Wywiady Inspiracje

„Każdy przedsiębiorca w Polsce jest swego rodzaju bohaterem. Trzeba być odważnym, żeby cały czas chcieć to robić” – rozmowa z Leszkiem Zającem

Martyna Kosienkowska
leszek_zajac

Człowiek, który łączy biznes i wartości chrześcijańskie. Pastor, który nie poucza, ale daje przykład. Chce pokazać, że można być szczęśliwym, uczciwie prowadząc firmę, ciężko pracując, realizując powołanie, budując dobre małżeństwo. Nie poleca życia w ubóstwie, choć podkreśla, że pieniądze szczęścia nie przynoszą.

Jest Pan bardzo wszechstronnym człowiekiem. Najpierw technikum elektryczne, potem informatyka, prawo, teologia.

Ta teologia była dosyć ważna, ponieważ jestem świadomym chrześcijaninem, który podjął decyzję, aby wierzyć w Jezusa i naśladować go w codziennym życiu. Jestem też pastorem. Jako pastor pomagam ludziom i uczę ich, jak radzić sobie w życiu, podpowiadam, jak właściwie funkcjonować.

Nigdy jednak nie chciałem być pastorem oderwanym od rzeczywistości, tzn. takim, który podpowiada ludziom, jak mają żyć, nie doświadczając tych samych wyzwań, co inni. Również z tego powodu, choć oczywiście nie tylko (uśmiech), od 22 lat żyję w związku małżeńskim. Mam wrażenie, że jesteśmy dobrym małżeństwem. Daje nam to pewien autorytet, żeby pomagać ludziom przechodzącym przez wszelkiego rodzaju kryzysy i problemy małżeńskie.

To samo dotyczy innych obszarów, jak biznes, praca, finanse, samorozwój. Nie miałbym odwagi mówić ludziom, że mają ciężko pracować, gdybym sam tego nie robił. Nie miałbym odwagi mówić ludziom, że powinni żyć w wolności od długów, gdybym sam był zadłużony. Chcę pokazywać, że można uczciwie prowadzić biznes, ciężko pracować, realizować powołanie, budować dobre małżeństwo i próbować cały czas utrzymywać w tym wszystkim równowagę i być szczęśliwym.

Czy wiedza i doświadczenie pastora wpływa w jakiś sposób na to, jak Pan teraz prowadzi swoją firmę – Medicomp?

Oczywiście. My w Polsce mamy w pewien sposób zafałszowane spojrzenie na chrześcijaństwo. Chcemy brać wzór ze świętego Franciszka, żyjącego w ubóstwie, które jest uważane za cnotę. To oczywiście nieporozumienie. Ubóstwo nie jest cnotą – jest problemem. Ubóstwo nigdy nikogo nie pobłogosławiło. A uważanie ubóstwa za cnotę zabija w ludziach inicjatywę oraz pracowitość. Ubodzy nie są szczęśliwi. Nie chcę powiedzieć, że pieniądze dają szczęście, ale są po prostu w naszym życiu potrzebne i Biblia bardzo dużo mówi o sposobie zarządzania życiem, o zarabianiu, o ciężkiej pracy, o misji dzielenia się z innymi.

W związku z tym w kościołach protestanckich mamy pewien etos pracy, który jest u nas bardzo mocno zakorzeniony. Ma on duży wpływ na sposób, w jaki pracujemy, jak postrzegamy kwestie finansów. Oczywiście są one tylko pewną częścią życia, ale w dużej mierze to one decydują o sposobie zarządzania innymi sferami.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że wielu autorów książek z obszarów autorealizacji to pastorzy albo osoby mocno deklarujące przywiązanie do wartości chrześcijańskich. Choćby John Maxwell, Zig Ziglar czy Stephen Covey. I tak naprawdę większość rozwiązań, czy też zasad przywództwa, zarządzania, które oni proponują, biorą lub też brali wprost z Pisma Świętego. Wyinterpretowali je z treści Biblii, następnie starają się je przełożyć na praktyczne zasady, tak by ludzie potrafili skorzystać z nich w codziennym życiu czy biznesie.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)
Mógłby Pan wskazać jakieś konkretne fragmenty biblijne, które mogą się przydać przedsiębiorcom w kontekście prowadzenia biznesu?

