Inspiracje

„Jeśli umrę, zanim umrę – to nie umrę, kiedy umrę”

Maciej Wojtas

Czy w zdaniu, w którym aż cztery razy jest mowa o śmierci, może tlić się coś pozytywnego? Czy między zimnymi słowami może żarzyć się ciepłe światło dające nadzieję? Okazuje się, że tak.

Zmęczenie materiału

Piotr był przedsiębiorcą. Tego listopadowego dnia znowu nie czuł się najlepiej. Kiedy późnym wieczorem przyjechał wreszcie do domu, od razu poszedł do sypialni i padł na łóżko. Miał prawie 70 lat. Miał więcej niż prawo, by być zmęczony, cholernie zmęczony.

Żona delikatnie zdjęła mu buty, krawat, marynarkę i spodnie. Otuliła go kołdrą i pocałowała w czoło, a sama położyła się obok. Kiedy parę godzin później, wczesnym rankiem, zadzwonił budzik, chwyciła Piotra za rękę i… zamarła.

Dłoń męża była lodowata.

Ukochana firma

Piotr był przedsiębiorcą innym niż wszyscy (wiele razy słyszał, że musi być porządnie stukniętym wariatem, skoro robi to, co robi). Przez prawie trzydzieści lat prowadził firmę produkcyjną.

Kochał ją tak, jak kochał dziecko, o które starali się z żoną przez niezliczoną liczbę nocy. Dziecko, które wreszcie urodziło się i zdążyło stanąć na własnych nogach, ale żyło tylko trzy krótkie lata. Dziecko, któremu nie zdążył powiedzieć tych wszystkich słodkich słów, jakimi szczęśliwi ojcowie przekarmiają swoje pociechy.

Jeśli umrę

Po śmierci syna rzucił się w wir pracy, żeby zagłuszyć uporczywy ból, który nadawał na wszystkich kanałach w jego umęczonej głowie. Zaharowywał się, żeby nie musieć myśleć o tym, co go spotkało.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Robiłby tak jeszcze długo, gdyby nie rozmowa z pewnym sędziwym człowiekiem. Choć ów starzec przeżył w życiu wszystko, co było do przeżycia, to w jego błyszczących oczach było więcej radosnego światła niż w spojrzeniu dowolnego nastolatka w kwiecie wieku.

Powiedział on Piotrowi, że istnieje tylko jeden sprawdzony sposób, żeby spotkać swoje umarłe dziecko. Mężczyzna w pierwszej chwili stwierdził, że to jakiś absurd.

Potem jednak uznał, że w zasadzie nie ma nic do stracenia i może spróbować. Podzielił się radą starca ze swoją żoną. Poprosił ją, żeby zgodziła się zaryzykować i została jego wspólniczką. Nie, nie chodziło o interesy. Tu od dawna grali w jednej drużynie. Chodziło o coś więcej.

Chciał, żeby od teraz robiła wspólnie z nim tak wiele dobrego, jak to tylko możliwe. I żeby dzięki temu razem dostali się do nieba, do swojego ukochanego dziecka – bez kolejki i zbędnych formalności.

zanim umrę

Byli niezwykłym duetem.

Startowali z firmą w tych podłych czasach, kiedy uczciwym trudno było znaleźć jakąkolwiek pracę. Zaczynali w miejscu, w którym bieda zmieniała nawet najbardziej porządnych ludzi w bezwzględne wilki.

Dlatego po godzinach prowadzili darmowe kursy dla okolicznych mieszkańców. Ona szkoliła ich z księgowości i innych spraw papierkowych, a on uczył obsługi maszyn stolarskich, podstaw projektowania i biznesowej strategii.

Zdarzało się, że Piotr przyjmował do pracy więcej ludzi, niż faktycznie w danym momencie potrzebował. Robił to wbrew swoim interesom, ale wiedział, że dzięki temu doda im skrzydeł.

Wiedział, że w ten sposób sprawi, że mężczyźni, którzy nawadniając się tanim winem, usychali na bezrobociu, którzy dzień po dniu, centymetr po centymetrze powoli zsuwali się w otchłań beznadziei – wreszcie poczują się ważni i komuś potrzebni.

Wiedział, że dzięki niemu dzielne kobiety, które desperacko próbowały związać koniec z końcem, zyskają tak ważne poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa.

Sam obniżył swoją pensję do absolutnego minimum. Zredukował wydatki, poza tymi na inwestycje. Jeździł starym samochodem (w zasadzie „stary” było zbyt delikatnym określeniem dla tego czterokołowego czegoś).

Kiedy ktoś nie pasował do jakiegoś stanowiska, wtedy znajdował mu nowe. A jeśli i tam niezbyt dobrze sobie radził, to zanim zwolnił tę osobę, uruchamiał swoje znajomości, by znaleźć jej nową pracę.

Nigdy nie zostawił nikogo na lodzie. Brał odpowiedzialność za każdego, kto przekraczał progi firmy.

Jak się potem okazało – nie tylko za te osoby.

to nie umrę

Jego firma produkowała mebelki dla dzieci.

Był czas, przez kilka miesięcy po śmierci synka, kiedy nie mógł patrzeć na łóżeczka, kołyski i chodziki. Kiedy poważnie myślał o tym, żeby zmienić branżę, bo widok, który zastawał codziennie po wejściu do hali magazynowej, ściskał go za gardło i przypominał mu o tym, co bezpowrotnie stracił.

