Wywiady

Największe grzechy polskich kierowców, patologia szkół nauki jazdy i szkoła z gwarancją zdania egzaminu – wywiad z Krzysztofem Wójcikiem

Krzysztof Nowicki
Krzysztof Wójcik IntroHL

Jak poprawić bezpieczeństwo na polskich drogach? – Wychowując odpowiedzialnych i wrażliwych kierowców – uważa mój rozmówca.

W ciągu pięciu lat prowadzenia firmy zaliczył dwie wtopy, aż wreszcie wraz ze wspólnikiem zbudował szkołę jazdy – szkołę jak marzenie. Niestety w jej rozwoju przeszkadza patologia systemu. Czy korzystając ze szkoleń CLF, uda mu się zbudować też biznes jak marzenie?

Rozmowa z Krzysztofem Wójcikiem, instruktorem jazdy, ekspertem bezpieczeństwa ruchu drogowego i współzałożycielem IntroHL – nauka jazdy u egzaminatorów.

Kilkuletni Krzyś marzył o tym, żeby zostać kierowcą?

Tego nie pamiętam, ale już jako 11-latek chciałem być kierowcą autobusu. To marzenie zrealizowałem i przez pięć lat woziłem ludzi po Warszawie.

To praca z ogłoszenia czy po jakiejś szkole?

Już w młodym wieku kręciła mnie motoryzacja. Po szkole podstawowej poszedłem do technikum samochodowego, a gdy tylko mogłem, zapisałem się na kurs prawa jazdy i w wieku 17 lat zdobyłem uprawnienia. Wtedy też zacząłem intensywnie jeździć, bo dostałem w prezencie swój pierwszy samochód.

Na sto procent malucha.

Tak, to był fiat 126p. Moje oczko w głowie. Jeździłem nim praktycznie wszędzie i przez cały czas.

Bo to były bardzo fajne autka.

Dokładnie. Ja miałem tzw. sześćsetkę z chromowanymi zderzakami. Potem zacząłem go udoskonalać. Wstawiłem nowsze fotele, zamontowałem pasy bezwładnościowe i dołożyłem też pasy bezpieczeństwa na tylnych siedzeniach. Dbałem o mojego fiacika, moją perełkę, i chuchałem na niego. Kiedy później go sprzedawałem, to ciężko mi było się z nim rozstać.

Mało komu w tamtych czasach przychodziło do głowy montowanie z tyłu pasów bezpieczeństwa. Już wtedy był pan odpowiedzialnym kierowcą?

No niestety nie. Muszę przyznać, że jako młody kierowca nie miałem większego pojęcia o bezpieczeństwie i zagrożeniach czyhających na drodze. Nikt wtedy mnie nie uwrażliwiał na te tematy.

I szalał pan swoją bryką?

Po lekcjach w samochodówce nie miałem nic do roboty, znalazłem więc sobie pracę na wieczory jako dostawca pizzy. Rozwoziłem zamówienia maluchem i może nie szalałem na drodze, ale też nie jeździłem bezpiecznie.

Jak ogromna większość młodych kierowców.

Tak. Dlatego rozumiem młode osoby za kierownicą. Ale dziś dodatkowo wiem, że kiedy zrobią pierwsze szlify, pojeżdżą z pół roku, to potrzebują wsparcia – tego, żeby im pokazać, gdzie są zagrożenia. Ja go nie dostałem. Jeździłem bez wyobraźni, miałem dużo szczęścia, że nie doszło do tragedii.

Zajmujemy trzecie od końca miejsce w Europie pod względem bezpieczeństwa na drogach, a ofiar śmiertelnych w wypadkach jest więcej tylko w Rumunii i Bułgarii. Czy polscy kierowcy są aż tak fatalni?

Rzeczywiście jesteśmy w tym niechlubnym ogonie Europy. Cały czas poszukuje się rozwiązań tego problemu – choćby ostatnio zwiększyły się znacznie wysokości mandatów. Myślano, że część kierujących będzie przez to jeździć rozważniej, bezpieczniej. Niestety ta metoda nie działa, liczba wypadków nie zmalała.

Ale są też dobre zmiany, np. pierwszeństwo pieszego na pasach.

