Marketing Inspiracje

Chcesz pisać lepiej niż inni? Przeczytaj to uważnie. Do samego końca

Maciej Wojtas

Często dostaję od czytelników informacje typu: „ale Ty lekko piszesz” albo „jakie to jest celne”, albo „to jest trafione w punkt”. Dziś podzielę się z Tobą SPRAWDZONYMI sposobami na takie właśnie pisanie.

Przeczytaj, a zrozumiesz lepiej:

  • Jak pisać.
  • Jak pisać lepiej.
  • Jak pisać lepiej niż inni.
  • Jak pisać lepiej niż inni ludzie.
  • Jak pisać lepiej niż inni ludzie w Twoim wieku.
  • Jak pisać lepiej niż inni ludzie w Twoim wieku, z Twoim wykształceniem.
  • Jak pisać lepiej niż inni ludzie w Twoim wieku, z Twoim wykształceniem i z WIĘKSZYM talentem.

Pisanie jak oddychanie?

Dla mnie pisanie jest jak oddychanie.

Nie, nie jest wcale tak proste, automatyczne i bezproblemowe jak przetwarzanie powietrza! Z przyczyn zdrowotnych oddychanie przychodzi mi ze sporym trudem.

Szczerze podziwiam tych, którzy chwalą się lekkim piórem i są w stanie wyprodukować tysiące znaków – dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok.

Dla mnie pisanie to mordęga.

Proszę o ciszę!

Najlepsze teksty rodzą się w ciszy. Na przykład w środku nocy. W czasie, kiedy nic mnie nie rozprasza: ani żaden obraz, ani żaden dźwięk, ani żaden zapach.

Nie mam też wtedy hamulców, które ograniczają mnie za dnia. Nocą każda idea wydaje się dobra. Dopiero po wschodzie słońca okazuje się, czy tak było naprawdę.

Najlepsze teksty rodzą się wtedy, kiedy świat wokół mocno zwalnia. Owszem, można pisać, jadąc w zatłoczonym pociągu czy podczas przerwy w szkole, kiedy poziom hałasu przebija sufit i demoluje bębenki w uszach.

Można, ale to niezbyt efektywne.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Bezruch/wyciszenie

Cisza i bezruch to wielcy sprzymierzeńcy podczas pracy z tekstem.

Pamiętam, kiedy w liceum co jakiś czas pisaliśmy wypracowanie z języka polskiego. Za każdym razem mieliśmy na to 2 godziny lekcyjne.

Koleżanki i koledzy zawsze zamierali w oczekiwaniu na temat, który lada chwila miał się pojawić na zielonej tablicy. Ich białe kartki były gotowe na najgorsze, długopisy rozgrzane, nerwy napięte, a głowy przejęte.

Wtedy padał sygnał do startu.

Wszyscy ruszali z piskiem opon, a ja… dalej stałem w blokach startowych. Przez całą pierwszą lekcję obserwowałem świat za oknem. Było na co popatrzeć, bo krakowskie Planty były, są i będą piękne o każdej porze roku.

Wydawało się, że robię, co mogę, żeby tylko dostać jedynkę. W końcu moja kartka była nadal przeraźliwie pusta. Nic bardziej mylnego! To wyciszenie było mi potrzebne, żeby do głowy zaczęły spływać sensowne zdania.

Dobre treści przychodzą do tych, którzy na nie czekają.

Ruchy, kluchy!

Bezruch pomaga w pisaniu, ale ruch robi to po mistrzowsku. Kiedy nie wiadomo, co napisać, warto zrobić sobie przerwę. Pójść na samotny spacer. Może to być nawet wycieczka dookoła stołu w jadalni. Albo zwiedzanie przedpokoju od ściany do ściany.

Muzyka – Twoja ulubiona położna

Cisza jest wspaniała, bez dwóch zdań, ale muzyka też bywa świetną akuszerką pisarskich pomysłów. Dawniej słuchałem jej, żeby wprowadzić się w rodzaj transu. Dziś wykorzystuję ją w nieco inny sposób.

Zauważyłem, że charakter muzyki mocno odbija się na charakterze powstającego tekstu. Dlatego jeśli chcę napisać coś pozytywnego, pulsującego energią, zachęcającego do działania – wtedy aplikuję sobie taki właśnie rodzaj dźwięków.

Jeśli zaś mam zamiar ścisnąć czytelnika za gardło, wtedy odpalam coś w mocno minorowych tonacjach. Nie wiem, jak to działa, ale muzyka sprawia, że słowa, zdania, całe sekwencje myśli – rodzą się wtedy niemal bezboleśnie.