Gdybyśmy spojrzeli na samą Ewangelię, to do finansów odnosi się ponad jedna czwarta przypowieści Jezusa. Ot, choćby ta o talentach, które w tamtych czasach były jednostką monetarną, tak jak dziś złotówki czy dolary. Niezwykle pouczająca historia o inwestowaniu, samorozwoju. Ludzie w tej przypowieści otrzymali talenty w zależności od swoich zdolności. I tu mamy pierwszą lekcję – chcesz w życiu więcej osiągnąć, otrzymać – zainwestuj w rozwój swoich zdolności. A druga lekcja – mądra pracowitość przynosi efekty.

Albo weźmy słynną historię Józefa ze Starego Testamentu, który trafił do Egiptu i miał objawienie dotyczące znaczenia snów faraona. W jednym z nich tłuste krowy były zżerane przez chude. Treść objawienia była taka, że będzie 7 lat obfitych, ale potem nastąpi 7 lat marnych. Była to zachęta, żeby w czasie lat obfitych nie przejeść tych pieniędzy, ale zaoszczędzić je na następne. To jest niesamowita lekcja dla każdego z nas. Dla każdego biznesmena. Co zrobić z gotówką, której dzisiaj mamy za dużo? Czy od razu ją wydać? Czy też odłożyć na przyszły czas, bo wiadomo, że będą trudniejsze lata?

Jaka jest historia Pana firmy? Skąd się wziął pomysł?

Od chwili startu działalności minęło już 20 lat. Właściwie to dziś rano sobie to uświadomiłem (śmiech). Zacznę od tego, że po technikum elektrycznym znalazłem się w firmie, która nazywała się Energetyka Kolejowa – to była taka stara państwowa firma. Moja praca miała pewną zaletę. Zarządzałem różnego rodzaju systemami energetycznymi i zazwyczaj siedziałem w zakładzie 12 godzin sam, wpatrując się w jakieś tam wskaźniki. Nic nie robiłem, więc miałem mnóstwo czasu na czytanie. Piękna praca – i jeszcze mi za to płacili (śmiech)! Był taki moment w życiu, kiedy czytałem 1–1,5 książki dziennie. Czytałem wtedy wiele książek, np. typowo z obszaru chrześcijaństwa oraz dużo ze sfery rozwoju osobistego i przywództwa. Te zagadnienia były bardzo przydatne w mojej pracy pastora, ale również dość mocno poszerzały moje spojrzenie na życie.

Z czasem pojawił się we mnie taki typowy problem każdego człowieka, który inwestuje w jakiś sposób we własny samorozwój, pielęgnuję inicjatywę. Zaczął mnie bardzo denerwować sposób zarządzania firmą przez moje szefostwo. Większość kierownictwa było z nadania dawnego układu socjalistycznego. Ci ludzie nie pokończyli żadnych szkół energetycznych, nie mieli też żadnego pojęcia o właściwym zarządzaniu. To był pierwszy bardzo ważny element zmiany w moim życiu, ponieważ zacząłem się już tam bardzo męczyć.

Drugim motorem napędowym były zlecenia, które zacząłem otrzymywać. Końcem lat 90. pojawiły się pierwsze elementy informatyzacji służby zdrowia, a wówczas żadna placówka nie była do tego technicznie przygotowana. Znajomy lekarz poprosił mnie o pomoc. Miałem zainstalować na komputerze specjalną NFZ-ową aplikację, właściwie ją skonfigurować, a następnie wprowadzić paręnaście tysięcy deklaracji pacjentów, no i prowadzić tzw. sprawozdawczość.

Bardzo szybko pojawiło się drugie zlecenie od przychodni zaprzyjaźnionej z tamtą placówką. A z czasem kolejne i kolejne. W tym czasie wykonywałem te usługi na umowę zlecenie, można powiedzieć, że był to pierwszy element mojego rozwoju biznesowego.

Wkrótce doszedłem do takiego momentu, że już nie byłem w stanie łączyć pracy zawodowej z tymi zleceniami. I mimo że nie była to w tamtym czasie decyzja łatwa – podjąłem ryzyko, by zrezygnować z etatu i przejść na własną działalność.

I to okazał się strzał w dziesiątkę.

