościstego zdania i próbuję tak je rozwałkować, żeby ugotować z niego sycący obiad dla 5 osób. Najważniejsze bowiem jest to, żeby ruszyć z miejsca, choćby o milimetr do przodu.

Idealnym przykładem tej strategii jest artykuł, który właśnie czytasz. Nie mogłem znaleźć dobrego tematu, nie miałem dobrego pomysłu na ten tekst. Postanowiłem rozpocząć tam, gdzie jestem i wykorzystać to, co miałem.

A co miałem? Pustkę w głowie i kilka prawie gotowych tekstów w wirtualnym koszu. I wtedy pomyślałem, że właśnie ten mój problem… wart jest opisania!

6. Na frasunek dobry trunek?

Nie, nie chodzi o trunek, jak w tym przysłowiu, ale o rysunek. A konkretnie o rozrysowanie swojego problemu na kartce papieru.

Wystarczy zapisać na niej jakieś hasło. Potem drugie, trzecie, piąte i kolejne. Dodać strzałki ilustrujące powiązania między nimi. Dołączyć do nich skojarzenia przychodzące w tym momencie do głowy.

Wystarczy tak niewiele, żeby nagle poczuć coś niezwykłego: ten fantastyczny moment, w którym blokada zaczyna się rozluźniać. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale zupełnie inaczej rozwiązuje się daną kwestię na kartce, a inaczej – obrabiając ją wyłącznie w myślach.

Zwykła kartka papieru to naprawdę potężne narzędzie!

7. „GOPR”

A kiedy dokumentnie wszystko zawodzi, wtedy pozostaje mi jedno. Gorąca wiara w to, że w tych zmaganiach nie jestem sam. Że w razie czego, kiedy dam już z siebie naprawdę wszystko, to (jeśli tylko o nią poproszę) doczekam się pomocy z samej Góry.

PS

Tekst pozbawiony słów nie musi wcale oznaczać impotencji, wręcz przeciwnie – twórczą inwencję. Oto przykład. Zrobiłem kiedyś wpis na swoim blogu. Umieściłem w nim tytuł, a pod nim… nic. Absolutnie nic.

To „nic” zajmowało jednak parę długości ekranu. Statystyki podawały, że internauci spędzali na stronie, na której nie było ani grama tekstowej treści – średnio aż 8 minut. Spędzali i ochoczo komentowali!

Tekst zawierał „listę” moich planów na 2019 rok :)

*) http://nf.pl/kariera/osoby-tworcze-moga-sie-wypalic-szybciej,,43678,173
**) https://www.youtube.com/watch?v=_zGLwnQN5Aw

Pobierz kolekcję 100 pomysłów na duży rozgłos
bez wydawania dużych pieniędzy

Nietypowe rozwiązania marketingowe na zdobywanie klientów
i zwiększanie sprzedaży

100_pomyslow
Zapisując się na kurs, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Maciej Wojtas

Zawodowy copywriter i scenarzysta (https://maciejwojtas.pl) oraz kompozytor muzyki do gier komputerowych i spotów reklamowych (https://maciejwojtas.com).