A skoro jesteśmy już w szpitalnych klimatach. Różnica między pisaniem „na cicho”, a z pomocą muzyki jest taka, jak między krwawym cięciem cesarskim a minimalistyczną laparoskopią.

Po tym drugim szybciej dochodzi się do siebie.

Ewolucja: od egoizmu do służby

Przeszedłem sporą ewolucję. Najpierw pisałem wszystko, co mi ślina na język przyniosła, klawiatura wytrzymała, a edytor pomieścił. Dygresja goniła dygresję, fajerwerk strzelał za fajerwerkiem, a każde zdanie pękało od nadmiaru kalorii.

Teraz wiem, dlaczego tak było.

Za bardzo skupiałem się na sobie – zamiast na czytelniku. Chciałem pokazać mu swoją błyskotliwość, zamiast pomóc mu rozwiązać jego problem.

Niepotrzebnie komplikowałem sprawy, odwracałem uwagę od meritum, zamiast upraszczać, co tylko można i podążać prosto do celu.

Dziś wiem, że najważniejsze w pisaniu jest to, żeby czytelnik nie miał najmniejszych trudności ze zrozumieniem tego, co chcę mu przekazać.

Można stworzyć sążnisty tekst pełen wyrazów, ale ubogi w treść.

Można też jednym skromnym zdaniem zmienić czyjeś życie.

Tylko ta druga opcja warta jest zachodu.

Akapit, czyli jedna myśl

Dawno temu zaczynałem od ściany tekstu. To był duży błąd. Nie polecam tego nikomu, ponieważ standardowy akapit to, przynajmniej w założeniu, jedna myśl, którą chce się przekazać.

Potem przez długi czas moje akapity liczyły po kilka linijek. Ostatnio mają najczęściej po 3 wersy, ale powoli zmierzam w stronę „dwulinijkowców”.

Bywa nawet tak, że jeden akapit, czyli jedna myśl spokojnie mieści mi się w jednym ciasnym, 3-wyrazowym zdaniu.

Trochę niepokoi mnie ta tendencja :)

Rzeczowniki – klucze do wyobraźni

Używam różnych metafor i porównań, ale zauważyłem, że wyobraźnię czytelnika najskuteczniej pobudzają 2 rzeczy: rzeczowniki oraz zasada show, don’t tell.

Rzeczownik to konkret.

A konkret łatwo sobie wyświetlić w głowie. Rzeczownik jest krótki, a mimo to działa jak zapalnik uruchamiający reakcję łańcuchową. Włącza cały ciąg barwnych skojarzeń.

W zdaniach, które przeczytałeś do tej pory, padło kilka obrazowych rzeczowników:

  • akuszerka,
  • zapalnik,
  • bloki startowe
  • czy laparoskopia.

Kiedy zobaczyłeś wyraz „akuszerka”, w Twojej głowie od razu pojawiła się dramatyczna scena porodu dziejąca się gdzieś na XIX-wiecznej wsi.

„Bloki startowe” przeniosły Cię do pokoju, w którym wisiał płaski telewizor głośno transmitujący bieg polskiej sztafety.

A „laparoskopia” przypomniała Ci historię podpitego wujka, który na weselu podnosił koszulę, chwaląc się bliznami po ranach odniesionych na sali operacyjnej.

Mam rację?

Show, don’t tell

Rzeczownik pozwala wyobrazić sobie więcej niż napisano. Natomiast zasada show, don’t tell sprawia, że tekst jest łatwiej „przeżyć” i dzięki temu – bardziej zapamiętać.

Oto prosty przykład. Zdanie: „Marek był samotny” jest owszem krótkie, ale na tym jego lista największych zalet się kończy.

Wystarczy jednak usunąć słowo „samotność”, a zamiast tego dodać trochę więcej akcji, żeby pokazać rozmiar nieszczęścia trapiącego biednego mężczyznę:

„Przed rozmową kwalifikacyjną w sprawie pracy Marek kupił na allegro 100 hinduskich fanów, żeby nie wyszło na jaw, że przez 40 lat życia nie dorobił się ani jednego znajomego”.

Opóźnienia są dobre

Do tego wniosku doszedłem najpóźniej.

Wdrożyłem to stosunkowo niedawno, ale efekty tej techniki działają rewelacyjnie. Co więcej, działają praktycznie bez pudła.

Zawsze było tak, że kiedy tylko skończyłem ostatnie zdanie, kiedy naniosłem ostatnie poprawki – wciskałem przycisk „publikuj”.

Dziś robię to inaczej.