Jak najbardziej. Wkrótce poproszono mnie, bym szkolił pracowników placówek medycznych z intensywnie się zmieniających w tamtym czasie przepisów dotyczących służby zdrowia w Polsce. Przepisy te do dzisiaj ulegają zmianie z niezwykłą częstotliwością. Czasami lekarze czy też inni pracownicy medyczni nie są w stanie ich ogarnąć – są oni specjalistami w zupełnie innym obszarze – a ja się w tej tematyce prawnej dobrze czułem. Kiedyś zostałem zaproszony na konferencję o zmianach w przepisach i ich wdrażaniu w praktyce. Po tej konferencji pojawiło się… 10 nowych klientów.

Gdy w Polsce ponownie zmieniło się prawo, każda placówka medyczna musiała kupić komercyjną aplikację medyczną, a więc dla biznesu w Polsce powstała niesamowita nisza. Zostałem partnerem firmy Asseco i zacząłem sprzedawać i wdrażać ich system.

Wpadłem też na pomysł, że skoro wcześniej udało się wyszkolić trochę ludzi w pracy na starym programie, to teraz mógłbym organizować szkolenia z obsługi nowego. Zapraszano mnie do szpitali czy przychodni, żebym tam przeprowadzał szkolenia, prowadziłem również szkolenia otwarte z tego zakresu.

To wszystko rozrosło się na tyle, że pojawił się kryzys. Bo choć część danych rozliczeniowych zaczęła za mnie wprowadzać moja żona, to i tak nie byliśmy w stanie tego ogarnąć. Nie mogliśmy nigdzie wyjechać – ani na wakacje, ani na żaden urlop, ponieważ ktoś musiał to cały czas robić. Wtedy zatrudniłem pierwszego pracownika. Gdy wszystko nadal rosło, musieliśmy zatrudnić stałą ekipę serwisującą. Wynajęliśmy też nowe pomieszczenie. Ja mogłem jeździć po Polsce, szkolić, wdrażać, a moi pracownicy zajmowali się bieżącą obsługą.

Domyślam się, że z czasem nadal rośliście.

Tak, dlatego kupiliśmy na kredyt lokale biurowe i tam się przenieśliśmy. Najbardziej rozszerzyła się u nas dziedzina szkoleniowo-wdrożeniowa. Do tego stopnia, że w 2018 roku, jak ostatnio liczyliśmy, z samego RODO przeszkoliliśmy ponad 10 tys. ludzi. Tak naprawdę w obszarze placówek medycznych nieszpitalnych jesteśmy chyba obecnie w grupie może 2–3 firm, które tak dużo szkolą z przepisów NFZ.

Z czasem też, ze względu między innymi na bezpieczeństwo finansowe rodziny, postanowiłem przekształcić firmę w spółkę z o.o. Zamieniliśmy moją działalność w 5 spółek. Przekształcenie w tego typu formę pomaga ludziom uporządkować swój biznes. Począwszy od księgowości, oddzielenia finansów osobistych od firmowych, co bywa uzdrawiające. To też był przełom w moim życiu biznesowym, kiedy zacząłem dostawać pensję z firmy, czy też pieniądze w inny sposób wypłacane ze spółek, nie mieszając własności firmy z finansami domowymi.

Dziś zajmujemy się wszystkim, co jest związane z medycyną, oprócz leczenia. Czyli całą obsługą zarządzającą, informatyczną, prawną, merytoryczną, rozliczającą, sprawozdawczą. Każda z 5 firm ma swoją specjalizację. Mamy to poukładane w ten sposób, że 4 firmy funkcjonują prawie beze mnie. Z kolei 5. firma to ta, w której przede wszystkim pracuję ja: szkolę, jeżdżę, wdrażam. Szczerze mówiąc, po 20 latach teoretycznie nie muszę pracować. To jest coś, o czym nigdy nawet nie marzyłem.

Rzeczywiście, to fascynujące koleje. Czy z czasem pojawiły się jakieś nowe problemy? Czy jest Pan już rekinem biznesu?

Nie, nie, absolutnie! My nie jesteśmy dużą firmą. Jesteśmy firmą, która po prostu jest zorganizowana i się kręci, daje nam wystarczające zaopatrzenie, żeby dobrze żyć. I mam nadzieję, że pracownikom także. Obecnie wyzwaniem jest na przykład wyszkolenie i wdrożenie nowego pracownika. Aby zaczął przynosić firmie dochód, żeby zaczął się zwracać, przez pierwsze 1,5 roku muszę w niego inwestować. Tego się nie da przeskoczyć.