Tak, tu widzimy zmianę zachowań kierowców. Wielu z nich, dojeżdżając do przejścia dla pieszych, rozgląda się, czy w pobliżu nie ma kogoś, kto mógłby za chwilę wejść na jezdnię. Mam nadzieję, że to wynika z ich odpowiedzialności, a nie strachu o bardzo wysoki mandat.

Statystyki potwierdzają, że na przejściach dla pieszych zrobiło się bezpieczniej. Ale poza nimi jest już tylko gorzej.

No właśnie. Moim zdaniem przyczyną jest powszechny brak świadomości zagrożeń na drodze i brak odpowiedzialności. Brak myślenia o tym, że ja swoim zachowaniem mogę spowodować zagrożenie albo, jadąc bez przewidywania, mogę wpakować się na jakąś przeszkodę.

Dlatego tak prowadzimy szkołę jazdy, żeby nasi klienci byli na to uwrażliwieni. Ułatwiają nam to dodatkowe pomoce, które mamy w ośrodku. Symulatory zderzeń, dachowania, czasu reakcji czy wybuchu poduszki powietrznej obrazują zagrożenia, które na co dzień występują na drodze.

Dlatego na kursach prawa jazdy korzystacie z pomocy instruktorów ratownictwa medycznego?

Właśnie dlatego. Nie chcemy iść na łatwiznę, jak to niestety robi wiele szkół jazdy, i puszczać kursantom filmów o pierwszej pomocy. To zupełnie nic im nie da. Nasi klienci uczą się od najlepszych nie tylko teorii, ćwiczą też udzielanie pierwszej pomocy. Oby nigdy im się to nie przydało. Ale kiedy już zajdzie konieczność ratowania czyjegoś życia, to będą mieli wpisaną sekwencję startową, będą wiedzieli, jak działać.

W Waszej ofercie kursu dla kierowców zaskoczyła mnie gwarancja zdawalności. Macie układ z egzaminatorami, czy jak to robicie?

Zdecydowanie nie! Nigdy nie powołujemy się na żadne układy czy jakieś znajomości. Etyka w tym obszarze jest dla nas bardzo ważna. Ja i wspólnik przez wiele lat pracowaliśmy w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego na stanowiskach kierowniczych. Ja sam byłem wykładowcą na kursach dla instruktorów, m.in. z przedmiotu etyka, więc uważam, że granice etyki w tym obszarze nigdy nie mogą być nadwyrężone.

Gwarancja zdania egzaminu to jest usługa przemyślana pod kątem tego, na co na początku zwracają uwagę nasi potencjalni kursanci. Chcą mieć pewność, że zdadzą egzamin, i tego egzaminu najbardziej się obawiają.

Jak kursanci wszystkich szkół jazdy.

Ale inne szkoły nie dają tej gwarancji. U nas zdany egzamin jest wypadkową tego, że nauczyliśmy kandydata dobrze, świadomie jeździć. Dla nas to jest najważniejsze.

Gwarancja polega na tym, że prowadzimy go w określonym czasie, według naszego autorskiego programu nauczania. A o tym, że nasz sposób jest skuteczny, świadczy chociażby najwyższa zdawalność w Warszawie, w całym województwie, a prawdopodobnie też w Polsce.

To nie znaczy, że 100 procent naszych kursantów zdaje za pierwszym razem. W zeszłym roku mieliśmy 78 procent zdawalności przy pierwszym podejściu. A średnia ogólnopolska wynosi 33–35 procent.

To ogromna różnica!

No tak. Pomiędzy naszymi wynikami a średnią krajową jest spory dysonans. Tak duża zdawalność wynika z tego, że nasi kursanci rzeczywiście są dobrze przygotowani.

Dajemy gwarancję, że tak cię przygotujemy, że spokojnie, bez stresu podejdziesz do egzaminu i go zdasz. A jeśli znajdziesz się w tych dwudziestu procentach, które nie zaliczyły przy pierwszym podejściu, to my bierzemy na siebie zapisanie cię na następny termin, ponosimy tego koszt i jeszcze przed egzaminem przećwiczymy z tobą to, co sprawiało ci problem.

To nie za duże ryzyko, że firma poniesie wysokie koszty?

