Wywiady

„Nauczyłem się żyć z kryzysami. Ciągle jakaś ‘pandemia’ się przydarza” – wywiad z Konradem Gnutkiem

Martyna Kosienkowska
Konrad Gnutek

Są ludzie, którzy marzą o żeglowaniu po ciepłych, spokojnych morzach – on woli zimne, wzburzone fale. Są ludzie, którzy grzeją się na swoich stałych, wygodnych posadkach – on wciąż rzuca się na nieznaną, głęboką wodę biznesu.

Oto historia bolesnych porażek i zwycięstw, które mają swoją cenę. Oto historia nieustannej walki i wojownika, który nigdy się nie poddaje. Oto historia przedsiębiorcy z krwi i kości – Konrada Gnutka.



Ma Pan świetne zdjęcie na Facebooku.

I to nie ustawka, po prostu byłem głodny i zły. Zostałem twarzą legionów rzymskich.

Legionów?

Jakieś dwa i pół roku temu kolega zaprosił mnie na wyjątkowe spotkanie.

Kiedy dotarłem na miejsce, znaleziono dla mnie zbroję, zabrano komórkę, okulary, zegarek – wszystko co nieantyczne. Nie miałem ze sobą żadnego naczynia ani nawet łyżki drewnianej, więc posiłek z epoki rzymskiej musiałem jeść z liścia kapusty.

Spodobał mi się ten klimat i tak zostałem. To świetna zabawa – zupełnie z innego świata.

Pobudka piąta rano. Później zaprawa w pełnej zbroi, a to 30 kilogramów żelastwa. Potem bieganie po lesie, budowanie mostów, przejście przez rzekę itd. W końcu zrzucamy zbroję i idziemy na posiłek. Ale żeby zjeść, musimy po łacinie odpowiedzieć na pytanie. Bo uczą nas łaciny. U mnie trochę z nią słabo.

Kiedy zrobiono to zdjęcie, chciałem wejść do kuchni, ale źle odpowiedziałem. Miałem wprawdzie ściągawkę, ale nie mogłem założyć okularów. Cofnęli mnie dwa razy w kolejce. Kiedy w końcu się dostałem – zostały tylko winogrona.

Jadłem więc wściekły kiść winogron, a tu gość mi jeszcze pyka zdjęcia. Walnąłem wtedy hełmem (śmiech). Ale zdjęcie fajne wyszło. Żona sobie powiesiła w sypialni nad łóżkiem (śmiech).

Dostał Pan jakieś specjalne antyczne imię?

Któregoś razu, kiedy byłem jeszcze w legionie świeży, rozstawialiśmy namioty, a jest ich ze 30–40. Wtedy po żeglarsku, bo jestem sternikiem morskim i robię uprawnienia kapitana, zawiązałem liny przy śledziach. „Gdzie się tego nauczyłeś? I kto to rozwiąże?” – pytali. A ja rozwiązałem je jednym szarpnięciem.

Tak zostałem Primus Walerius Marinus.

Czyli pierwszy wśród żeglarzy. A wśród przedsiębiorców? Na jakim etapie znajduje się teraz Pana firma?

Moja działalność biznesowa składa się z czterech – wyrastających z jednego pnia – gałęzi.

Pierwsza firma, najstarsza, to VitalZAM – specjalizuje się w żywieniu zwierząt hodowlanych.

Poza tym mam sklep z częściami zamiennymi do maszyn, urządzeń rolniczych i dojarek, czyli Granit Parts. Jestem franczyzobiorcą.

Trzecia gałąź to akcesoria jeździeckie – Horse Shoe. Sprzedajemy wszystko, czego do uprawiania tego sportu ludzie potrzebują dla siebie i dla swoich koni.

Ostatnia, czwarta gałąź mojego biznesu to właściwie dziecko Pawła Królaka. Na jednym z jego szkoleń zdałem sobie sprawę, że nie mam profit maximizera. Postanowiłem, że stworzę innowacyjną paszę dla koni. Firmę nazwałem Polski Żłób. Oczywiście nie zabrałem się do tego zupełnie spontanicznie. Najpierw zleciliśmy razem ze wspólnikami profesjonalne badanie rynku pod kątem zwyczajów i potrzeb klientów.