Bardzo cieszę się jednak tym, że mam szczęście do pracowników, choć dziś rynek jest pod tym względem tak trudny. Proszę sobie wyobrazić, że przez 20 lat zwolniłem tylko jedną osobę.

To robi wrażenie. A na czym polega wspomniane szkolenie pracownika?

Pracownicy są wdrażani w poszczególne obowiązki. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, na czym polega biznes NFZ. Jakie są przepisy, jak przebiegają procesy rozliczeniowe. Pierwszy miesiąc to czas, kiedy otwieramy tym ludziom oczy. Pokazujemy, jak to działa. Muszą się zaznajomić z wieloma przepisami. Oglądają nasze szkolenia, webinary i powoli przekazujemy im obowiązki. Zajmują się wprowadzaniem danych w różnych obszarach medycznych. A że każdy obszar medyczny ma inne zasady, przy okazji poznają te zasady. No i – powiedzmy – po roku, gdy już potrafią rozliczać, zaczynamy im mówić o różnych komplikacjach, które się mogą przytrafić.

Cały proces trwa, jak wspomniałem, około 1,5 roku. Choć to też zależy od pracownika. Są tacy, którzy są w stanie wdrożyć się szybciej, a są tacy, którzy wcale nie są w stanie się wdrożyć. Ale, tak jak mówiłem, mieliśmy do tej pory tylko jednego takiego pracownika. Zresztą, najlepiej wykształconego.

To jest też rzecz, której się nauczyliśmy, by absolutnie nie gardzić człowiekiem, który nie ma wykształcenia. Z mojego doświadczenia wynika, że samoucy przynoszą firmie większą korzyść niż ludzie wykształceni – choć oczywiście bardzo cenię wykształcenie.

Dostrzegam u Pana bardzo wyjątkowe połączenie cech. Informatyk z wykształcenia nie jest osobą, która kojarzy się z kimś, kto chętnie objaśnia przepisy, ustawy, prawo, występuje przed ludźmi i jeszcze komunikuje się w taki sposób, żeby inni mogli go zrozumieć. Chciałam spytać, co jest tak naprawdę Pana ulubionym zajęciem? I czy robi Pan to, co najbardziej lubi?

Najbardziej lubię uczyć innych. Jestem przede wszystkim nie biznesmenem, ale pastorem. Jednym z powołań pastora jest to, że chce mieć wpływ na ludzi. Ten pozytywny wpływ. Dlatego ja przez całe życie uczę.

Nawiązując do tego, co pani powiedziała, sądzę, iż to nie jest stereotyp, że informatycy są słabymi nauczycielami. Tak jest, to są ludzie, którzy mają ścisły umysł i mają bardzo duży problem z przekazywaniem swojej wiedzy. Ja jestem informatykiem, ale potrafię się komunikować, ponieważ to jest ta główna sfera działania w moim życiu. To jest dla mnie dużym plusem, ponieważ firm, które świadczą usługi dla medycyny z tego obszaru informatyki, jest w Polsce kilkaset. A spośród nich może 2–3 szkolą. Bo ci ludzie zazwyczaj nie potrafią lub nie lubią szkolić. Z kolei większość prawników nie lubi informatyki, zwyczajnie nie zna się na niej. Kolejną kwestią jest coś takiego, co ja nazywam nowomową NFZ-ową. Osoby z obszaru informatyki jej nie rozumieją, większość prawników też się do niej nie garnie.

Tymczasem u nas płynnie połączyliśmy te trzy rzeczy.

W jaki sposób rozdzielił Pan zadania w swojej firmie? Rozumiem, że informatycy nie szkolą z prawa; i odwrotnie – szkoleniowcy nie są informatykami? Czy może jednak znalazł Pan ludzi podobnych do siebie?

Nas nie ma tak bardzo dużo, firma to raptem… niespełna 10 osób. I te wszystkie osoby pracują w różnych spółkach. Staram się też rozwijać moich pracowników, więc mam takich, którzy szkolą, którzy zajmują się usługami, którzy potrafią wdrażać.

