Work-life balance

200–300 tysięcy straty. Co miesiąc. Naprawdę stać Cię na taką rozrzutność?

Maciej Wojtas

Jesteś przedsiębiorcą? Biznes pochłania Cię bez reszty? Finał tej historii da Ci mocno do myślenia. Czytaj uważnie, bo to opowieść być może o kimś takim, jak Ty.

Rok zerowy

Rok przed upadkiem komuny Marek miał prawie wszystko.

Prawie wszystko, oprócz nadziei na to, że jego życie kiedykolwiek zmieni się na lepsze. Owszem, miał jakąś tam posadę w państwowej instytucji, miał jakąś tam wypłatę, miał nawet przed sobą szansę zrobienia skromnej kariery.

Jednak wszystko, co miał, pozwalało mu co najwyżej na wegetację. Na przeżycie. Na nic więcej. A on nie chciał „po prostu przeżyć”.

On chciał żyć!

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Rok pierwszy

Marek miał gadane i potrafił zrobić z tego użytek.

Bez problemu udało mu się roztoczyć przed bliższą i dalszą rodziną wizję deszczu pieniędzy, jaki spłynie na wszystkich, którzy zechcą udzielić mu nieoprocentowanej pożyczki na zakup maszyny drukarskiej. Dlaczego wpadł na taki pomysł? Czy dlatego, że był bibliotekarzem i o książkach wiedział wszystko? Pewnie tak.

Marek był też porządnie oczytany i znał historię gospodarczą świata. Dobrze wiedział, że sytuacja na ekstremalnie wyposzczonym rynku, który wchłania wszystko, co pojawia się na sklepowych półkach – nie będzie trwała wiecznie.

Dlatego musiał zacząć działać.

Tym bardziej że i w jego prywatnym życiu nadeszła wreszcie hossa: poznał całkiem niezłą dziewczynę (jak na swoje możliwości), ożenił się i oczekiwał narodzin syna.

Rok drugi – pierwsze straty

Po załatwieniu wszystkich spraw papierkowych, wynajęciu lokalu, sprowadzeniu maszyny z Niemiec i znalezieniu kogoś, kto poduczył go w kwestiach drukarskich, Marek rzucił się w wir pracy.

Wszystko szło fantastycznie.

Klientów nie brakowało, choć jakość jego usług była, szczerze mówiąc, średnia. Na szczęście w tamtych czasach nie przywiązywano do tego aż tak dużej wagi. Drukował na okrągło. Miał tyle zamówień, że czasami się w tym gubił. Wszystko było na jego głowie, bo żona musiała zajmować się ich synkiem.

I choć dawał z siebie wszystko, to na koniec roku zaszokował go wyjątkowo niekorzystny bilans. Z niewiadomych powodów ostatnie trzy miesiące, akurat te, w których harował jak nigdy wcześniej, zakończyły się poważną stratą.

Rok szósty – nadal na minusie, ale…

Rynek stawał się powoli nasycony, więc musiał zrobić ruch wyprzedzający i wziąć duży kredyt na rozwój biznesu.

Musiał kupić kolejne maszyny, zatrudnić więcej ludzi, pomyśleć o większym lokalu i zabrać się za reklamę, bo czasy, w których to klient biegał za firmą, prosząc o łaskawe zainteresowanie się nim – już dawno minęły.

Wciągnął też żonę do biznesu, bo bardzo potrzebował mieć w firmie kogoś zaufanego, a syna wysłał do najlepszej prywatnej szkoły w mieście.

Co gorsza, Marek postawił wszystko na jedną kartę. Wziął kredyt pod zastaw swojego mieszkania. W razie wpadki – cała jego rodzina miała wylądować na ulicy… No, w ostateczności w starym francuskim busie, który służył im do przewożenia wszystkiego, co tylko dało się do niego załadować.

Im więcej pracował, im więcej czasu spędzał w firmie, tym bardziej się dziwił, że straty są tak duże. Ale nie to było w tym wszystkim najbardziej niezwykłe.

Był ewidentnie na minusie, a mimo to nie plajtował. Zaskakujące, prawda?

Rok piętnasty – nieoczekiwany zwrot z inwestycji

Czasami człowiek jest tak przemęczony, że z tego wszystkiego zaczyna popełniać głupie błędy. Wpadką Marka był wypadek samochodowy. Na szczęście niegroźny, ale złamana noga unieruchomiła naszego bohatera na parę tygodni w domu.