Na początek chcemy przetestować wszystko w Polsce, a potem uderzyć za granicę. Myślimy o Ukrainie, którą dosyć dobrze znam. Poza tym Holandia, Belgia, Dania, Norwegia.

Dla mnie to zupełnie nowe wyzwanie. Znam się na żywieniu zwierząt, ale wcześniej nie tworzyłem paszy dla koni. Ciągle się uczę.

Konrad Gnutek
Kim są potencjalni klienci Pana firm?

Wszyscy ludzie, którzy hodują cokolwiek na Lubelszczyźnie, powinni ode mnie kupować. Jestem w stanie wyżywić: bydło, trzodę, strusie, szynszyle, drób lub drób wodny, generalnie zwierzęta, które trzyma się w przydomowym gospodarstwie czy na farmie. Mam też odpowiedni sprzęt, który jest potrzebny do ich hodowli.

Moi klienci to więc głównie ludzie mieszkający na wsi. Co ciekawe, mam wrażenie, że zwyczaje robią się coraz bardziej miejskie. Kiedyś nie pomyślałbym, że będę sprzedawał 10 ton karmy dla psów czy kotów, bo karmiło się je po prostu odpadkami. To się zmienia. Standardy się podnoszą.

Jak wygląda proces sprzedaży?

Bardzo ważna jest edukacja. Kiedyś w mojej firmie był misz-masz, miałem wszystko, co do rolnictwa jest potrzebne. Teraz się wyspecjalizowałem – uczę ludzi żywić zwierzęta. Nikt się nie urodził z tą wiedzą. Młody człowiek, który przejmuje gospodarstwo po rodzicach, też wcale nie musi się na tym znać. Zwłaszcza że w tej chwili technologia poszła do przodu.

Mamy też serwis dojarek. Za radą Pawła zorganizowałem to tak, żeby mogli z niego korzystać tylko moi klienci. Odebrałem kilka nieprzyjemnych telefonów z tego powodu. Jakiejś pani bardzo się to nie podobało. Powiedziałem jej, że przecież może w każdej chwili przyjechać i coś u mnie kupić. Odłożyła słuchawkę, racząc mnie jakimiś nieprzyjemnymi epitetami, a po chwili dostałem od niej SMS-a: „Po ile rzepak?” (śmiech). Zadziałało (śmiech).

Czy to Pana handlowcy edukują klientów?

Właściwie żywieniowcy – od krów, świń czy drobiu. Uczymy na przykład, co zrobić, żeby krowa dawała nie 25 czy 40 litrów mleka, tylko 100. A jednocześnie, żeby oczywiście była w dobrej kondycji i żeby to mleko było świetnej jakości.

Dodatkowo zwróciłem też większą uwagę na małych klientów, którzy kupują worek, dwa czy trzy worki paszy, bo mają 7 czy 10 krów. Właśnie dla nich wyedukowałem ludzi, którzy siedzą u mnie na kasie. Chodziło mi o to, żeby moi pracownicy mogli tym drobnym klientom doradzić. Dbam też bardzo o ich obsługę. Każda pani, która kupuje u mnie detalicznie, ma towar zawsze załadowany do bagażnika.

Któregoś dnia usłyszałem rozmowę dwóch moich pracowników: „Ej, kto to był – kobieta czy facet? Nie wiem, ale zaniosłem towar, bo jeszcze szef by zobaczył. Wolałem nie ryzykować”. (Śmiech).

Studiował Pan na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie?

Skończyłem WTR. Nazwaliśmy go wydziałem tańca i rozrywki, a to oczywiście Wydział Techniki Rolniczej. Żywienia uczyłem się też, pracując w korporacjach. Bo wprawdzie po studiach zacząłem robić doktorat z żywienia drobiu, ale jak zobaczyłem, ile doktor zarabia, a miałem już wtedy żonę i dziecko na utrzymaniu, to stwierdziłem, że muszę coś jeszcze wymyślić.

