Inspiracje

Szukasz pomysłu na drugi biznes? Zarabiaj na drugiej stronie medalu!

Maciej Wojtas

Czasami pomysły na biznes leżą na ulicy. Wystarczy się schylić i je podnieść. Czasami jednak podobne są do cukru, który jakiś dowcipniś umieścił w apteczce pierwszej pomocy, w opakowaniu po kakao, na którym w dodatku napisano flamastrem słowo „sól”. Trudno na nie wpaść, choć są praktycznie pod ręką. Dziś opowiem Ci o takim właśnie pomyśle.

Przeczytaj, a zrozumiesz lepiej:

  • jak znaleźć pomysł na drugi biznes,
  • jak znaleźć nową niszę,
  • i dlaczego warto uczyć się historii.


Rok 1994

Siedzę sobie w krakowskim liceum na lekcji historii. Liceum jest muzyczne, więc historia schodzi tam na plan dalszy. Poza tym – cholernie stresuję się wieczornym występem przed publicznością, więc z tego wszystkiego wyłapuję co najwyżej co trzecie słowo nauczyciela:

  • Coś tam w XIX-wiecznej Rosji,
  • coś tam za jakiegoś cara,
  • ktoś tam założył jakieś stowarzyszenie,
  • coś tam kontrolowana opozycja.

Jest połowa lat dziewięćdziesiątych, więc jestem jeszcze zbyt młody i głupi, żeby wiedzieć, że historia bardzo, ale to bardzo lubi się powtarzać.

Rok 2018

Siedzę sobie w domu, czyli w pracy. Przeglądam Facebooka. Czytam o stronach, które dostały tam bana, i o ludziach, którzy dostali karę za to, że chlapnęli coś niezgodnego z polityką serwisu. Nie zaskakuje mnie to, że poszkodowanymi są osoby o poglądach prawicowych czy katolickich. FB ma swoją politykę, której przestrzega z wyjątkową konsekwencją. Co o niej prywatnie myślę – to już inna sprawa.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Coraz częściej w różnych internetowych dyskusjach zauważam postulat, by przechodzić na stronę portalu społecznościowego, w którym można pisać, co się chce i jak się chce. Serwis ten nosi nazwę Minds.

Zaczynam się zastanawiać, czy ten cały Minds nie jest przypadkiem pomysłem ludzi z Facebooka na zebranie „opozycjonistów” w jednym miejscu? I czy tą myślą nie kupiłem sobie właśnie biletu wstępu do klubu wyznawców teorii spiskowych?

Rok 2019

Przypadkiem wpadam na artykuł o pewnym dużym europejskim kraju, w którym legalnie działają skrajne organizacje polityczne. Działają w majestacie prawa, choć odwołują się do rzeczy, które kilkadziesiąt lat temu siały przerażenie.

Okazuje się, że władze tego kraju wiedzą o nich wszystko i cały czas trzymają rękę na pulsie. Co najbardziej zdumiewające – wszystko wskazuje na to, że same stoją za powstaniem tych grup. Brzmi bez sensu? Wręcz przeciwnie. To zabójczo logiczne.

Dwie strony medalu – dobry pomysł na biznes?

Te trzy wydarzenia sprawiają, że gdy szukam pomysłu na artykuł, wpada mi do głowy pewna myśl. Zaraz powiem dokładnie, o co mi chodzi.

Otóż zakładając biznes, masz w głowie konkretną wizję. Wiesz, co chcesz robić, a czego nie chcesz. Wiesz, do kogo chcesz trafić ze swoją ofertą, a kogo możesz zignorować. Starasz się skierować swój przekaz do ściśle określonej grupy osób.

A skoro do określonej, to automatycznie ustalasz, kto będzie znajdował się poza obszarem Twojego zainteresowania, czyli kto będzie Twoją „opozycją”.

A gdyby tak zacząć działać na dwa fronty?

Gdyby założyć drugą firmę oferującą coś zupełnie przeciwnego niż to, co sprzedajesz czy wytwarzasz obecnie? Gdyby jedna Twoja firma produkowała na przykład masło, a druga – margarynę? Gdyby jedna Twoja restauracja żywiła ludzi produktami wegańskimi, a druga – karmiła ich prawdziwymi bombami cholesterolu?

Wiem, że pomysł ten jest bardziej konstrukcją teoretyczną niż praktyczną, ale skoro całkiem dobrze sprawdza się on w świecie polityki (i to nie od dziś), to dlaczego nie mógłby zadziałać w świecie biznesu?

Dlaczego to proste?

Bo w dużej mierze byłoby już wiadomo, kim są Twoi nowi klienci i „co ich kręci”. Można by było to przewidzieć chociażby metodą prostej eliminacji: byliby tymi, którzy nie są zainteresowani Twoją pierwszą ofertą. Tymi, do których Twoja oferta zwyczajnie nie trafia. A to już bardzo dużo.