Czyli jest podział obowiązków?

Tak, jak najbardziej. Wszystko, co się dało, mamy oprocedurowane, za wszystkie rzeczy ktoś jest odpowiedzialny. Wszystkie są też przypilnowane za pomocą specjalnego systemu informatycznego, który przypomina o terminach i obowiązkach. Tak to się kręci.

Gdyby miał Pan wybrać najmocniejszy element swojego biznesu, to – skoro jest Pan specjalistą od systemów informatycznych – byłby to Wasz system?

Myślę, że naszą najmocniejszą stroną jest sposób, w jaki nasi pracownicy świadczą usługi. Wnioskuję to z tego, że mamy bardzo mały procent firm, które rezygnują z naszych usług. Standardem jest to, że jak już ktoś zaczął z nami współpracować, to zostaje. Mamy wielu klientów, z którymi rozpoczęliśmy współpracę 20 lat temu.

Uważam, iż naszą silną stroną jest to, że klienci mogą nam ufać, że mamy stale aktualną wiedzę, także o nowościach z obszaru przepisów, nigdy ich nie zawiedliśmy, że zawsze od tej 8:00 do 18:00 mogą się do nas zgłosić i otrzymają fachową pomoc. Takie rzeczy jak system informatyczny to tylko narzędzie, które pomaga tym zarządzać.

Powiedział Pan, że już nie musi pracować. Skąd więc pomysł, żeby mimo to zapisać się do naszego Programu Rozwoju Coraz Lepszej Firmy?

Po pierwsze, zrobiłem to z ciekawości. Zajmujecie się kwestiami, którymi żyję. Problem tkwi w tym, że większość literatury w Polsce to książki amerykańskie, które w żaden sposób nie przystają do naszej rzeczywistości. Nawet jeśli chodzi o takie kwestie, jak biznesplan budżetu domowego. U Amerykanina i Polaka to są dwie różne rzeczy. Polskie inicjatywy, które pomagają ludziom w tym obszarze, są więc zawsze bardzo ciekawe.

Po drugie, wcale nie uważam, że nie muszę się uczyć albo że nie ma rzeczy, nad którymi muszę pracować. Jest ich bardzo dużo.

Na przykład?

Chyba cały czas borykam się ze strachem przed sytuacjami konfliktowymi, nie wszystko potrafię delegować, powinienem też bardziej dbać o swoje zdrowie. Myślę, że brakuje mi wytrwałości, doprowadzania spraw i niektórych projektów do końca. Mam również problem przy wprowadzaniu zmian w firmie. Dlatego jestem zainspirowany waszymi wykładami i staram się pewne rzeczy na ich podstawie wdrażać.

Jak wygląda Pana dzień? Czy w większości wypełniają go obowiązki pastora?

Tych różnych obowiązków nie da się do końca rozdzielić. Będąc w pracy, też często wykonuję obowiązki pastora. Staram się jednak nie zanosić pracy do domu. W domu nie pracuję, chyba że jest jakaś sytuacja awaryjna i muszę coś zrobić. Poza tym odpoczywam przez całe wakacje. Moja żona jest nauczycielką, więc jest to jedyny czas, kiedy możemy być razem na urlopie i staramy się wykorzystać ten czas na maxa.

Jeśli jednak pracuję, to ciężko, zazwyczaj do godziny 19:00, 20:00. Również dlatego, że lubię pracować po południu. Z rana jestem niewydajny. Próbowałem wstawać bardzo wcześnie, ale wtedy w ogóle nie potrafię myśleć. Lubię przyjść do pracy dopiero na 11:00 i posiedzieć do 20:00. Musiałem sobie to wypracować. Kiedyś zjawiałem się o 8:00, ale tak naprawdę od 8:00 do 14:00 byłem w stanie zrobić może jedną piątą tego, co potem przez dwie godziny.

W takim razie chyba mija się Pan z żoną?

Nie zawsze się mijamy. Są dni, kiedy nie chodzę do pracy. Są tygodnie, że pracuję każdego dnia, a zdarza się, że w kolejnym w ogóle nie muszę chodzić do biura. Może ułatwiające jest dla nas to, że nie mamy dzieci. Gdyby w domu były dzieci, trzeba by było zupełnie inaczej przebudować grafik.