Udało mi się zdobyć pracę w największej prywatnej firmie paszowej na świecie. Nie było łatwo, bo przyjmowali tylko weterynarzy czy zootechników, ale się spisałem. Jedną z pięciu rozmów przeprowadzał szef, Holender. Moim zadaniem było sprzedać mu okna – dorabiałem sobie wtedy, handlując oknami. Koniec końców zamówił 168 okien do swojej winnicy.

Potem z jednej korporacji, ze względów finansowych, przeszedłem do drugiej. I w sumie tam mi się fajnie kariera rozwijała. Do czasu…

Miałem wypadek samochodowy. Zginął chłopak. To był pierwszy raz w życiu, kiedy wyłączyłem telefon i zamknąłem się w piwnicy, w moim warsztacie. Kiedy po tygodniu wyszedłem, powiedziałem żonie, że mam dosyć korporacji, że jestem zmęczony. W ciągu miesiąca sprzedaliśmy mieszkanie w Częstochowie i wróciliśmy na moje ulubione Roztocze.

Marzyliśmy z żoną, żeby mieć swój własny biznes, żeby wykorzystać to, co umiałem. Chciałem uczyć swoich klientów żywienia zwierząt, ale inaczej niż wszyscy. Chciałem im pokazać, jak lepiej i korzystniej dla siebie mogą wykorzystać to, co w gospodarstwie mają. Chciałem powiedzieć, jak sami mogą stworzyć doskonałą paszę.

Zaczęło się dobrze, ale firma wpadła w kłopoty, bo klient nie zapłacił nam sporej sumy pieniędzy. Zbankrutował. Nie odzyskałem nigdy nawet grosza. Banki zabrały wszystko. Trzeba było jakoś się ratować.

Wyjechałem na Ukrainę. Zaczynałem jako żywieniowiec od dużych ferm zwierzęcych, ale później założyłem spory biznes. Pracowało u mnie ponad 120 osób. Niestety uwarunkowania polityczne naszego rządu i ich rządu spowodowały, że straciłem dosłownie w ciągu dwóch dni ogromne pieniądze.

Wróciłem do Polski. W tym czasie firmą zarządzała żona. Nie mieliśmy już wprawdzie długów, bo dokładałem do działalności z tego, co zarobiłem na Ukrainie, ale sytuacja nie była kolorowa.

Nie wszyscy pracownicy byli w porządku, ale ja nie lubię ludzi wyrzucać, chciałem się z nimi dogadać, uporządkować sprawy. Już zaczęło się układać, kiedy…

Włamano się na nasze firmowe serwery. Straciliśmy dane z 3–4 lat. Pół roku staliśmy w związku z tym w miejscu. Nie wiedzieliśmy, kto powinien nam oddać pieniądze. W tym czasie płaciłem pensje 20 osobom.

W końcu odzyskaliśmy dane, ale to była naprawdę ciężka robota. Czterech pracowników siedziało non stop przez dobre 4–5 miesięcy, łącząc informacje z różnych źródeł i odtwarzając bazę. Okazało się, że sporo osób wciąż nam nie zapłaciło. Część pieniędzy udało się odzyskać, ale nie wszystko. W niektórych sprawach toczą się jeszcze postępowania sądowe.

Wtedy też okazało się, kto w firmie jest z nami, a kto jest przeciwko nam. Zrobiłem czystkę wśród pracowników. Nabrałem kredytów.

Posypało się zdrowie mojej żony i wylądowała w szpitalu. Niedługo potem ja poczułem się gorzej. Padł wyrok: guz na trzustce – 2,5 cm. To był dla mnie szok. Zawsze uważałem, że jestem niezniszczalny, z żelaza, że mogę wszystko.

