Wywiady Inspiracje

„Przedsiębiorcy odnajdują swój sens, odnajdują swoje »dlaczego«. Tu się dzieją magiczne rzeczy” – rozmowa z Katarzyną Mickiewicz-Burzawą

Martyna Kosienkowska
kasia_wywiad

Dziecko przedsiębiorców, które w swoim dorosłym życiu właśnie przedsiębiorcom pomaga. Kobieta, która doskonale rozumie, co znaczy oddawać pracy całe serce, a jednocześnie oddawać całe serce rodzinie. Człowiek, który z otwartością na Ciebie czeka i pomoże Ci odnaleźć to, co najważniejsze...

Zdobyłaś akredytację PCC (Professional Certified Coach) w International Coach Federation, jesteś certyfikowanym konsultantem Harrison Assessment, FRIS, DISC D3. Byłaś dyrektorem ICF w województwie mazowieckim, wiceprezesem ICF Poland, teraz wspierasz Coraz Lepszych Przedsiębiorców. Czy jesteś dumna, kiedy myślisz o swoich zawodowych osiągnięciach?

Pewne sytuacje, które wydarzyły się na mojej drodze zawodowej, są dla mnie przełomami, momentami sprawdzenia się. Było ich mnóstwo. Niektóre bardzo przyjemne, inne mniej, ale za wszystkie jestem wdzięczna.

Dzięki nim jestem w tym miejscu, w którym jestem, jestem, kim jestem, mam to, co mam, a mam bardzo dużo. Superpracę, supermęża, superdzieci, superznajomych i superklientów (uśmiech). To jest mój największy powód do dumy.

Jak wyglądała Twoja droga do miejsca, w którym teraz jesteś?

Już w szkole średniej postanowiłam sobie, że będę psychologiem i że będę pracowała w biznesie, pomagając ludziom w osiąganiu tego, czego chcą. Wtedy w Polsce nie było jeszcze znane pojęcie coachingu, przynajmniej ja o nim nie słyszałam.

Wyrosłam po prostu w domu przedsiębiorców. Moi rodzice prowadzą firmę od 30 już lat i często uczestniczyłam w ich rozmowach o biznesie przy kolacji. Fascynowało mnie to. Fascynowała mnie natura ludzka, osobowość, procesy myślowe, jakie zachodzą w głowie. To spowodowało, że studiowałam psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Postawiłam sobie poprzeczkę wysoko, bo na jedno miejsce było mnóstwo chętnych osób, i się udało.

Cieszę się też, że mimo iż rynek coachingowy tak bardzo się zmienił w ciągu ostatnich 10 lat, ja cały czas jestem i konsekwentnie osiągam cele, które sobie założyłam na samym początku. Myślę, że wytrwałość to taka cecha, która mnie w tym bardzo wspiera. Mam też w sobie ogromną pokorę – do tego, co robię, do tego, z kim pracuję, do rzeczy, które mi się zdarzają po drodze. Staram się zawsze zatrzymać, wyciągać z nich lekcje i iść do przodu.

Wspomniałaś o ludziach, z którymi pracujesz. Powiedz, proszę, kim oni są. Kto najczęściej decyduje się na coaching?

Po pierwsze osoby, które chcą coś zmienić w swoim życiu zawodowym lub prywatnym. Doszły do jakiegoś miejsca i są w impasie. Mają zarysowane cele, natomiast potrzebują towarzysza, który będzie je wspierał, aby mogły je osiągnąć. Tym towarzyszem staje się coach, który zadaje pytania, aktywnie słucha, odzwierciedla oraz okazuje autentyczną troskę o przyszłość klienta.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Po drugie na coaching decydują się ludzie, którzy chcą poznać swoje mocne strony, talenty i przede wszystkim je wykorzystać w osiąganiu celów. Coaching koncentruje się na wizji przyszłości, konkretnie mierzalnych celach. Osoba korzystająca z coachingu startuje z teraźniejszości i podąża w przyszłość. Przeszłość natomiast traktujemy jako zasób, który może ją wspierać.

Według ICF (największej na świecie organizacji zrzeszającej profesjonalnych coachów) coaching jest: „partnerską współpracą z klientem w kreatywnym procesie prowokującym do myślenia, który inspiruje do maksymalizacji osobistego i zawodowego potencjału”. Celem coachingu jest w głównej mierze poprawa wydajności, rozwój w istotnych dla klientów obszarach.

Doskonale służy osobom, które chcą lepiej odnaleźć się w danej roli, odnaleźć swoje mocne strony, swój potencjał, sprawdzić, w czym mogą sobie radzić dobrze, no i co ma wpływ na realizowanie bądź nierealizowanie przez nie celów.

Klienci przyglądają się sobie, odkrywają, co mają w sobie mocnego, a co słabego, co ich wspiera w roli, którą pełnią: przedsiębiorcy, rodzica, współmałżonka itp. Pracują nad zwiększeniem własnego potencjału, wykorzystaniem swoich talentów, co ma przełożenie na lepsze wyniki biznesowe. Te rezultaty są potwierdzone w badaniach prowadzonych przez ICF.