Pewnie, w jakiś sposób ryzykujemy. Możemy trafić na osobę, która ma wybitnie małe predyspozycje do nauczenia się prowadzenia samochodu. Nie określamy jednak limitu podejść do egzaminu i będziemy z nią pracować do skutku. Ale znając skuteczność naszego programu, jesteśmy w stanie podjąć takie ryzyko.

Skoro pojawiają się takie szkoły jazdy, które uwrażliwiają przyszłych kierowców na różne zagrożenia i skutecznie uczą ich dobrej jazdy, to chyba sytuacja zmienia się na lepsze.

Ta niechlubna statystyka, że jesteśmy prawie liderem w Europie pod względem liczby osób ginących na drogach, nie poprawi się tak szybko. Niestety sam system kar nie zmieni tego, że sporo kierowców po prostu nie potrafi jeździć.

No to trzeba położyć nacisk na jakość szkolenia.

Nawet jeśli zmieniłby się system szkoleniowy, to i tak instruktorzy mają stare nawyki i zwyczajnie nie potrafią nauczać. Sami się nie doskonalą, nie szkolą. Wielu z nich nie uczestniczy w corocznych obowiązkowych warsztatach, a tylko kupuje zaświadczenie o ich odbyciu. I wsiada do auta z kursantami tylko po to, żeby wyjeździć jak najwięcej godzin.

To budzi spore obawy.

Branża jest skażona pewną patologią. I jeżeli chce się prowadzić biznes uczciwie, a ja chcę tak go prowadzić, to ciężko jest z tą patologią konkurować.

My pracujemy mocno jakościowo. Nasz klient otrzymuje o wiele więcej niż to, czego na początku się spodziewał. Przychodzi do nas zrobić prawko, bo widzi dobre opinie w internecie i jest skory wydać więcej pieniędzy niż u innych. A my mu dajemy najlepszych instruktorów, którzy byli kiedyś egzaminatorami, symulatory, pomoc psychologa.

I jak to się przekłada na kadrę? Płacimy naszym instruktorom najwyższe stawki w branży. Ale to i tak niewiele daje w zderzeniu z patologią systemu.

Na czym polega ta patologia?

Instruktorzy w większości polskich szkół jazdy przyzwyczaili się do pracy ponadnormatywnej. Często wyjeżdżają nie jeden, ale ze dwa etaty. W dodatku kombinują z rozpisywaniem kart, czyli nie wyjeżdżają z klientem tylu godzin, ile trzeba.

Za pomocą tych nieetycznych i niezgodnych z prawem zachowań udaje im się zarobić więcej, niż zarabiają bardzo dobrze opłacani instruktorzy w naszej szkole. I z tego powodu mamy kłopot ze znalezieniem chętnych do pracy u nas. Bo legalnie zatrudniając i uczciwie płacąc, nie jesteśmy konkurencyjni jako pracodawcy. To pociąga za sobą trudności ze znalezieniem nowych chętnych do pracy u nas, a przez to biznes nie może się rozwijać tak szybko, jakby mógł.

To porozmawiajmy teraz o biznesie. Jak to się stało, że porzuciliście kierownicze stanowiska w państwowej firmie?

Obaj pracowaliśmy w WORD-zie. Przez wiele lat byliśmy egzaminatorami, później nadzorowałem egzaminatorów, a po pewnym czasie zostałem kierownikiem Wydziału Szkolenia i Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Mój wspólnik Mariusz Sztal był moim zastępcą i razem stworzyliśmy w WORD-zie system szkoleń BRD, który zaczął się prężnie rozwijać. To było nowe spojrzenie na kwestie bezpieczeństwa.

Wprowadziliśmy na polski grunt europejski projekt Module Close-To, polegający na konfrontacji kandydatów na kierowców ze sprawcą wypadku drogowego. Wypadku z ofiarami śmiertelnymi. Zaczęliśmy od kursów zbijających punkty karne. Po to, żeby ich uczestnicy nie tylko odsiedzieli swoje, ale żeby ich uwrażliwić na zagrożenia.

Później ten projekt został wdrożony w innych ośrodkach wojewódzkich i możemy śmiało powiedzieć, że to my jesteśmy w Polsce prekursorami takich działań.