A okazało się, że być może zostało mi niewiele czasu…

Wziąłem się za siebie, a że byłem gruby, po prostu, zacząłem od diety i ruchu. W pół roku zrzuciłem 20 kilogramów. Wróciłem do boksowania, walki na miecze z Rzymianami mi pomagają; żegluję, chociaż to akurat nie odchudza.

Zrezygnowałem też całkowicie z alkoholu i straciłem przez to paru kolegów…

Ale udało się. Do końca nie wiadomo, jak to się stało, ale teraz jestem zdrowy. Finansowo też wychodzimy na plus.

Konrad Gnutek
Nie było Panu łatwo…

Nie było, ale musiałem sobie poradzić. Nie miałem wpływu na pojawienie się choroby, ale już na to, co zrobię z diagnozą – tak. Nie mogłem też uratować życia tego chłopaka. Ale mogłem pomóc jego żonie. Od 9 lat jeżdżę na kolejne rozprawy jako świadek, bo wciąż walczy o odszkodowanie.

Chyba to mi pomogło. To, że musiałem pomóc tej dziewczynie, że muszę pomóc swojej rodzinie.

Ma Pan dzieci?

3 córki. Ich dzieciństwo dosłownie przeciekło mi przez palce. Najstarsza ma 24 lata. Nie zbudowałem z nią prawdziwych relacji ojciec–córka. Podobnie ze średnią. Z trzecią gram w szachy, zasypiamy razem…

Szkoda, że musiałem zachorować, żeby zrozumieć, że są w życiu rzeczy ważne i rzeczy znacznie ważniejsze…

Staram się. Chcę, żeby moje dzieci pamiętały nie tylko zarobionego ojca, ale takiego, który jest dla nich, a nie dla wszystkich innych, dla firmy. To mi daje power. Żałuję, że tak długo mnie przy nich nie było. Kiedy pracowałem na Ukrainie, to praktycznie przez parę lat nie uczestniczyłem w życiu rodziny.

Pieniądze to nie wszystko.

Pomagają mi też moje żagle, sporo dają Rzymianie. To inny świat i bardzo ciekawi ludzie. Z kolei jeden z kolegów, z którym żegluję, niedawno stracił 4 czy 5 milionów euro przez COVID i mówi: „Trudno. Mam dwie ręce i kawał głowy, to dam sobie radę”.

Też tak uważam. Nawet jeżeli bym zbankrutował, nie boję się. Za pół roku, za rok coś innego wymyślę. Dlatego też ciągle się uczę, bo to mi jest po prostu potrzebne.

Konrad Gnutek Konrad Gnutek

A czy pandemia wpłynęła na Pana biznes?

Koronawirus? Nie. Natomiast kilka lat temu obroty firmy o połowę obniżyła choroba wściekłych krów. Udało mi się to odbudować, ale pojawiła się ptasia grypa – 30–40% spadku sprzedaży.

Nauczyłem się żyć z kryzysami. Ciągle jakaś „pandemia” się przydarza.

Największe spadki miałem w związku z decyzjami politycznymi dotyczącymi hodowli świń – nawet 90%. Tego już nie odbuduję. Ale poradziłem sobie inaczej. Wszedłem w pszczelarstwo, odświeżyłem kontakty na Ukrainie i stamtąd ściągam towar – wszystko, co służy do pozyskiwania miodu. Mam tam też swojego kontrolera jakości, bo trzeba tego bardzo pilnować. Zdarza się, że na 30 sztuk towaru 20 zabieramy, a 10 jest do zwrotu.

W Coraz Lepszej Firmie też bardzo pilnujemy jakości.

Któregoś dnia wyświetlił mi się na Facebooku tytuł jakiegoś Waszego artykułu, który mnie zaciekawił. Zwykle tego nie robię, ale tym razem podałem maila, żeby dostać darmowy materiał i CLF złapał mnie na swój haczyk.