Rozumiem, że nie rozdziela Pan pracy pastora od pracy w firmie. A czy wyznaczył Pan konkretne dni na konkretne obowiązki? Pytam, bo chciałabym zrozumieć, jak Pan sobie z tym wszystkim radzi; mnie się wydaje, że jest tego strasznie dużo.

Nasza działalność jest trochę podobna do funkcjonowania biur rachunkowych, które pracują w pewnym cyklu. Wiadomo, że np. do 20 muszą rozliczyć PIT. Do 25 VAT. W tym czasie nie bierze się urlopów, a potem jest czas wolny.

W rozliczeniach medycznych najważniejszy czas następuje od 1 do 10 dnia miesiąca. Wtedy pracownicy absolutnie nie biorą urlopów, bo wiedzą, że ich nie dostaną. Taka jest umowa przy podjęciu pracy.

Z kolei dla mnie najbardziej angażujący czas trwa od 5 do 15, bo ja wtedy muszę rozliczyć te firmy. To jest taka rzecz, którą zostawiłem dla siebie, to ja wypisuję główne faktury za usługi, trzymam rękę na pulsie, jeżeli chodzi o finanse. To tworzy pewien cykl.

Wiadomo, że co miesiąc w tych dniach jestem zajęty, zajmuję się raportami, fakturami, umowami. Kiedy kończy się mój moment rozliczeniowy, następuje czas tworzenia szkoleń. Przygotowuję materiały szkoleniowe, filmy. Jestem w takim miejscu, że mam dużo więcej pomysłów na nowe rzeczy, niż jestem w stanie zrealizować i wdrożyć.

Co jeszcze chciałby Pan zrobić, w jakim kierunku się rozwijać?

Na pewno bardzo chciałbym rozwinąć obszar szkoleniowy. Zapotrzebowanie na szkolenia otwarte jest większe niż nasze możliwości ich realizacji. W ciągu 5 ostatnich lat zaczęliśmy też mocno przechodzić na szkolenia internetowe. Wprawdzie webinary i e-szkolenia były obecne już wcześniej w naszej ofercie, ale chcemy jeszcze bardziej przenieść ciężar szkoleń do sieci.

A czy jest różnica pomiędzy tym, jak Pan szkoli na żywo i jak prowadzi Pan webinary? Oglądając je, miałam wrażenie, że nie czuje Pan żadnego stresu?

No teraz już nie (uśmiech). Ale na początku moi pracownicy musieli siedzieć za kamerą, żebym miał jakiegokolwiek odbiorcę. Więc to nie było takie proste. Oczywiście podczas szkoleń na żywo mamy kontakt z ludźmi, a przez to są dużo ciekawsze niż internetowe, bo jest ten feeling. Można zobaczyć, czy ktoś słucha, czy go to interesuje. W ramach webinarów są oczywiście narzędzia, przy pomocy których można próbować aktywizować uczestników, ale to nie jest już takie proste. Traci się coś cennego. Trzeba się mocno zaangażować w taką relację z ludźmi.

Dla mnie plusem jest to, że my mamy dużą, stałą grupę ludzi, którzy nas słuchają. Jeśli znam osoby ze szkoleń na żywo, wtedy łatwiej jest mówić do nich przez internet. Ale to jest mimo wszystko zupełnie inny rynek. Całkiem inaczej trzeba mówić do ludzi. Ja jestem pastorem i też łatwiej jest mi mówić do ludzi w angażujący sposób. Mogę opowiadać o nudnych rzeczach, takich jak RODO, tak że ludzie zostają posłuchać, zamiast iść do domu.

A czy kaznodziejski ton (uśmiech) nie denerwuje ludzi, do których Pan mówi podczas szkoleń?

To nie jest ton kaznodziejski znany – oczywiście uogólniając – z kazań księży, z jakim spotykamy się w kościele katolickim, gdzie mamy specyficzną intonację, której klerycy uczą się przez 6 lat w seminarium. W kościołach protestanckich wygląda to zazwyczaj trochę inaczej. To jest ton, który bardziej moglibyśmy porównać np. do sposobu mówienia podczas spotkań motywacyjnych. Więc tak naprawdę, nawet mówiąc o RODO, możemy się motywować. To doświadczenie pomaga.