Pięknie rozwijająca się kariera.

Kariera, która doszła do ściany. Realizując te projekty, poczuliśmy, że możemy robić coś więcej na rzecz bezpieczeństwa ruchu drogowego, a w ramach lokalnego WORD-u nie mogliśmy działać na szerszą skalę, wyjść poza obszar województwa. Mieliśmy pomysł, jak to zrobić, mieliśmy ekspercką wiedzę i wiarę w to, że możemy wiele zdziałać. Dlatego zrezygnowaliśmy z etatów.

I postanowiliście…?

…szkolić instruktorów, wspomagać ich, uczyć metodyki, uwrażliwiać na to, że podejście psychologiczne i metodyczne jest w procesie uczenia kandydatów na kierowców najważniejsze.

Super idea! I tak się zaczął Wasz biznes?

To nie wypaliło! To nie wypaliło. Bo środowisko instruktorskie nie chciało z tego korzystać. A my w ogóle nie braliśmy tego wcześniej pod uwagę. Znano nas w branży, nasze nazwiska były solidną marką. Myśleliśmy, że na tym naszym wizerunku zbudujemy taką potrzebę u instruktorów…

Ich reakcja była dla nas jak zimny prysznic.

Co się stało?

Zrobiliśmy takie megamocne, bardzo fajne warsztaty doskonalenia zawodowego dla instruktorów. Zrobiliśmy coś, czego nikt wcześniej nie robił.

Zaprosiliśmy do prowadzenia najlepszych specjalistów z Polski, a także egzaminatorów WORD, żeby instruktorzy mogli zdobyć wiedzę od osób z drugiej strony procesu. Założyliśmy na to niewielką marżę i daliśmy jeszcze piękną otoczkę – dwudniowe szkolenie, hotel, jedzenie, wynajęliśmy na jeden dzień cały ośrodek egzaminowania. A dodatkową atrakcją był stand-up.

Brzmi fantastycznie! Aż żałuję, że nie jestem instruktorem.

Dlaczego?

Bo bym przyjechał na takie szkolenie.

To byłby pan w mniejszości. Bo na 48 miejsc tylko 20 instruktorów skorzystało z tego fantastycznego szkolenia. Nawet nam się ono nie zwróciło, bo mieliśmy zarobić cokolwiek dopiero powyżej 22 uczestników.

Czyli totalna klapa?

Od strony merytorycznej sukces. Ci, którzy wzięli udział, dostali ogromną wartość, fantastyczny produkt i do dziś dobrze wspominają to szkolenie.

A od strony biznesowej?

No, klapa w całej rozciągłości. Nie dość, że włożyliśmy w organizację mnóstwo czasu i energii, to jeszcze musieliśmy dołożyć z własnej kasy.

Dlaczego to się nie udało?

Po warsztatach się obudziliśmy i dotarło do nas, że to środowisko jest spaczone takim syfem, że po prostu nie chce się doskonalić. Instruktorów z prawdziwego zdarzenia, którzy mają inne podejście, potrzebę rozwoju, dokształcania, jest tylko garstka – jakieś 10–15 procent. Reszta to są wyjeżdżacze godzin, bez uwrażliwienia psychologicznego czy metodycznego.

No to niezła wtopa na początku biznesu.

Na to wygląda. Myśleliśmy, że oni będą walić do nas drzwiami i oknami, żeby poznać arkana egzaminowania. Żeby zobaczyć z drugiej strony to, co do tej pory było dla nich tajemnicą. A oni nie. Bo trzeba na to wydać dodatkowe pieniądze. Zresztą nawet za darmo by nie przyszli, bo by musieli poświęcić czas, a przecież mogą w tym czasie jeździć i zarabiać.

Mocne słowa.

Mówię to tak mocno, bo rzeczywiście w wielu miejscach to środowisko tak wygląda. Dlatego ten model biznesowy nam się nie sprawdził. Byliśmy trochę załamani. Natomiast udało nam się wygrać konkurs…

Zaraz, zaraz. Użył pan pięknego eufemizmu. Co kryje się pod słowami „byliśmy trochę załamani”?

Bo nie mieliśmy pomysłu na to, co zrobić dalej. Uznaliśmy, że w tym jesteśmy ekspertami, i w jednej chwili zdaliśmy sobie sprawę… że możemy sobie wsadzić tę eksperckość.