Kupiłem szkolenie za 97 złotych: System Partyzanckiej Promocji. Słuchałem tego chyba z 10 czy 11 razy. Dojeżdżam autem 40 minut do pracy i odtwarzałem to w kółko. Odtwarzałem, odtwarzałem, później żonę tym katowałem i mówiłem: „Bo zobacz, możemy tak i tak to zrobić. Bo tutaj jest nasz las, a takie mamy słabości”. Aż w końcu zaczęła swoim samochodem dojeżdżać (śmiech).

Później już poszło. Najpierw zostałem uczestnikiem Programu Rozwoju, a potem wziąłem udział w szkoleniu Machina Produkująca Klientów. Mega, mega. Nieraz zdarzało się, że po spotkaniach z Pawłem miałem 8 kartek – kartek, a nie stron! – zapisanych pomysłami. Sypały się, nie wiem skąd. Myślę, że z 90% już wdrożyłem w firmie.

Paweł Królak świetnie łączy wiedzę pochodzą z różnych źródeł w jedną całość. A ja inwestuję teraz w siebie, inwestuję w firmę i naprawdę zaczyna się to wszystko kręcić. Naprawdę widzę już efekt, także finansowy.

Chyba jest Pan jednym z tych ludzi, którzy ciągle muszą się rozwijać.

Wstaję codziennie o 5, bo o 6 mam różne szkolenia i 3 razy w tygodniu angielski. Uczyłem się też na przykład szybkiego czytania. Teraz pochłaniam książki dosyć sprawnie, a te biznesowe bardziej mapuję.

Zresztą odkąd jestem z Wami, odkąd znam Pawła Królaka, bardziej polegam na nim w tej kwestii. Po prostu uczę się od niego, zamiast czytać milion książek, bo podaje wiedzę w pigułce. Niewiele jest rzeczy, które jestem w stanie wyczytać, a których wcześniej w CLF-ie nie usłyszałem.

I tu naprawdę nie słodzę. Bo to nie jest tak, że nie widzę Waszych wad. Też je macie…

Niemożliwe (śmiech).

Właśnie (śmiech). Ale każdy je ma. Pamiętam Pawła z początku COVID-u – podczas webinaru wydawał się spięty. Ale później pięknie odwrócił tę całą sytuację koronawirusową na swoją korzyść. Chwalił się niedawno, ile milionów wpłynęło na konto firmy. To jest właśnie piękne – odwrócić trudną sytuację w zwycięstwo.

I to lubi Pan najbardziej w prowadzeniu własnej firmy?

Między innymi. Mnie to jara po prostu. Lubię, jak coś się dzieje. Uwielbiam wpadać w wir pracy. Taki już jestem. Niektórzy moi koledzy żeglarze lubią ciepłe wody – ja nie. Ja wolę zimne, niebezpieczne. Tam jest prawdziwe wyzwanie.

Uwielbiam też swoich ludzi. Oni też lubią do mnie przychodzić, ale muszę ich wyganiać. Już mnie Ania Pudło nauczyła, że nie mogę ciągle z nimi gadać, bo wtedy nie mam kiedy pracować.

Doradza Panu Ania Pudło, bo jest Pan w naszym mentoringowym programie Najważniejszy Krok?

Tak. Bardzo mi się to podoba. Pani Ania mnie mobilizuje do wielu rzeczy. Powtarza: „Panie Konradzie, mieliśmy zrobić to tak i tak” – ciągle przypomina i nadzoruje. Po jednej z naszych rozmów w końcu dorosłem – awansowałem świetną dziewczynę na swoją prawą rękę i w tej chwili przejmuje moje obowiązki.

Ania Pudło pokazała mi, jak powinien wyglądać schemat zarządzania w firmie. Ja z kolei wysłałem jej mapę myśli obrazującą, jak to wygląda u mnie. To taki pajączek – na środku Konrad Gnutek i wszystkie strzałki wychodzą od niego.

Znowu się okazało, że we wszystko się angażuję, czyli idę nie w tym kierunku, w którym chciałem iść. Znowu jestem zarobiony, zmęczony. Któregoś dnia moja córka przyszła się przytulić, a ja ją odesłałem – taki byłem zajęty. Wykrzyczała mi: „I znowu, tato, nie masz dla mnie czasu”.