Czego mogą się spodziewać osoby, które postanowią skorzystać z Osobistego Kompasu Rozwoju w Coraz Lepszej Firmie?

Lubię metafory, więc posłużę się jedną. Mogą się spodziewać odpowiednio przygotowanego gruntu, w którym świadomie kiełkują nasionka ich talentów, mocnych stron, wartości czy całego drzemiącego w nich potencjału. Dzięki temu łatwiej jest im później dobierać odpowiednie narzędzia, np. do egzekwowania, delegowania, komunikacji itd.

Osobisty Kompas Rozwoju to nie jest proces czysto coachingowy. To trzeba zaznaczyć. Zawiera także elementy mentoringu, doradztwa czy konsultingu. Jest procesem łączonym, choć pojawia się w nim bardzo dużo elementów z coachingu: zadawanie pytań otwartych, aktywne słuchanie, odzwierciedlanie, docenianie klienta czy oddanie mu odpowiedzialności za jego decyzje.

Z przedsiębiorcami, którzy się do nas zgłaszają, pracują świetni coachowie z ogromnym doświadczeniem i doskonałym przygotowaniem. Każdego z nich obowiązuje kodeks etyczny, każdy podlega superwizji. Przykładamy ogromną wagę do jakości, żeby jak najlepiej wspierać klientów.

Pierwsze spotkanie w procesie Osobistego Kompasu Rozwoju to sesja wstępna. Wspomniałam już o niej wcześniej. Celem tej sesji jest wzajemne poznanie się, zebranie oczekiwań. Bardzo dużo czasu poświęcam na to, żeby dowiedzieć się, czego klient chce, jaka jest jego motywacja, jaki jest jego poziom zaangażowania. Staram się dopytać o jego powody przystąpienia do Kompasu, poznać i nazwać to, co czuje.

Podczas pierwszej sesji omawiamy wyniki Harrison Assessments – kwestionariusza preferencji zawodowych. Klient dużo dowiaduje się o sobie. Wskazuje obszary, które dają mu największą satysfakcję i mają ogromny wpływ na efektywność oraz sukcesy. Otrzymuje taką instrukcję siebie samego, która dotyczy jego mocnych stron, dowiaduje się, w jaki sposób może je najskuteczniej wykorzystywać.

Też robiłam test Harrisona, podczas rekrutacji do Coraz Lepszej Firmy. Trochę mnie zaskoczył. Niby wszyscy mniej więcej wiemy, jacy jesteśmy, a jednak kiedy się dokładnie nazwie, uporządkuje, opisze swoje cechy i zdolności – spojrzenie na samego siebie zupełnie się zmienia, prawda?

Tak właśnie jest (uśmiech). Podam Ci, Martyna, przykład z szufladą, który bardzo lubię. Mamy jakąś ulubioną szufladę i często do niej zaglądamy. Mniej więcej widzimy, co w niej jest, jesteśmy nawet w stanie coś w tym chaosie czasem odszukać. Kiedy jednak uporządkujemy rzeczy w szufladzie, o wiele łatwiej jest nam znaleźć potrzebne elementy, używamy ich częściej, świadomie, stajemy się bardziej efektywni, bo nie tracimy czasu na szukanie tego, co akurat jest nam potrzebne. Mamy to pod ręką.

Dokładnie tak samo jest z naszymi mocnymi stronami, z których korzystamy bardzo często. Jeżeli są nazwane i uporządkowane, to wiemy dokładnie, w jakich sytuacjach możemy je wykorzystać, szybciej je dopasowujemy, a to przekłada się na sukcesy.

Z drugiej strony klient dowiaduje się też, w jakich obszarach zużywa najwięcej swojej energii oraz czasu i nie czerpie z nich satysfakcji, a co za tym idzie – nie ma przełożenia na wyniki.

I dlatego ja nie pracuję z liczbami (uśmiech). A na czym polegają kolejne spotkania w ramach Osobistego Kompasu Rozwoju?

Druga sesja to sesja testu Gallupa. To spotkanie pokazuje klientowi, jakie ma talenty oraz ich dojrzałość bądź niedojrzałość, co ma ogromne przełożenie na produktywność i cele.

Na trzecią sesję zapraszamy osoby z otoczenia klienta. Nie są fizycznie obecne, ale wypełniają ankietę. Staramy się poznać ich perspektywę, zdobyć odpowiedzi na pytania, w jaki sposób klient się z nimi komunikuje, jakie ma mocne strony, a jakie obszary należałoby wspierać, aby był efektywniejszy.

Ta sesja pozostawia wiele refleksji, bo z ust najbliższych klientowi ludzi padają takie słowa, których on na co dzień nie słyszy.