My wiedzieliśmy, że to jest instruktorom potrzebne, a oni mówili: „Eee tam”. No i zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie mamy jak zarobić na utrzymanie.

Skoro teraz rozmawiamy, to znaczy, że jednak się nie poddaliście.

No tak, dobrze pan kombinuje. Uratowało nas to, że wygraliśmy konkurs na ogólnopolską kampanię „Senior na drodze”. Nawet dało się na tym trochę zarobić. W kolejnym roku jeszcze raz wygraliśmy konkurs i zrealizowaliśmy kampanię.

I to pozwoliło Wam przetrwać?

Może nie przetrwać, bo dzięki tym projektom zapewniliśmy sobie byt na 4 miesiące w roku, ale dały nam one impuls do dalszego działania. Mieliśmy już w leasingu kilka symulatorów, więc wykorzystywaliśmy je do różnego rodzaju szkoleń.

Jakoś to się zaczęło spinać – i co się stało? Pewnego dnia wybuchła pandemia.

Zamrożenie gospodarki i społeczeństwa.

Dobrze pan to ujął. Ludzie musieli chodzić w maskach i unikać kontaktów z innymi. A wiadomo, że w symulatorach musieliśmy mieć kontakt z klientem. W jednym momencie wszystkie szkolenia z tego zakresu siadły. Świat przestawił się wtedy na szkolenia online, ale my nie mogliśmy tak działać. Bo trzeba wejść do symulatorów, poczuć te przeciążenia, te szarpnięcia. Tego nie da się zrobić przez internet.

Jednego dnia wszystkie zlecenia, jakie mieliśmy, wypadły z kalendarza.

Kolejna poważna przeszkoda.

Byliśmy załamani, podobnie jak wielu przedsiębiorców z innych branż. Usiedliśmy ze wspólnikiem i powiedzieliśmy sobie to, co i tak obaj wiedzieliśmy, że jesteśmy w czarnej dupie. Mamy leasingi na te wszystkie urządzenia, mamy zobowiązania, a nie mamy żadnego pomysłu na to, jak wyjść z tego kryzysu i skąd wziąć kasę.

Chcieliście wtedy wrócić na etat?

Nie. Posiedzieliśmy chwilę, pomyśleliśmy i wpadliśmy na to, że skoro wśród instruktorów nie ma zapotrzebowania na nasze szkolenia, to trzeba zacząć szkolić kandydatów na kierowców. Mamy uprawnienia, więc otwórzmy szkołę jazdy, wdrażając w niej to wszystko, co chcieliśmy przekazywać instruktorom. Zróbmy kursy na wyższym poziomie, zgodnie z misją i nazwą naszej firmy: Introduction to Higher Level – wprowadzać na wyższy poziom.

Było to możliwe, bo szkoły jazdy po miesiącu zamknięcia mogły znowu działać z zachowaniem covidowych środków ostrożności.

Tylko że to pewnie wiązało się z kolejnymi wydatkami.

Dokładnie. Musieliśmy zmienić lokal na większy, musieliśmy wziąć w leasing samochody i ponieść jeszcze masę różnych drobnych wydatków. Przeznaczyliśmy na to wszystkie nasze oszczędności i w 2020 roku otworzyliśmy szkołę jazdy. I to był strzał…

Strzał w dziesiątkę?

Strzał do tarczy, której nie widać. Przez pierwsze trzy miesiące żarliśmy ziemię. Klientów było jeszcze bardzo mało, a wszystkie pieniądze wydane. Dopiero później, pocztą pantoflową, zaczęło się rozchodzić, że jesteśmy zupełnie inną szkołą niż wszystkie, i kursantów zaczęło przybywać.

IntroHL nauka jazdy
Podział na 3 warianty mieliście w swojej ofercie od początku, czy ktoś Wam to podpowiedział?

Dobrą ma pan intuicję. To dzięki Coraz Lepszej Firmie. W którejś lekcji było właśnie o wariantach w cenniku i wtedy pomyślałem, że tak właśnie należy zrobić. Że trzeba zróżnicować ofertę, coś dołożyć od siebie i zróżnicować stawki.