Wtedy coś we mnie pękło. Do drugiej w nocy nie spałem.

Kolejnego dnia awansowałem dziewczynę na moją prawą rękę. To jest czołg. Już widzę, co ona robi, jak wprowadza porządki, jak mnie pilnuje, żebym nie wchodził jej w drogę.

Bardzo lubię wymyślać nowe pomysły, ale moją słabą stroną jest to, że po kilku miesiącach zaczynam się nudzić, a w biznesie liczy się też przecież konsekwencja.

Która ze zmian w firmie, jakie wprowadził Pan, m.in. dzięki Coraz Lepszej Firmie, była najtrudniejsza?

Przejście do sieci. W ogóle nie czułem tego rynku. Najgorzej jest robić coś, na czym się człowiek nie zna. Dlatego wziąłem udział w szkoleniu Pawła Zwycięski Marketing. Pomogło mi zrozumieć wiele spraw, ale też pokazało, że czasem warto po prostu skorzystać z pomocy fachowca, dogadać się z kimś, zapłacić i skorzystać z jego wiedzy. Na szczęście poznałem wtedy na Forum Coraz Lepszych Przedsiębiorców Jacka Zwierzykowskiego. Dzięki niemu uczę się powoli marketingu internetowego.

Mówię mu na przykład: „Jacek, ja bym to zrobił w terenie tak i tak”. A on mi odpowiada: „Możemy podobnie działać w internecie”.

Sprzedażą na Allegro zajmuje się moja młodsza siostra. Praktycznie ją wychowałem, bo rodziców nigdy nie było w domu. Jak miała 3–4 latka, to na randki ze mną jeździła. Odnalazła się w tym wirtualnym świecie. Umie mi się postawić i czasami słychać nasze sprzeczki, ale bardzo doceniam jej pracę. Zwłaszcza teraz, odkąd jej nie ma, bo urodziła dziecko, i 3 osobom trudno ją zastąpić. A ona wciąż wieczorami dogląda tego wszystkiego i mi pisze: Adek, to nie zrobione, tamto nie zrobione. Mówi na mnie Adek, bo jak była mała, nie umiała wypowiedzieć Konradek (uśmiech).

Podsumowując, to było dla mnie największe przejście. Cieszę się też, że dzięki szkoleniom Pawła znalazłem swoje „lasy” i uprzedzam większość konkurencji. Jestem 3–4 kroki przed nimi. Już wiem, co będę robił jesienią, mam dopracowaną strategię. Ale nie chciałbym zdradzać szczegółów.

Mam teraz długoterminowe plany. Po którymś szkoleniu Pawła postanowiłem, że za 8 lat chcę mieć 8 milionów na koncie. I do tego dążę.

Napisał Pan kiedyś na Forum, że chce szkolić młode pokolenie, ale odnoszę wrażenie, że ma Pan w sobie tak dużo pasji do tego, co Pan robi, że trudno byłoby się Panu odsunąć.

Mało mi brakuje do pięćdziesiątki i zdaję sobie sprawę, że niektórzy ludzie w moim wieku już się zabierają, ale ja nie zamierzam. Tym bardziej teraz, gdy wróciłem do sportu i czuję się świetnie.

Ale czy chcę zejść z tej firmowej sceny? Chcę. Tylko muszę wiedzieć, komu mam to zostawić. Nie chodzi mi o to, żeby całkiem się odsunąć, nie. Ale marzę, żeby troszeczkę zażyć świata. Planujemy rejs z kolegami. Popłyniemy z Gibraltaru do Nowego Jorku jachtem. Super przygoda. Na takie rzeczy chcę mieć czas. I czas dla rodziny…

Na szczęście dzieciaki, tak jak ja, nie przepadają za wczasami typu all inclusive. Kiedy jakiś czas temu wróciłem głową i ciałem do Polski, to spakowałem samochód i zrobiliśmy objazd po kraju. Odwiedzaliśmy fajne miejsca przez 2 tygodnie. Wyłączyłem komórkę.