Nie mówił tego nigdy na głos, ale od dawna… marzył o czymś takim!

Naprawdę chciał zachorować, żeby mieć wymówkę, usprawiedliwienie do pozostania w domu. Sztywny gips na nodze sprawił, że mężczyzna w końcu znalazł czas na przemyślenia, analizę sytuacji firmy i wypracowanie strategii na najbliższe miesiące.

I właśnie wtedy straty zaczęły się zmniejszać.

Rok dwudziesty – za późno na to, by cofnąć czas

Pięć lat później, kiedy Marek dawno zdążył już zapomnieć o złamanej nodze, przyszedł dzień, którego nikt się nie spodziewał. A przecież te dotychczasowe straty powinny o wiele wcześniej dać mu do myślenia. Teraz było już za późno na jakąkolwiek reakcję.

Marek stracił wszystko.

***

Ile czasu trwa jedna chwila?

To zależy.

Jeśli stoisz w długiej kolejce do ubikacji, to chwila potrafi rozciągnąć się do rozmiarów wieczności. A jeśli zakochujesz się w dziewczynie, a ona po raz pierwszy odwzajemnia Twoje uczucie, mrugając do Ciebie zalotnie okiem, to chcesz, by ten ulotny uśmiech fortuny trwał bez końca.

Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy jednak, że klasyczna jedna chwila trwa jedną sekundę. I zaraz wszystko stanie się jasne.

O co chodzi z tą stratą?

Dlaczego cały czas uporczywie wspominałem o niekorzystnym bilansie?

Być może domyślasz się już, że tą stratą nie były wcale pieniądze. Pewnie zwróciłeś uwagę, że nigdzie nie podałem żadnej waluty, żadnych złotówek czy dolarów.

Przez te wszystkie lata Marek tracił średnio:

  • dwie–trzy godziny dziennie,
  • czyli jakieś 200–300 tysięcy sekund,
  • czyli 200–300 tysięcy chwil,
  • czyli mnóstwo okazji.

Okazji do tego, żeby spędzić czas z rodziną. Żeby pobyć ze swoim dzieckiem. A przynajmniej żeby przebywać w jego pobliżu.

Tracił cenne chwile, które finalnie przełożyły się na stratę syna, dla którego przez ostatnie 20 lat nie miał zbyt wiele czasu.

Rachunek za zaniedbania okazał się boleśnie zawyżony: chłopak po prostu pewnego popołudnia wyprowadził się z domu, nie podając nikomu swojego nowego adresu.

Znalazł kogoś, kto miał dla niego całe tony, całe hałdy totalnie wolnego czasu.

Finał

Wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? Wcale nie to, że Marek nigdy nie istniał.

Najgorsze jest to, że podobna historia wydarzy się wkrótce i to całkowicie naprawdę. Może za rok, dwa, trzy. Może za dziesięć lat. Wydarzy się w innych dekoracjach, z innymi postaciami.

Być może przydarzy się Tobie. Albo Twojemu znajomemu. Albo komuś, o kim usłyszysz w wieczornych wiadomościach.

PS. Wszystko, co najważniejsze

Dlatego na koniec mam do Ciebie jedną małą, maleńką prośbę.

Znajdź dziś 3 minuty, które poświęcisz (wiem, to fatalne słowo!) na kontakt ze swoim dzieckiem. Nie, nie musisz nic do niego mówić. Nie musisz się z nim bawić. Po prostu – bądź przy nim.

Wiem, że ciężko pracujesz, żeby było mu w życiu lepiej niż Tobie, ale żadne pieniądze, zabawki, gadżety i nagrody nie będą nigdy w stanie zapełnić, zasklepić, zaszpachlować dziury w jego małym serduszku.

Tego bolesnego i stale powiększającego się pęknięcia, które powstało, kiedy po raz pierwszy zacząłeś znikać z jego życia.

Maciej Wojtas

Zawodowy copywriter. Specjalizuje się w prowadzeniu mistrzowskich blogów firmowych. Tworzy porywające historie, które zamieniają zwykłych internautów w regularnych klientów. Autor nagradzanego bloga www.maciejwojtas.pl