A przedtem mieliście tak jak inni?

I tak, i nie. Już wcześniej mieliśmy wyższe stawki od innych szkół jazdy. Ale patrząc na to od strony klienta, to na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniliśmy.

Wprowadzanie wariantów w cenniku było bardzo dobrym posunięciem. Najlepiej o tym mówią liczby.

70 procent osób wybiera kurs premium (wariant środkowy), kurs z gwarancją zdania egzaminu (najwyższy) to 20 procent, a tylko 10 procent wybiera najtańszy wariant.

Domyślam się, że to w znacznym stopniu zwiększyło przychody firmy.

Dokładnie tak. W momencie podziału na warianty nie myśleliśmy o obniżeniu ceny podstawowego wariantu, tylko wraz z dodatkowymi usługami w wariancie drugim i trzecim dołożyliśmy kilka cegiełek do ceny. I to nam się bardzo ładnie kalkuluje.

A kiedy zaczęła się Wasza przygoda z Coraz Lepszą Firmą i jej szkoleniami?

Prawie dwa lata temu, gdzieś na początku szkoły jazdy, weszliśmy w Program Rozwoju. Zaczęliśmy wdrażać te lekcje, nawet coś się poudawało, ale potem znów pochłonęła nas bieżączka. Jeżdżąc z kursantami, nie ma czasu na zarządzanie, bo jest praca operacyjna.

No tak, to spory problem dla wielu przedsiębiorców.

To pokutuje u nas do dzisiaj. Tak cholernie ciężko jest się od tego uwolnić!

Jeżeli pan zapyta, jaka jest moja największa przeszkoda, żeby pójść właściwą ścieżką i zrobić dobry biznes, to jest nią to, że nie potrafię się oderwać od bieżących spraw.

A CLF w tym nie pomógł?

Treści szkoleń i rady innych przedsiębiorców na Forum Coraz Lepszych Przedsiębiorców są bardzo cenne. Tyle że łatwo jest powiedzieć „Zostaw to i zajmij się pracą nad firmą”. Ale jak to zostawię, a nie ma kto mnie zastąpić – bo nie ma dodatkowych instruktorów – to nie obrobię klientów. A jak nie obrobię klientów, to nie będzie pieniędzy.

I zaklęty krąg się zamyka.

Bardzo bym chciał, żeby to już zaczęło funkcjonować tak, jak powinno. Żeby poskładać wszystkie elementy firmy. Tylko brakuje nam tego ogniwa, żeby zdelegować bieżące obowiązki na kogoś innego.

Dlaczego to się wciąż nie udaje?

Z tego powodu, o którym już mówiłem. Te zadania operacyjne możemy oddać jedynie komuś z uprawnieniami instruktorskimi. I tu jest problem, którego nie umiemy rozwiązać. Mimo tego, że możemy zapłacić instruktorom właściwe pieniądze. Właściwe pieniądze za normalną, legalną pracę. Dobre pieniądze. Ale oni nie są tym zainteresowani, ponieważ w nielegalny sposób mogą zarobić więcej.

Brakuje instruktorów, więc nie ma jak rozwinąć firmy.

No właśnie. Mamy najwyższe stawki, najwyższe ceny kursów nauki jazdy w Polsce, ale dajemy tyle wartości w czasie zajęć, tyle dodatków i tak dobrze płacimy pracownikom, że ciągle jeszcze mało z tego zostaje dla nas, właścicieli. Plus jeszcze ciągle jest to za mała skala i dlatego brakuje takiego podstawowego bezpieczeństwa finansowego.

W programie rozwoju CLF jesteście od 2 lat i wiem, że razem ze wspólnikiem byliście na jednym z zaawansowanych szkoleń, a właściwie na warsztatach, czyli na Focusie. Jak tam trafiliście?

Co miesiąc dostawałem lekcje Programu Rozwoju i na początku bardzo się nimi podkręcałem, słuchałem, studiowałem, starałem się realizować, zaszczepić to we wspólniku i pracownikach. Niektóre wskazówki udało mi się wprowadzić.