Moje dzieci twierdzą, że to były najlepsze wczasy, mówią: „Tata był całkiem nasz”…

Czy teraz rzeczywiście, tak jak kiedyś Pan wspominał, zasypia Pan ze spokojną głową?

Paweł mi bardzo głowę otworzył. Nie chodzi mi o to, że wyłożył kawę na ławę, że dokładnie powiedział, jak mam prowadzić firmę, bo nie tak to robi. Ale otworzył mi głowę. Mam bardzo dużo pomysłów, które leżą w sejfie i czekają na odpowiedni moment.

A zasypiam spokojny, odkąd stosuję system białej kartki. Leży przy mnie kartka z długopisem albo włączam aplikację, w której zapisuję wszystko, co mam zrobić kolejnego dnia.

Czego Pan życzy przedsiębiorcom w kolejnym trudnym roku?

Zdrowia i miłości – tego nie można kupić.

Tyle lat jesteśmy z żoną ze sobą i nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby się rozstać. Kiedy byłem na Ukrainie, żona była bardzo dzielna. Miała na głowie dzieci, teściową, firmę. Kiedyś mi się wydawało, że to ja miałem trudno, bo kasę zarabiałem. Musiało minąć trochę czasu, zanim naprawdę doceniłem to, ile poświęciła.

Moja żona też robi uprawnienia żeglarskie. Za 8 lat, kiedy dzieci podrosną i będzie te 8 baniek na koncie, opłyniemy wspólnie Amerykę Południową, a potem… Sam jeszcze nie wiem, gdzie się zatrzymamy.

Konrad Gnutek
Brzmi Pan jak szczęśliwy człowiek.

Czuję się spełniony. Teraz mam równowagę. Ze swoimi dziećmi pływam na kanu, wrzesień mam zarezerwowany dla kolegów, z którymi jeżdżę śladami naszych pancerniaków, np. gen. Maczka, po Europie. W zeszłym roku byłem w Normandii, na plażach Yuta i Omaha. W tym roku chcę zrobić Rosję. COVID trochę psuje plany. Doceniam też legionistów i to, że w weekendy mieczykiem sobie pomacham.

Mam zdrowe dzieci. Zdrowe i szczęśliwe. To jest najważniejsze. Ostatnio nawet z moją 15-latką ważną rozmowę przeprowadzałem, uczę się tego dopiero, i mi Wasze szkolenie pomogło…

Naprawdę?

Tak – „Oni są jacyś dziwni”, o pracownikach z najmłodszego pokolenia. Świetne. Nie używałem wprawdzie tych technik, które tam są opisane, ale odpowiednio mnie nastawiło do rozmowy z córką.

Jestem szczęśliwy.

To jest fajne – wstać rano, wypić kawę. Z żoną budzimy się teraz o 5 i mamy dla siebie pół godziny do godziny, bo dziewczynki śpią. Rozmawiamy. Stosujemy jedną zasadę: nie mówimy o biznesie, tylko o wszystkim innym – o dzieciach, o planach na przyszłość. Bardzo to lubię.

W lecie wychodzimy do naszej altany nad rzeką. I ta rzeka tak szumi, a my tak siedzimy i myślimy: „Ale mamy zarąbiście”.

Zostańmy z tym pięknym obrazem… Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Martyna Kosienkowska

Pobierz bezpłatny poradnik
„Przebudzenie Przedsiębiorcy”

Możesz zmienić wszystko już dzisiaj
– oto 5 kluczowych elementów



Dowiedz się, co zrobić:

  • żeby to firma pracowała na Ciebie, a nie Ty na firmę,
  • żeby być szefem w swojej firmie, a nie jej kolejnym pracownikiem,
  • żeby Twoja firma działała jak dobrze naoliwiona maszyna – nawet wtedy, gdy odpoczywasz.

pp_new
Pobierając materiały, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.