Na szczęście zrezygnował z tego zamiaru. Na szczęście, bo dzięki temu pewnego dnia, szarego dnia, który był do bólu zwyczajny – wpadł na naprawdę niezwyczajny pomysł. Od tamtej chwili nie było już tygodnia, żeby ludzie w całym kraju nie mówili o tajemniczym darczyńcy.

Piotr był przedsiębiorcą i miał kontakty. Bardzo różne kontakty, w bardzo różnych sferach. Postanowił więc w końcu zrobić z nich użytek. Swoim kanałami zaczął dowiadywać się o kobietach, które zaszły w ciążę i z różnych powodów rozważają aborcję.

Kontaktował się z nimi telefonicznie i długo rozmawiał. Opowiadał im na przykład o swoim synu. A potem razem z żoną wysyłali takiej kobiecie łóżeczko, chodzik i krzesełko do karmienia niemowląt. W zależności od potrzeb, do paczki dołączali pieluchy i parę innych drobiazgów.

Czasami dodawali pieniądze na dobry początek. Innym razem dawali namiary na pracę dla ojca dziecka. Nikt nigdy nie dowiedział się, skąd przybył podarunek, bo nazwisko i adres nadawcy były fikcyjne.

Wszystko to było robione trochę na wariackich papierach, bo mogło się posypać na tysiące sposobów. Mogli zostać oszukani, zdemaskowani, posądzeni o nie wiadomo co przez ludzi, którym taka działalność mieszała szyki. Dlaczego więc działało tak sprawnie?

Na odpowiedź przyszło im jeszcze trochę poczekać.

kiedy umrę

Żona Piotra z zawodu była pielęgniarką. Przez jakiś czas pracowała w szpitalu. Dobrze więc wiedziała, jak z bliska wygląda śmierć. Tego ranka była więc pewna, że mąż nie żyje. I że żadne medyczne zaklęcia tego nie zmienią.

Mimo to nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Serce skurczyło się jej z bólu tak bardzo, że miało problemy ze złapaniem właściwego rytmu. Z jej oczu popłynęły gorące łzy, broda zaczęła drgać, a z krtani wyrwał się potworny, zwierzęcy krzyk żalu.

Piotr był jej pierwszą, jedyną i największą miłością.

A ona miała już swoje lata i nie chciała żyć bez niego.

Nie chciała, jak wszystkie znajome wdowy, pogrążać się po szyję w lodowatej żałobie, z której nie mogłaby się wydostać o własnych siłach. Nie chciała błąkać się sama po świecie przez nie wiadomo ile lat. Nie chciała do końca życia kłamać, że u niej wszystko dobrze.

Położyła się z powrotem obok męża. Zamknęła zapuchnięte oczy i poprosiła Boga, żeby, jeśli chce, także i ją zabrał do siebie. Chwyciła mocno dłoń Piotra i głęboko westchnęła.

Po chwili zimno z jego martwego ciała – przeprawiło się przez most zbudowany naprędce z ich splecionych palców. Tak dotarło do jej nadgarstków. Stamtąd przepłynęło na przedramiona, ramiona i barki. Szczelnie owinęło chłodnym całunem tułów i nogi. Stanęło w przedsionku serca i powiedziało beznamiętnie: „Już czas”.

Kiedy serce się zatrzymało – w mózgu kobiety czekało w kolejce jeszcze wiele myśli, które chciały przebiec jej przez głowę. Prawie wszystkie obumarły w jednej chwili. Zupełnie jak liście rośliny, które w nocy nagle złamał przymrozek. Prawie wszystkie.

Ostatnią z nich było: „Boże, strasznie, strasznie się boję…”.

Sens życia

Ciała Piotra i jego żony leżały obok siebie. Wydawało się, że cały świat dalej kręci się w swoją stronę, a życie toczy się utartymi koleinami. Jednak to były tylko pozory.

Swoim działaniem, dawaniem z siebie wszystkiego – małżonkowie zmienili wszystko. Przynajmniej w świecie niektórych ludzi.

Choć ich pierwotną motywacją było spotkanie z dzieckiem, to szybko odkryli, że robiąc to, co robią, że umierając dla innych z miłości – żyją bardziej i pełniej niż kiedykolwiek wcześniej.

***

Ciała Piotra i jego żony jeszcze leżały w sypialni, kiedy cała prawda wyszła na jaw. Kiedy dowiedzieli się, że nad wszystkim, co w swoim wspólnym życiu robili dobrego, nad ich firmą i każdym dobrym uczynkiem czuwał przez cały czas świetny koordynator.

Czuwał nad nimi ktoś, kogo dawno temu powołali do życia i kogo mieli szczęście znać przez krótką chwilę.

Miał na imię Pawełek.

PS

Tytułowe zdanie to fragment piosenki zespołu Luxtorpeda. To ono zainspirowało mnie do napisania tego tekstu.

Natknąłem się na nie podczas lektury książki „Wilki dwa. W obronie stada”, która jest zapisem rozmowy o. Adama Szustaka z Robertem „Litzą” Friedrichem. Polecam ją każdemu przedsiębiorcy, nie tylko wierzącemu.

A historia Piotra? Cóż, nie jest aż tak nieprawdopodobna, na jaką wygląda.

Pobierz bezpłatny poradnik
"Przebudzenie Przedsiębiorcy"

Dowiedz się, jak uwolnić się od firmy i firmę od siebie,
by praca przestała okradać Cię z czasu

pp_form
Zapisując się na kurs, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Maciej Wojtas

Zawodowy copywriter i scenarzysta (https://maciejwojtas.pl) oraz kompozytor muzyki do gier komputerowych i spotów reklamowych (https://maciejwojtas.com).