Ale później dochodziły kolejne lekcje, następna i następna, a ja tak byłem zasypany bieżącymi sprawami, że brakowało mi czasu na przesłuchanie, na wdrożenie. I odsuwałem to. Mówiłem: „Dobra, muszę to zrobić, jak będę miał spokojną głowę, bo tak na wariata nie chcę tego przesłuchiwać”. I złapałem się na tym, że odkładałem kolejne płyty na półkę „do przesłuchania”. One tam leżały, ja cieszyłem się, że je mam i że zaraz z nich skorzystam, ale okazało się, że ta bieżączka skutecznie odpychała mnie od tej półeczki. Strasznie mnie to irytowało, ale nie potrafiłem sobie z tym poradzić.

Focus okazał się skutecznym rozwiązaniem?

Czułem, że Focus będzie tym, co mnie ustawi we właściwą stronę i da mi porządnego kopa. Decyzja nie była łatwa, bo jednak trzeba wydać konkretne pieniądze. W dodatku byłem przekonany o tym, że jeśli chcemy wprowadzić naszą firmę na właściwe tory, biznes na wyższy poziom, to musimy pojechać tam obaj – ja i wspólnik.

I co się okazało? Po Focusie nigdy, nawet przez sekundę, nie żałowaliśmy wydanych pieniędzy.

Co dał wam udział w tych warsztatach?

Po pierwsze, wcześniej ja i mój wspólnik nadawaliśmy na różnych falach. Focus pokazał nam, że musimy zacząć bardziej ze sobą współpracować, oraz to, jak mamy to zrobić. Między innymi przez podzielenie odpowiedzialności za działy firmy.

Po drugie, na Focusie przepracowaliśmy naszą firmę od początku z nakreśleniem, w jakim kierunku ją rozwijać i co trzeba wykonać, jakie kroki i kiedy zrobić.

I jakie to kroki?

Przede wszystkim to, o czym już tu mówiłem, czyli, że obaj musimy chociaż trochę uwolnić się od pracy operacyjnej, żeby mieć możliwość pracy nad rozwojem firmy. Poza tym, że trzeba zadbać o procesy i procedury oraz o ludzi.

Wróciliście z Focusa i co dalej?

Wróciliśmy uskrzydleni. Nareszcie wiedzieliśmy, co mamy robić, jak rozwijać firmę. To był mocny kop i świetnie wydane pieniądze…

Ale tego uskrzydlenia wystarczyło nam na tydzień. A potem bieżączka nas tak pochłonęła, że zapomnieliśmy o tym, co się tam działo.

Czyli wszystko przepadło?

Na szczęście nie, bo sporo treści i rozwiązań zostało. Na warsztatach dostaliśmy mapę, dzięki której wiemy, jak się poruszać. Nie chcieliśmy tego zaprzepaścić. Dlatego, jak tylko zobaczyliśmy, że ten potwór zwany bieżączką znowu wyciąga swoje łapy, to obaj zapisaliśmy się na Najważniejszy Krok.

Czyli połączenie mentoringu z grupą mastermindową.

Tak. To świetny motywator do działań, doradztwo biznesowe, konsultowanie się w niektórych sprawach. Daje kopa, podkręca śrubę, pomaga wyznaczyć, co musi być zrealizowane, i egzekwuje tę realizację. Ale, uprzedzając pańskie pytanie, o owocach będę mógł opowiedzieć za jakiś czas, bo teraz jesteśmy w trakcie tego procesu.

Czy poleciłby pan Focus innym przedsiębiorcom?

Zdecydowanie tak. To super sprawa. Nie tylko dlatego, że ma się kontakt z prowadzącymi CLF, ale też – z grupą innych przedsiębiorców. Oni patrzą z boku na naszą firmę i zadają proste pytania, które bardzo otwierają oczy.

To sporo kosztuje i myślę, że dla mniejszych przedsiębiorców może to być blokada, ale szczerze polecam, bo warto.

Na zakończenie chciałbym wykorzystać pańską wiedzę z zakresu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Jakie według pana są trzy największe grzechy polskich kierowców?

W telewizji by odpowiedzieli: przekraczanie dopuszczalnej prędkości, jazda na zderzaku, itd. Ja bym chciał być trochę inny.

No to proszę się nie krępować.