Czwarte i piąte spotkanie to sesje typowo coachingowe, pogłębiające. Tu również pojawia się wiele refleksji. Często pytam wtedy klienta, czy jest gotowy założyć maskę i zanurkować w głąb siebie. Mamy zbudowany stabilny fundament w postaci zaufania i bezpieczeństwa, więc zwykle daje nura bez większego namysłu (uśmiech).

I co znajduje w środku, na samym dnie?

Przedsiębiorcy odnajdują swój sens, swoje „dlaczego?”, odpowiadają sobie na pytanie: po co w ogóle to robię, po co codziennie rano wstaję z łóżka i akurat to robię? Tu się dzieją magiczne rzeczy. Pytam ich też, czy mogliby wytatuować sobie swoje „dlaczego”.

Tego się, szczerze mówiąc, nie spodziewałam (śmiech).

(Śmiech). Spokojnie, nie zmuszam do tego. Chodzi o to, że tatuaż zazwyczaj traktuje się jako coś niezmywalnego, więc powinien być przemyślany.

Ostatnia sesja to podsumowanie całego procesu i określenie dążeń. Klient mówi o swojej transformacji, o tym, co zmienił w nim Kompas, kim teraz jest, o co jest bogatszy. Ustala również cele, jakie chciałby osiągnąć na przestrzeni 3, 6, 12 miesięcy.

Często, żeby mu to ułatwić, daję mu taki bilet do przyszłości: proszę, żeby wyobraził sobie, że siedzi przede mną tego konkretnego dnia za rok. Jego zadaniem jest wypowiedzenie: jaki wtedy jest, co ma, co mu się udało osiągnąć.

Klienci zaczynają wtedy mówić o tych swoich dokonaniach. W końcu zyskują też wewnętrzny spokój. Wiedzą, że mogą osiągnąć to, co założyli. To ćwiczenie rzeczywiście pomaga.

I rzeczywiście uruchamia wyobraźnię. Właśnie sama zaczęłam się nad tym zastanawiać… Czy pomiędzy sesjami przedsiębiorcy mają jakieś zadania do wykonania?

Zawsze na początku pytam klienta, czy jest gotowy zakasać rękawy i zrealizować swoje cele. I czy ma do tego przestrzeń.

Przestrzeń to zadbanie o to, żeby rzeczywiście móc w spokoju uczestniczyć w sesji. Nie odbierać w trakcie 50 telefonów, nie myśleć o tym, że firma się wali i trzeba gasić pożar. Przestrzeń to także zapewnienie sobie czasu na wdrażanie, a nie tylko na to, żeby przyjść i odhaczyć sesję.

Zwykle u osób, które decydują się na Kompas, widać głęboką motywację do pracy nad sobą. Klienci często sami wyznaczają sobie zadania, które chcą wykonać pomiędzy sesjami. Ustalają, jakim odkryciom z sesji chcą się bardziej poprzyglądać, a co chcą wdrożyć od razu.

Zdarza się, że w weekend dostaję SMS-y czy maile: „Kasiu, udało się” albo „Zrobiłem/zrobiłam to!” (uśmiech). To bardzo miłe.

Czasem to ja wyznaczam klientowi zadanie, np. przed sesją „Dlaczego” proszę o zebranie swoich historii. Klient musi też wykonać test Gallupa i Harrison Assessments. Chętnym polecam artykuły, książki, podcasty, które odnoszą się do obszarów, nad którymi chcą pracować.

Czy osoba biorąca udział w takim procesie powinna mówić o tym najbliższym, pracownikom?

To oczywiście decyzja klienta. Natomiast ja zawsze informuję, że kiedy on się zmienia, zmienia się też system, czyli jego otoczenie.

Otoczenie może mu ułatwiać i powiedzieć: „Super, że w końcu o siebie dbasz!”. Ale może być też takie: „Nieee… tak nam niewygodnie, przedtem było lepiej. Nasze potrzeby są ważne, a nie twoje”. Chociażby w przypadku, kiedy przedsiębiorca od kilku lat nie może wybrać się na urlop, bo zawsze ktoś z pracowników jest ważniejszy, a tu nagle on zaczyna o to dbać i tworzyć harmonogram urlopowy, i co najważniejsze – wpisywać do niego również siebie.

Czasem klienci napotykają na opór.

Nagle szef, który wcześniej nie egzekwował, tylko przyjmował każde tłumaczenie swojego pracownika, zaczyna wymagać, mówić o tym, co jest dla niego ważne i dlaczego. To naturalne, że takie zmiany mogą budzić sprzeciw, bo nikt nie lubi niewygodnych dla siebie nowości.

Ale te zmiany są dobre i przede wszystkim potrzebne, bo ten człowiek zaczyna się lepiej czuć, zyskuje czas, na przykład na rodzinę, hobby. Nie siedzi już w pracy do późnych godzin, tylko wraca do domu i widzi swoje dzieci, kiedy jeszcze nie śpią, może je położyć do łóżka, przytulić.