Dlaczego to trudne?

Bo choć cały powyższy koncept brzmi sensownie i atrakcyjnie pod kątem biznesowym, to ma on niestety jedną, zasadniczą wadę. W niektórych przypadkach taki romans z opozycją byłby po prostu nie do pogodzenia z wyznawanymi wartościami. Trudno bowiem przypuszczać, żeby rasowy wegetarianin prowadził restaurację „Kocham wszystko, co wieprzowe”, prawda?

Co można na tym zyskać?

Załóżmy jednak, że nie masz takich oporów wewnętrznych. Co mógłbyś więc zyskać?

Działając na dwa fronty, znając plusy i minusy „przeciwnika”, jego wady i zalety, mógłbyś sprytnie rozegrać na przykład kwestie promocji obu firm. Raz antagonizować je ze sobą – raz pokazywać, jak wyciągają do siebie rękę na zgodę. Dzielić i rządzić. Starożytni Rzymianie tak właśnie robili i było to skuteczne (choć trzeba przyznać – dość wredne z ich strony).

Jeśli zastanawiasz się teraz, czy takie podejście ma sens, to przypomnij sobie o rzeczach, które istnieją wyłącznie dzięki temu, że działają w kontrze do czegoś albo że występują przeciwko czemuś.

Przecież tak to już jest, że czasami widać czyjeś zalety dopiero na tle czyichś wad. Widać bogactwo – na tle nędzy. Szczęście – na tle nieszczęścia. Mądrość – na tle głupoty.

I bardzo podobnie mogłyby działać Twoje dwie firmy. Raz jedna błyszczałaby na tle drugiej, drugi raz odwrotnie. Ale pod jednym warunkiem.

W jaką pułapkę można wpaść?

Moim zdaniem najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się przytrafić firmie walczącej w dwóch przeciwstawnych narożnikach, byłoby zdemaskowanie przez klientów. Bo czym innym jest jawne produkowanie w jednej fabryce przedmiotów adresowanych do skrajnie różnych grup odbiorców, a czym innym – robienie tego w ścisłej tajemnicy.

Jak wprowadzić to w życie?

Najprostsze podejście to zacząć od wyznaczenia grupy osób niezadowolonych z naszych produktów. W końcu na tym polega opozycja. To grupa ludzi, którzy mają odmienne zdanie na temat polityki aktualnego rządu.

Co robią wyborcy opozycji? Nigdy nie zagłosują na polityków stojących po drugiej stronie barykady. A co robią klienci opozycyjni wobec Twojej marki? Nigdy nie kupią Twoich produktów.

Znajdź swoją opozycję, zacznij zarabiać na swoim „wrogu”

Zastanów się teraz, czym mogłaby się zajmować Twoja „opozycja”? Czym może zajmować się firma opozycyjna wobec:

  • sklepu z futrami z norek,
  • producenta zabawek z tworzywa sztucznego,
  • domu weselnego,
  • salonu tatuażu,
  • serwisu parentingowego,
  • agencji pisania prac magisterskich,
  • Coraz Lepszej Firmy*

Czy już wiesz, dlaczego warto uczyć się historii?

Bo historia jest jak uszkodzona płyta winylowa: bardzo, ale to bardzo lubi się powtarzać. W związku z tym mam dla Ciebie aż dwie dobre wiadomości:

  1. Wszystko już było. Tego uczy historia świata.
  2. Wszystko już było, więc owo „wszystko” prędzej czy później pojawi się również w przyszłości. Jeśli tam będzie na nas czekać, to wiadomo będzie, czego się spodziewać. A jeśli będzie wiadomo, czego się spodziewać, to warto się już teraz na to przygotować, żeby móc uderzyć do ludzi ze swoją ofertą. Proste.

Powiadają, że historia jest nauczycielką życia.

Myślę, że nie tylko nauczycielką, bo z jednej pensji trudno byłoby jej wyżyć. Sądzę, że po godzinach pracy w sektorze edukacyjnym, dorabia sobie w biznesie, podsuwając ludziom pomysły na drugą firmę :)

PS

*) Podejrzewam, że gdyby twórcy Coraz Lepszej Firmy postanowili pójść kiedyś tą drogą i uruchomić swoją „opozycję”, to firma taka pomagałaby wyszarpywać dotacje z różnych źródeł albo błyskawicznie rozwijać biznes, bez względu na koszty, po trupach.

Jednak szansa, że właściciele CLF by się na to zdecydowali, jest taka, jak trzykrotne trafienie szóstki w totolotka za pomocą tego samego zestawu liczb.

Maciej Wojtas

Zawodowy copywriter. Specjalizuje się w prowadzeniu mistrzowskich blogów firmowych. Tworzy porywające historie, które zamieniają zwykłych internautów w regularnych klientów. Autor nagradzanego bloga www.maciejwojtas.pl