Największy grzech ludzi za kierownicą to wyłączanie myślenia. I to trzeba powiedzieć jasno. Wyłączanie myślenia to jest brak poczucia odpowiedzialności, ale za to poczucie bezkarności i władzy. Siedzę zamknięty w swoim pudełku, więc jestem panem i władcą. W robocie mnie zdenerwowali, to odreaguję na drodze, bo mam szybki samochód. Będę kluczył między pasami, bo potrafię jeździć szybciej.

A drugi grzech kierowców?

Może pana zaskoczę. Moim zdaniem to agresja. To trochę za duże słowo, ale rozumiem pod nim wszelkie przejawy agresji. Komuś zgasł samochód, a stojący za nim kierowca wciska klakson i gazuje. To w niczym nie pomaga, przeciwnie – tylko zwiększa stres u tego pierwszego.

Pukanie się w czoło to też przejaw agresji?

Oczywiście. Ogólnie gestykulowanie, które wyraża dezaprobatę, jest faktycznie bezgłośnym nakrzyczeniem na kogoś. I to także zwiększa poziom stresu u drugiej osoby, a czasem rodzi u niej agresję. A jak kierowcy zaczną pokazywać, kto jest mocniejszy, i wariować na drodze, może dojść do zderzenia albo któryś wjedzie na chodnik i zabije przypadkową osobę. Często zaczyna się od małej rzeczy, a w konsekwencji dochodzi do groźnych sytuacji.

Pora na trzeci grzech.

Brak wrażliwości na potrzeby innych lub na sytuację.

Nie bardzo rozumiem. Może jakiś przykład.

Jadę drogą z pierwszeństwem przejazdu i widzę, że boczną drogą bardzo szybko nadjeżdża samochód. Mnie taka sytuacja skłania do tego, żeby pomyśleć: „Może on nie zauważył znaku?”. I zdejmuję nogę z gazu. Ale wiele osób ma inaczej. Mówią: „Przecież ja mam tu pierwszeństwo”. I nieszczęście gotowe. Jeden kierowca popełni błąd, drugi nie zareaguje odpowiednio i dochodzi do zderzenia. Często tragicznego.

Ale brak wrażliwości przejawia się nie tylko w wypadkach.

To prawda. Spotykamy się z nim na co dzień. Na przykład widzę, że komuś kończy się pas i sygnalizuje, że chce wjechać na mój, a ja go nie wpuszczam, bo nie.

A przecież możemy w ruchu ulicznym ładnie współgrać, jechać spokojniej i bezpieczniej.

Jeśli chcesz posłać swoje dzieci, znajomych, pracowników do wyjątkowej szkoły jazdy lub skorzystać z kilku ciekawych propozycji dla „starych” kierowców, to wejdź na www.introhl.pl. Tam znajdziesz potrzebne informacje i dane kontaktowe.

Rozmawiał: Krzysztof Nowicki

Pobierz DARMOWY PORADNIK:

„7 złotych zasad delegowania zadań”



I już za chwilę odkryjesz:

  • 3 pytania, dzięki którym dobrze wybierzesz, któremu z pracowników oddelegować dane zadanie. Oddeleguj zadanie złej osobie, a zamiast zyskać czas, przysporzysz sobie dodatkowej roboty... i mnóstwo nerwów. (strona 3)
  • „Zero słów” – wykorzystaj tę prostą zasadę, a pracownicy będą rzadziej przychodzili do Ciebie z pierdołami. (strony 6-7)
  • Pracownicy nie słuchają Twoich poleceń? Sprawdź, co robić, by Twoi podwładni pracowali dokładnie tak, jak tego chcesz! (strona 7)

7deleg-form

Pobierając materiały, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Krzysztof Nowicki

Dziennikarz, założyciel i redaktor naczelny lokalnego portalu swiecie24.pl. Przez kilkanaście lat pracował na etacie w lokalnych gazetach, a kiedy było mu za mało rozwoju – został przedsiębiorcą. Kocha czytanie, słuchanie dobrej muzyki, wędrowanie po lasach i górach. Uwielbia rozmawiać z ludźmi, szczególnie z innymi przedsiębiorcami, w których widzi cichych bohaterów współczesnego świata. Uczestnik Programu Rozwoju Coraz Lepszej Firmy.