Czasem okazuje się że minęło X lat, i klient nagle sobie uświadamia, że dzieci już prawie wylatują z gniazda, a on nie zbudował z nimi relacji, bo nie było go we własnym domu. I chce to wszystko nadrobić, zanim wyjadą na studia do innego miasta. To trudne, ale lepiej późno niż później.

Nawet teraz, kiedy o tym mówię, to przeszywa mnie dreszcz. Przypominam sobie tych konkretnych klientów, którzy o tym opowiadali, czasem ze łzami w oczach.

Domyślam się, że podczas sesji jest wiele wzruszających momentów. Nad czym jeszcze pracują przedsiębiorcy?

Często pojawiają się problemy z egzekwowaniem, a właściwie z braniem na siebie za dużej odpowiedzialności. Konsekwencją jest obarczanie siebie zbyt wieloma obowiązkami, a później wpadanie w takie „mam tego dosyć”, tupanie nogą. Pojawia się też wtedy surowość w zachowaniu, komunikacji. Dopiero w takim momencie otoczenie zauważa daną osobę, ale nie widzi tego dotychczasowego poświęcenia, tylko mówi: „Kurczę, ale jesteś agresywny”.

Klienci mają również trudność z docenianiem siebie za sukcesy. Nie czarujmy się – przedsiębiorców, którzy są najwyżej w swojej organizacji, w swojej strukturze, mało kto docenia. Zazwyczaj to pracownicy oczekują docenienia przez swojego szefa. Staram się, żeby umieli poklepać się po ramieniu, powiedzieć: „Super to zrobiłem”; „Świetnie mi idzie, takie sukcesy osiągam w swoim biznesie”.

Ci ambitni ludzie bardzo często skupiają się na porażkach. Proszę ich czasem, żeby wynotowali sobie swoje sukcesy oraz mocne strony i nosili taką kartkę w jakimś ważnym miejscu, np. portfelu. I żeby w trudnych momentach do nich zaglądali. Kiedy czytają to, co sami w sobie doceniają, co sami zauważają, to zyskują siłę, mówią: „I ja nie dam rady? No pewnie, że sobie poradzę!”.

Bardzo wielu naszych przedsiębiorców ma wysoko na liście swoich cech i predyspozycji samodoskonalenie, potrzebę rozwoju. Decydują się na proces, żeby działać jeszcze lepiej. Wtedy staram się pokazać im równowagę, pomagam złapać balans pomiędzy samodoskonaleniem a samoakceptacją.

A jakie są oczekiwania klientów?

Najczęściej są to bardzo proste potrzeby.

Żeby mieć czas dla swoich bliskich. Żeby móc pojechać na wakacje. Żeby chociaż położyć dzieci spać czy je wykąpać lub odwieźć do szkoły. Żeby wyjść gdzieś z mężem czy żoną. Żeby zjeść śniadanie, obiad i kolację! Żeby się wyspać. Żeby spokojnie położyć się do łóżka i przespać całą noc, nie budząc się ze ściśniętym żołądkiem albo walącym sercem. Żeby zadbać o swoją kondycję, ciało, pójść do kina.

To takie naprawdę bardzo proste rzeczy. Można by rzec – podstawowe. Ale jeśli o te podstawowe nie zadbamy, to jak mamy zaspokajać te wyższego rzędu?

Sesja Osobistego Kompasu Rozwoju trwa półtorej godziny? Czy dla coacha to także duży wysiłek?

Jest to obciążająca forma pracy, bo w tym czasie trzeba być bardzo uważnym na każde słowo, ruch klienta, również na to, czego nie widać i co niewypowiedziane. Trzeba łączyć to, co mówi dziś, z tym, co działo się podczas poprzedniego spotkania.

Dlatego w CLF-ie staramy się zadbać o swój komfort pracy. Moje przygotowanie się do każdej sesji to nie tylko odświeżenie sobie notatek, które wcześniej robiłam, i nie tylko przyjrzenie się nagraniu.

Staram się zatroszczyć o swoją uważność, żeby móc w pełni skoncentrować się na człowieku, który do mnie przychodzi. Po to są przerwy między sesjami, które mam zaplanowane na dany dzień. W tym czasie staram się wyciszyć, chociażby wychodząc na krótki spacer, słuchając muzyki czy medytując.

Co może powstrzymywać ludzi przed skorzystaniem z coachingu?

Niektórzy mają wątpliwości, czy wejść w proces coachingowy, pytają: „Po co mi to potrzebne, co ja z tego będę mieć”.

Na pierwszy rzut oka efekty wydają się nienamacalne, ale w rzeczywistości coaching to jedna z najbardziej efektywnych metod pracy.

Zwykłe szkolenia to często 2 dni napakowane bardziej lub mniej wartościową wiedzą, z którą później nie wiadomo co zrobić. Natomiast udział w takim procesie jak Osobisty Kompas Rozwoju to coś zupełnie innego. Półtorej godziny sesji w regularnych odstępach czasu, czyli co dwa tygodnie, i jeszcze ta praca pomiędzy: obserwacja siebie, wdrażanie zmian, przyglądanie się, co zadziałało, ale i co nie zadziałało, omawianie postępów.