Tekst powstaje przez kilka dni. Minimum 2, a maksimum… bardzo wiele. Zauważyłem bowiem, że wystarczy odłożyć artykuł nawet na 1 noc, żeby rankiem zobaczyć w nim rzeczy, których jeszcze wieczorem tam nie było.

Poprawianie przez usuwanie

Do tego również musiałem dojrzeć. Dawniej publikowałem praktycznie wszystko, co wpisałem do edytora.

Dziś, jeśli widzę, że coś nie przybliża czytelnika do celu – usuwam to. Jeśli zdania są za długie – skracam je. Jeśli akapity są zbyt puszyste – odchudzam je.

Robię to bezlitośnie. Nawet jeśli pod nóż ma iść jakaś wyjątkowo misterna i efekciarska plątanina zdań.

Zwłaszcza jeśli jest ona właśnie taka.

Koniec wieńczy dzieło...

Dawniej nie przykładałem do tego należytej wagi.

Nie potrafiłem dobrze skończyć świetnie zapowiadającego się artykułu. Skupiałem się na chwytliwym tytule i na leadzie lepkim jak ręce złodzieja.

Efekt był taki, że początek był całkiem całkiem, ale im dalej w treść – tym ciśnienie w tekście było niższe.

Zachowywałem się więc tak, jak ktoś, kto opowiada dowcip, rozgrzewa nimi uszy słuchaczy do białości i… nagle zmienia temat albo wychodzi do drugiego pokoju.

Koszmarny błąd!

… ale najważniejsza jest wiara

Najważniejsza jest wiara w to, że Twój tekst będzie naprawdę dobry. A uwierz mi, będzie taki. I to z kilku powodów.

Po pierwsze dlatego, że… nie ma czegoś takiego jak wzorzec dobrego tekstu. Twój tekst będzie jedyny w swoim rodzaju. Chyba, że jesteś plagiatorem. Będzie niepowtarzalny jak każde dzieło każdego twórcy. Trudno będzie znaleźć dla niego punkt odniesienia.

Po drugie, choć to, co napiszesz i opublikujesz, dla jednych będzie totalnie niestrawne, to dla innych – zabrzmi jak objawienie.

Zdziwisz się, że to, co jednych nie rusza wcale, innych trafia centralnie w czuły punkt. Idealnie opisuje stan, który właśnie teraz przeżywają. Dotyka sedna spraw, które od dawna duszą w sobie.

Po trzecie, będzie dobry, jeśli to, co w nim zawrzesz, będzie pochodziło prosto z serca. Teksty tchnące autentyzmem zawsze się obronią. Nie ma znaczenia, że zdaniem profesjonalistów technicznie będą trochę kulawe.

Ludzie naprawdę chcą czytać prawdę.

Nawet, jeśli na co dzień poruszasz się w świecie czystej fikcji, czytelnicy chcą znaleźć w Twoich słowach potwierdzenie tego, co czują. Chcą przeżyć coś, co nimi wstrząśnie. Co da im nadzieję na zmianę.

Technika to sprawa drugorzędna.

Nie tylko w miłości.

Dla tych, którzy się boją

Jeśli nadal się wahasz, czy zacząć pisać, jeśli masz obawy, czy się do tego nadajesz – to pozwolisz, że do czegoś Ci się przyznam.

Za każdym razem, kiedy siadam do pisania, naprawdę boję się, że tym razem nie podołam. Że wyjdzie z tego jakaś okrutna kaszana, bełkot i Bóg jeden wie, co jeszcze.

Boję się, że klient odrzuci moją pracę. Że potraktuje ją (i mnie) z buta. Że mój wysiłek, wiele godzin harówki – pójdą na marne. Ten strach towarzyszy mi od zawsze.

Dla mnie pisanie to mordęga. Ale mimo to – próbuję nadal, dzień za dniem, miesiąc za miesiącem i rok za rokiem.

Nie przestanę przecież oddychać tylko dlatego, że przychodzi mi to z trudem.

Krótkie podsumowanie

Możesz pisać lepiej niż inni.

Możesz tworzyć lepiej niż inni, bo w tym wszystkim wcale nie chodzi tylko o teksty. To może być równie dobrze muzyka, grafika czy strategia biznesowa albo pomysł na reklamę Twojej firmy.

Podsumujmy więc, jak to zrobić:

1. Otocz się ciszą. Odetnij się od przeszkadzaczy. Wyobraź sobie, że jesteś drzewem, a pomysły, słowa, zdania – to ptaki.

Jeśli drzewo stoi obok ruchliwego skrzyżowania, gdzie mnóstwo się dzieje, to jedyne stworzenia, które decydują się, by na nim przysiąść – to nudne, krzykliwe, czarne gawrony.