Czy są takie szkolenia, których nie lubi Pan prowadzić?

Bywa tak ze szkoleniami, które są dofinansowywane z Unii Europejskiej. Miałem dwa takie doświadczenia – byłem zatrudniony jako wykładowca. Pierwsze pytanie, z którym do mnie przychodzili uczestnicy, zanim jeszcze szkolenie się zaczęło, dotyczyło tego, o której się skończy i kiedy słuchacze będą mogli sobie pójść.

To są rzeczy, których nie cierpię. Nie chodzi mi o to, jak ja byłem potraktowany, ale ten brak szacunku dla wiedzy i samorozwoju mnie przeraża. Dlatego mamy taką zasadę, że staramy się mieć drogie szkolenia. Szukamy ludzi, którym zależy. Zupełnie inaczej zostaje się po godzinach, kiedy 20 ludzi nie ma ochoty wyjść po szkoleniu, bo ciągle chcą pytać o pewne rzeczy, ciągle chcą zgłębiać dany temat. To jest coś, co daje satysfakcję.

To jest to, co Pana kręci!

Tak, zdecydowanie. Lubię szkolić ludzi, oczywiście z rzeczy sensownych. Nigdy nie chciałbym sprzedawać czegoś, co do czego nie uważam, że jest wartościowe i cenne.

Cały czas nasuwa mi się jeszcze jedno pytanie. Jest Pan przedsiębiorcą. Stale ma Pan do czynienia z przedsiębiorcami. Jak to Pana zmieniło i jakie postawy obserwuje Pan u swoich klientów? Bo czasami w tych, którzy nie są przedsiębiorcami, jest zakorzenione przekonanie, że prowadzący działalność to ludzie, którym zależy tylko na pieniądzach, że są wiecznie zaganiani, że nie zwracają uwagi na innych, bo liczy się wyłącznie biznes.

Wbrew pozorom takich ludzi, dla których liczy się tylko biznes, chyba nie ma zbyt dużo. Biznes bardzo zmienia, sprawia, że osoby stają się bardziej świadome życia… Może zabrzmiało to górnolotnie. Ja uważam, że wśród tego małego biznesu w Polsce, bo to jest ten główny obszar, z którym się stykam, mamy wielu bardzo wartościowych ludzi. Z punktu widzenia inicjatywy, odpowiedzialności, jak również świadomości właściwego funkcjonowania w życiu. Oczywiście w każdym obszarze znajdziemy osoby specyficzne, które myślą tylko o pieniądzach albo o władzy, ale wśród prowadzących firmy są one w zdecydowanej mniejszości.

A jak biznes zmienił moje poglądy? Myślę, że mam bardzo niesocjalistyczne poglądy na ekonomię, opowiadam się za minimalną ingerencją państwa w gospodarkę. Chodzi o kwestie własności prywatnej, odpowiedzialności za siebie, właściwie rozumianej wolności.

Biblia naucza, że kto nie chce pracować, niech też nie je. Rozróżniam sytuację, gdy ktoś nie chce, od takiej, gdy ktoś nie może pracować. Tym, którzy nie mogą, koniecznie trzeba pomóc, a tym, którzy nie chcą, absolutnie nie powinno się dawać nic za darmo, lecz stwarzać możliwości do pracy. To zmieniło się w moim życiu. Wierzę, że człowiek jest kowalem własnego losu i trzeba mu to bycie kowalem umożliwiać. Umożliwiać mu zarabianie, rozwijanie się, nagradzać rozwój, przedsiębiorczość.

Moim zdaniem każdy przedsiębiorca w Polsce jest swego rodzaju bohaterem. Ja co roku jestem wzywany przez urząd skarbowy z powodu głupot, tylko dla zasady. Trzeba być odważnym, żeby cały czas chcieć to robić.

Przedsiębiorcy wiedzą też, że jakość ma sens i jest wartością. To jest także coś, w kwestii czego prowadzenie biznesu mnie zmieniło.

I to, co Pan powiedział o przedsiębiorcach, wydaje mi się świetnym zakończeniem naszej rozmowy. Rzeczywiście są to wyjątkowi ludzie. Rozmawiając z nimi, stale się o tym przekonuję.
Rozmawiała: Martyna Kosienkowska
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.