To bardzo wpływa na efektywność, na wyniki. Nagle poprawia się jakość pracy danej osoby, ale też otoczenia. Wiadomo, że ryba psuje się od głowy. Kiedy przedsiębiorca zadba o siebie, to ma ogromny wpływ na całą organizację. Jest bardziej świadomy siebie i tego, jakich ludzi ma w zespole, a to przekłada się również na wyniki finansowe.

Zdarza się też, że klienci pytają o moje doświadczenie w coachingu. Podczas pierwszej sesji staram się ich uspokoić. Wyjaśniam, czym jest coaching, podkreślam, że kieruję się kodeksem pracy coacha według standardów ICF. Tłumaczę, że superwizuję swoją pracę.

To jest dla mnie bardzo ważne i dbam, żeby to wybrzmiało, żeby klient usłyszał, że jest w bezpiecznych rękach, że dbam o jakość sesji, żeby go jak najlepiej wspierać.

Warto też podkreślić, że profesjonalny coach zawsze daje prawo wyboru. Nie powinien mówić wyłącznie: „Przyjdź do mnie”, i budować w kliencie takiego poczucia: „Masz być u mnie”.

Ja daję zawsze możliwość wyboru, uświadamiam, że nie jestem jedynym coachem na tym świecie. Po sesji wstępnej czy krótkiej rozmowie zapoznawczej klient zawsze może stwierdzić, że wolałby kogoś innego, kto będzie dla niego w danym momencie lepszym wsparciem.

I ja też mam możliwość wyboru. Zastanawiam się za każdym razem, czy jestem w stanie wspierać daną osobę w jej drodze rozwoju. Jeśli widzę jakieś ograniczenia, to uczciwie o tym mówię.

Jakie to są sytuacje?

Na przykład gdy dostrzegam, że ktoś cały czas skupia się tylko na trudnych momentach z przeszłości albo ma silną depresję, lub inną dysfunkcję psychiczną, i nie korzysta z żadnej pomocy. Wówczas zapala mi się czerwona lampka i staram się obiektywnie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy coaching jest dla danej osoby najlepszy. Bardzo pomaga mi w tym rozpoznaniu moja wiedza psychologiczna.

Czasami ludzie przychodzą na coaching po prostu z ciekawości. Jest „bezpieczny” dla osób, które uważają, że psychoterapia jest dla tych, którzy „mają coś nie tak z głową”. Teraz już się to na szczęście zmienia, ale jeszcze całkiem niedawno psychoterapia była tematem tabu. Dużo fajniej było mieć coacha, bo to było modne, niż korzystać ze wsparcia psychologa czy psychoterapeuty.

I nawet widziałam, że parę lat temu, kiedy mówiłam, że jestem i psychologiem, i coachem, to pojawiały się w oczach moich potencjalnych klientów wątpliwości. A ja zawsze traktowałam wykształcenie psychologiczne jako mój ogromny atut. Bo nim jest.

Wspomniałaś, że się superwizujesz. Co to znaczy?

To znaczy, że mogę poddać proces coachingu analizie, gdy mam poczucie, że utknęłam z moim klientem lub dokonałam nieświadomie jakiejś interwencji, która spowodowała, że nie posuwamy się do przodu. Mogę wówczas spotkać się z superwizorem, czyli ekspertem, i zasięgnąć jego opinii, przyjrzeć się swojej pracy oraz własnym reakcjom. Daję sobie prawo do tego, że nie zawsze ze wszystkim radzę sobie doskonale.

Pod okiem superwizora niejako oglądam daną sytuację, sprawdzam, z czego wynika, mówię o swoich trudnościach. Takie sesje bardzo mi pomagają, dzięki nim mogę iść dalej.

Trudnością, o której mówi wielu coachów, mogą być na przykład mechanizmy obronne klienta. Niby chce zmiany, ale tak naprawdę nie pozwala, żeby do niej doszło. Pojawiają się też przeniesienia. Klient przenosi jakąś relację na relację z coachem i nie jest w stanie iść dalej. Może się też pojawić przeciwprzeniesienie. Wtedy to ja nieświadomie zaczynam przyjmować zachowania tej osoby z tej trudnej relacji.

Warto wyjaśnić taką sytuację klientowi. Gdy twierdzi na przykład, że kogoś mu przypominam i nie jest w stanie dobrze korzystać z naszych spotkań, to jeżeli nazwę jego uczucia, powiem: „Ok, to jest normalne, przenosisz tę relację, ale ja nie jestem tą osobą, ja chcę Cię wspierać”, możemy dalej doskonale razem pracować.

Inną trudnością, z którą może mierzyć się coach w relacji z klientem, jest zbytnie zacieśnienie się tej relacji. Wtedy coach za bardzo się angażuje emocjonalnie. Może się również pojawić konflikt wartości, przekonań, zasad.