Jeśli jednak drzewo rośnie na uboczu, z dala od zgiełku miasta, wtedy jego gałęzie stają się schronieniem dla całej masy różnobarwnych gatunków ptaków. Siadają na nim te, które dobrze znasz i te, o których istnieniu nie miałeś do tej pory zielonego pojęcia.

Zapewniając sobie odrobinę ciszy, przyciągasz świeże pomysły tak skutecznie, jak to drugie drzewo przyciąga ptaki.

2. Wyjdź z bezruchu – jeśli zmęczysz się ciszą i utkniesz na dobre. Zmień coś w swoim otoczeniu. Nawet przesunięcie biurka o metr dalej niż teraz może pomóc Ci wygenerować kilka dodatkowych pomysłów.

3. Używaj rzeczowników. Przypominają one elementy filmowej scenografii. Są jak rekwizyty w rękach aktorów. To one budują świat. To one pomagają rozbudzać wyobraźnię. Mały, pluszowy miś trzymany przez Jasia Fasolę mówi więcej o tym mężczyźnie niż setki wypowiedzianych słów.

4. Pokazuj, a nie opisuj. Jeśli rzeczowniki są odpowiednikiem rekwizytów, to ta zasada jest wskazówką dla aktora, co ma w danej scenie robić.

Show, don’t tell pomaga widzowi zapamiętać więcej i na dłużej. Każ Jasiowi Fasoli wysyłać kartki świąteczne zaadresowane do siebie, a sprawisz, że każdy, kto zobaczy tę smutną scenę, nigdy jej nie zapomni.

5. Skracaj, usuwaj, wyrzucaj. Im więcej się pozbędziesz, tym lepszy będzie Twój tekst.

Zwróć uwagę, że ponadczasowe wzory matematyczne i fizyczne, takie jak twierdzenie Pitagorasa czy Einsteinowski wzór na równoważność masy i energii – zachwycają swoją nieskazitelną prostotą i elegancją. A w świecie filmu: najlepsze, najcelniejsze, najdłużej zapamiętywalne dialogi filmowe – są oszczędne w słowach.

Wyjątek stanowią scenariusze Quentina Tarantino i Aarona Sorkina. Tam i tylko tam – niekończąca się ściana tekstu działa perfekcyjnie.

6. Pisz z myślą o odbiorcach, nie o sobie. Tłumacz prosto. Nadmierne zawiłości mogą sprawić, że ludzie pomyślą, że chcesz ich oszukać. Albo gorzej: że nie masz im nic sensownego do powiedzenia.

7. Pozwól tekstowi dojrzeć. Daj mu kilka godzin albo kilka dni. Zobaczysz, że po takim zabiegu stanie się o wiele doskonalszy.

8. Zakończ trzęsieniem ziemi. Najwięcej czasu poświęć na 3 rzeczy: tytuł, wstęp i zakończenie. Skup się zwłaszcza na tym ostatnim. Inaczej cała Twoja praca pójdzie na marne.

PS Twist, czyli filmowy zwrot akcji

Twist to coś, co kinomaniacy wręcz uwielbiają. To taka scena w filmie, która zmienia wszystko. Nic od tej pory nie jest już takie jak wcześniej.

Dlatego na koniec artykułu o technikach, które pomagają pisać lepiej, mam dla Ciebie krótki cytat, który sprawi, że całość nabierze zupełnie innego sensu.

Tekst pochodzi z mojego bloga, a konkretnie z zakładki „o mnie”:

Jak to się stało, że dziś jestem dla niektórych copywriterów wzorem do naśladowania, a klienci piszą w mailach prosto z mostu, że „koniecznie muszą mnie mieć”?

Bóg jeden wie.

To chyba najbardziej precyzyjna odpowiedź. W końcu to do Niego modliłem się i nadal się modlę o mądrość. To Jego za każdym razem prosiłem i nadal proszę o jasność umysłu, zanim zasiądę do pracy nad tekstem.

Samą katorżniczą pracą, tonami szczęścia i szczyptą talentu – nie osiągnąłbym tego wszystkiego.

The end :)

Maciej Wojtas

Kręci go poszukiwanie świeżych pomysłów na biznes. Jest autorem nagradzanego bloga o zarabianiu pieniędzy i życiu z pasją (www.maciejwojtas.pl). Zawodowo zajmuje się copywritingiem. Na co dzień tworzy teksty reklam, pisze artykuły na blogi, wymyśla scenariusze spotów i robi wszystko, co wymaga efektu „wow”.