Jak słyszysz, Martyna, jest trochę tego, co dzieje się wokół całego procesu. Trzeba starać się to wychwycić i przepracować właśnie na superwizji, poprzyglądać się temu, z czego to wynika.

Kiedy myślę o profesjonalnym coachingu, to zawsze jest w nim superwizja. I trzymanie się kodeksu etycznego. Mamy w Polsce trzy organizacje coachingowe, każda z nich ma swój kodeks etyczny, ale wszystkie prowadzą do tego samego – żeby wspierać klienta, dbać o jakość spotkań, dbać o partnerstwo, umowę lub kontrakt z klientem, który określa odpowiedzialność obu stron.

Czy obowiązuje Cię tajemnica zawodowa, jak chociażby lekarza?

Tak, oczywiście. Jedna z podstawowych zasad zawartych w kodeksie etycznym mówi o zachowaniu poufności. Jako coacha akredytowanego w ICF obowiązuje mnie nie tylko ta zasada, ale wiele innych, równie ważnych, które świadczą o profesjonalnym postępowaniu. Zasada poufności to jest bardzo istotna kwestia. To coś, czego się uczyłam jeszcze na studiach psychologicznych – kodeks pracy psychologa. I było nam to bardzo mocno wpajane.

W pracy coacha jest tak samo – obowiązuje poufność. Klient, który do mnie przychodzi i czymś się dzieli, ma gwarancję, że to zostanie między nami. Oczywiście informuję go, że jestem w procesie superwizji, podczas którego wspominam o niektórych aspektach naszej wspólnej pracy, ale nigdy nie wymieniam personaliów. Mówię „klient”, a nie na przykład „Martyna”. To bardzo ważne.

Wszelkie naruszenia mogą być zgłoszone i rozpatrywane przez tak zwany sąd koleżeński działający przy organizacjach coachingowych. Nieprzestrzeganie kodeksu może grozić odebraniem akredytacji, na którą ja na przykład pracowałam 10 lat.

Natomiast klient może wykorzystywać informacje z sesji, jak chce, tzn. opowiadać o nich, chociażby swojemu partnerowi, bliskim, kolegom z pracy.

Gdyby ktoś chciał skorzystać z coachingu poza Coraz Lepszą Firmą, to na co powinien zwracać uwagę, wybierając coacha?

Na początku zaznaczę, że jeśli mamy komuś powierzyć swój czas, proces osiągnięcia celów, to niech to będzie ktoś ważny, czyli ktoś, komu możemy zaufać, przed kim możemy się otworzyć.

Warto sprawdzić, czy dany coach przynależy do przynajmniej jednej z trzech głównych organizacji – ICF (International Coach Federation), Izby Coachingu, EMCC (European Mentoring & Coaching Council) – oraz czy rzeczywiście posiada jej certyfikat.

Radzę też, aby dopytać, czy coach się superwizuje. To jest istotne, bo wpływa na jakość pracy. Superwizja jest jak higiena osobista. Myjemy się codziennie, więc w zawodach pomocowych superwizujmy pracę, żeby dobrze wspierać, dobrze pachnieć klientowi (uśmiech).

Radzę cierpliwie szukać najlepszej osoby dla siebie i nie bać się, jeżeli ktoś nam nie pasuje, nawet jeżeli ma najwyższą akredytację. Czasami po prostu czujemy, że z kimś nie jest nam po drodze, wtedy nie ma sensu na siłę przekonywać się do takiego coacha.

Dopytałabym również coacha, w jakim szkoleniu coachingowym lub pokrewnym ostatnio uczestniczył oraz jak duże ma doświadczenie, ale liczone nie w latach, tylko w godzinach. Możemy trafić na osobę, która ma 10-letnie doświadczenie, ale niecałe 100 godzin coachingu. To tzw. coach niedzielny lub z doskoku (uśmiech).

Moja mentorka coachingu mawia, że każdy coach powinien być jak pilot samolotu, doskonale wiedzieć, ile godzin przelatał. Ja swoje regularnie podliczam – ponad 850 godzin coachingowych (świadomie mówię ponad, bo na dzień publikacji tego wywiadu, ta liczba się zwiększy. (Uśmiech).

I jak na pilocie ciąży na Tobie wielka odpowiedzialność. Na coaching decydują się przecież często osoby, które są w trudnym lub przełomowym momencie swojego życia.

Dla każdego „przełomowy moment” znaczy coś innego. Dla jednego człowieka będzie to utrata pracy, dla innego zmiana miejsca pracy, zamieszkania czy stanowiska. Właśnie w takich momentach, które są dla nas nowe, lub gdy czujemy wewnętrzny impas, warto skorzystać z jakiejś formy wsparcia.

I nie mówię tylko o coachingu. Są też inne metody rozwojowe, na przykład wspomniana już wcześniej psychoterapia, mentoring, doradztwo lub szkolenia. Możemy je dobrać w zależności od tego, na czym chcemy się skupić, czego potrzebujemy.

Jeśli czujemy, że musimy zadbać o swoją kondycję psychiczną, zrozumieć głęboko zakorzenione w przeszłości kwestie, to warto zastanowić się nad terapią. Jeśli chcemy się skoncentrować się na wizji przyszłości, celach, sukcesie i podążać naprzód, a przy tym odkryć swoje zasoby i wpleść je w na przykład nową rolę, świetny będzie coaching.

Pracuję też z osobami, które korzystają z łączonych form. I z coachingu, i z psychoterapii na przykład. W takich sytuacjach zawszę proszę klienta, aby upewnił się u terapeuty, czy rzeczywiście może uczestniczyć w coachingu. Bo jeśli ktoś mocno pracuje nad przeszłością, a w coachingu koncentrujemy się bardzo na przyszłości, to nie chciałabym, aby czuł, że jest w „szpagacie”.

Przełomowym momentem w życiu jest też z pewnością urodzenie dziecka. Zanim zaczęłaś pomagać Coraz Lepszym Przedsiębiorcom, prowadziłaś zajęcia dla kobiet, które wracały do pracy albo do biznesu. Co było dla nich najtrudniejsze?

Spojrzenie na siebie i na swoją kobiecość trochę z innej, nowej strony. Pogodzenie się z tym, że i ciało się zmieniało, i w głowie się bardzo dużo zmieniło. W tym ważnym momencie następowało przeformułowanie ich wartości, dążeń.

Myślę, że miały dużo trudności z odnalezieniem się w swojej kobiecości, w swojej nowej roli. Odpowiedzenie sobie na pytanie: „Co teraz jest dla mnie ważne”, nie było łatwe. Bo z jednej strony to były wyjadaczki biznesowe, bardzo silne kobiety. Z drugiej strony stawały się mamami i zaczęły zauważać swoją kruchość i to, że nie chcą już działać tak intensywnie jak wcześniej, że coś innego stało się dla nich ważne, że chcą mieć więcej czasu dla siebie oraz dla tego nowego małego człowieka. Jednocześnie nie chciały zupełnie rezygnować ze swojej kariery, na którą tak wiele lat pracowały. Sztuka polegała na tym, żeby znaleźć środek, spójność, dzięki której przestawały żyć w takim rozerwaniu.

Co pomagało im osiągnąć równowagę? Rozmowy z Tobą, kontakt z innymi kobietami, które czuły podobnie, czy zmiana wyglądu – bo i nad tym pracowałyście?

Wygląd zewnętrzny to takie opakowanie, które można szybko zmienić i zostawiałam go na sam koniec. Najpierw starałam się je wspierać, żeby uporządkowały swoje potrzeby, określiły, co jest dla nich ważne, żeby poczuły się dobrze ze sobą. Wygląd był tylko dopełnieniem, jednak oczywiście nie umniejszam jego rangi, bo bardzo wpływa na nasze samopoczucie. To wie każda dziewczyna (uśmiech).

Urodzenie dziecka to moment wejścia w nową rolę, rolę bardzo nieoczywistą. Osobiście nie znam kobiety, która wchodziłaby w tę rolę i powiedziała, że jest jej bardzo łatwo i ona jest w stanie tak od razu, na pstryknięcie palców, wszystko sobie zorganizować i połączyć. To nie jest takie proste.

Ogromnym wsparciem było dla nich bycie razem. W takiej społeczności. Świadomość, że są inne kobiety, które też piastowały wysokie stanowiska, i one też są w tym samym miejscu, co ja. I też mogą sobie nie radzić. Albo mogę czerpać jakąś inspirację, jak sobie poradzić. To były takie fajne momenty wspierania się wzajemnie.

Dla Ciebie pierwsze dziecko to też był przełom, prawda? Czy dzięki temu, że już znałaś te kobiety, że wiedziałaś, czego się możesz spodziewać, było Ci nieco łatwiej?

Nie (śmiech), nie było. Kompletnie nie byłam przygotowana. Pracując z tymi dziewczynami, byłam w innym momencie życia, moją rolą było je wspierać, słuchać.

Macierzyństwo kompletnie mnie zaskoczyło (śmiech). Miałam takie przekonanie, że: „Moje to będzie spokojne”, „Moje to będzie spało”. Inaczej sobie wyobrażałam swoje macierzyństwo, myślałam, że zostanie mi dane idealne dziecko, które będzie mnie „wspierało” w mojej karierze, żebym mogła robić to, co robię.

Kiedy urodziłam, wszystko przewróciło się do góry nogami. To był dla mnie ogromny przełom. Także odkrycie, jak ważne jest dla mnie to, co się dzieje. Nie mówię tylko o byciu mamą, ale o wszystkich decyzjach, które w związku z tym podjęłam.

Wiesz, Martyna, myślałam wtedy, że jestem bardzo nieprofesjonalna, odbierając telefon od klienta i trzymając dziecko na ręku. Byłam w ogromnym napięciu, żeby tylko podczas trwania tej rozmowy nie wydało z siebie dźwięku. Wiem, że to może brzmieć strasznie, ale tak wtedy czułam.

Musiałam to w sobie przepracować i również skorzystałam z coachingu. Zrozumiałam, że mamą będę już zawsze i moje postrzeganie tej najważniejszej mojej roli chcę zmienić. Robiłam to małymi kroczkami. Zdarzało się nawet, że zabierałam swoje dzieci na spotkania biznesowe, czasami towarzyszyły mi w szkoleniach, konferencjach. Teraz to jest dla mnie naturalne i oczywiste.

Jak w takim razie my, kobiety, możemy się przygotować do tego, co się dzieje po urodzeniu dziecka? Jak Tobie się udało?

Mogłabym poradzić innym dziewczynom, żeby nie zakładały, jakie będzie ich dziecko. Żeby zadbały o swoją poduszkę finansową i dały sobie prawo do skorzystania z urlopu, który im przecież przysługuje. Warto też pomyśleć, że czasu nie da się cofnąć i że dzieci tak szybko się zmieniają. Szkoda byłoby to stracić.

Zauważyłam również, że moje samopoczucie wpływało na moich chłopców. Kiedy byłam wewnętrznie niespokojna, oni też byli niespokojni. Nakręcaliśmy się wzajemnie.

Dopiero mając 4-miesięczne dziecko, zrozumiałam, że jestem mamą i że to też trochę zmienia życie zawodowe. Dopiero wtedy się wyciszyłam. To był dla mnie fenomen, bo Janek też zaczął być bardzo spokojny. I wtedy dopiero mogłam pewne działania podejmować. Bardzo delikatnie. Uznałam, że teraz on jest najważniejszy, a dopiero później są działania związane z pracą. Po prostu zrobiłam przerwę.

Przy drugim synku już założyłam, że robię sobie roczny urlop. Wszystko w firmie poukładałam, pokończyłam procesy coachingowe, projekty, żeby rzeczywiście mieć tę przestrzeń. Zadbałam o zabezpieczenie finansowe, żeby dać sobie prawo do skorzystania z urlopu, rzeczywiście zyskać taki wewnętrzny spokój.

Wewnętrzny spokój… Mówiły o nim też osoby, które przeszły już proces Osobistego Kompasu Rozwoju. To były wzruszające rozmowy, które na długo zapamiętam. A jak to wygląda z Twojej perspektywy? Czy Kompas to rewolucja w życiu klientów, którzy z niego skorzystali?

Zależy, jak to rozumiesz.

Nigdy nie zachęcam klientów do gwałtownych zmian w procesie, bo to jest czas na poznawanie siebie, swoich talentów, mocnych stron, swojego „dlaczego”, swoich wartości. Najpierw warto przyjrzeć się sobie, swoim zasobom, a dopiero później przychodzi czas na świadome, w pełni przemyślane decyzje.

Ale jeśli pytasz, czy klienci się bardzo zmieniają, to tak. Widać to gołym okiem.

Często sugeruję im: „Zajrzyj do pierwszej sesji, nawet jeśli jeszcze nie jesteś gotowy/gotowa jej posłuchać, to tylko zobacz migawkę, zobacz, że zmianę widać nawet na twarzy”.

Ja też, kiedy przygotowuję się do ostatniego spotkania, robię sobie przegląd poszczególnych sesji. Na szóstym spotkaniu wspólnie celebrujemy sukcesy (uśmiech). Zmianę widać w zachowaniu, widać w sposobie wypowiadania się, nawet w sposobie ubierania się. I to w tak krótkim czasie, w ciągu 3 miesięcy.

Zawsze pytam na sam koniec ostatniego spotkania: „Czego Ci życzyć, drogi kliencie?”. I wiesz jakie odpowiedzi padają? „Życz mi, Kasiu, żebym w tym wytrwał/wytrwała, żebym pielęgnował/pielęgnowała to, co we mnie wykiełkowało”.

Widzę ogromne zmiany i bardzo mnie to wzrusza. Nie wiem, czy to profesjonalnie, czy nieprofesjonalnie, ale miałam niedawno taką ostatnią sesję, na której się popłakałam, widząc, jak bardzo rozwinął się człowiek, z którym pracowałam – jak rozkwitł.

I wiesz co? To jest chyba ten moment dumy, o który pytałaś na początku. To jest chwila, kiedy czuję, że jestem w naprawdę odpowiednim miejscu. Że rzeczywiście spełnia się to, co zaplanowałam sobie dawno temu. To jest dla mnie ogromnie istotne.

Rozmawiała: Martyna Kosienkowska

Pobierz bezpłatny poradnik
"Przebudzenie Przedsiębiorcy"

Małe kroki, które prowadzą do wielkich zmian.

pp_form
Zapisując się na kurs, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.