Wywiady

„Żyj tak, byś miał co wspominać” – wywiad z Adamem Piochem

Maciej Wojtas
adam pioch2

Dziś zapraszam Was na wywiad z człowiekiem, który z nieprzyzwoicie prostych słów wygina bajeczne opowieści. Właśnie dlatego rozmowa z tym genialnym storytellerem ma formę scen wyciętych z filmu fabularnego.

Napisy początkowe

Zacznijmy po hollywoodzku, czyli od końca. Jest rok 2073. Masz równo sto lat. Siedzisz w swoim ulubionym fotelu. Nagle słyszysz pukanie do drzwi. Okazuje się, że to Śmierć. Jaką historię opowiedziałbyś jej, żeby – w drodze wyjątku – odstąpiła od czynności służbowych?

O, taką rozmowę mam już za sobą (śmiech). Rozmawiałem kilkanaście lat temu. Byłem wtedy w Kielcach. Miałem poprowadzić trzydniowe szkolenie z e-biznesu. Zdołałem zrobić tylko pierwszy dzień. Męczył mnie wtedy źle brzmiący kaszel. Jeden z uczestników szkolenia namówił mnie na wizytę u lekarza i zorganizował ją u swojego lekarza rodzinnego. Ten stwierdził u mnie lewostronne zapalenie płuc. Przepisał supernowoczesny antybiotyk, w opakowaniu były trzy tabletki. Pierwsza mnie powaliła, druga prawie zabiła, a trzecia… trzecia była na dobicie, gdyby druga spaprała robotę.

Godzinę po przyjęciu pierwszej, trafiłem na oddział intensywnej opieki medycznej, popularnie zwany „R-ką”. Gdy lekarze już ustalili, co się ze mną dzieje, dowiedziałem się, że mam głębokie pogrypowe zapalenie mięśnia serca. Poinformowano mnie, że mogę przeżyć, lecz serce będzie do wymiany, że mogę to pokonać i będzie dobrze, i że… mogę umrzeć, jeśli stan się będzie dalej pogarszał. Trzy drogi, jedną poszedłem…

Byłem specyficznym pacjentem kardiologii, jeszcze z chorymi płucami, dlatego utrzymano mój antybiotyk i nakazano zastosować – jako lepszy niż dostępny w szpitalu.

To po zażyciu drugiej tabletki wszedłem do tunelu. Nim dotarłem do zakrętu, po którym widać jego świetliste zakończenie, stoczyłem potwornie ciężką walkę o to, by wezwać pomoc. To tam odbyłem rozmowę o śmierci z damą, o którą pytasz. Sporo się dowiedziałem. Nie znam dnia, choć znam już godzinę. I wtedy dała mi wybór, pokrętny i ciężki, ale wybór… a ja… ja go przyjąłem…

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)

Wydobyto mnie z tunelu, trwało to prawie cztery godziny. Gdy już mogłem mówić, wysłuchano, co mnie spotkało, i na koniec zabrano mi trzecią tabletkę.

Gdy miesiąc później wychodziłem ze szpitala, dowiedziałem się, że te tabletki uratowały mi życie. A dokładnie pierwsza. To dzięki niej w porę dowiedziałem się, że wirus grypy trawi mi mięsień serca. Lekarz dodał, że gdyby nie tabletka i jej zgubny wpływ na chore serce, pojechałbym do domu, leczył płuca i padł po jakimś czasie na niewydolność mięśnia serca. Bo serce nie boli, aż się nie rozsypie...

Od damy z kosą w tunelu dostałem specjalny notatnik obleczony skórą (wiem czyją), ręcznie wykonane pióro z kościówką (to taka odmiana stalówki tylko wykonana z kości, też wiem czyjej). Wiem też, że odejdę o 23:16. Dokładnie o tej porze, codziennie, mogę – choć nie muszę – dodać w notesie jeden opis śmierci, który ma mnie nie spotkać. Początkowo dodawałem to, co znałem, a czego doświadczyć nie chciałem, potem to, co usłyszałem w TV czy radiu o śmierci, jaka spotkała kogoś, a mnie przeraziła, a teraz – teraz od jakiegoś czasu wymyślam sposoby na dokonanie żywota…

Dostałem też warunek: jeśli wyjawię komuś treść rozmowy w tunelu z damą z kosą, to ona zafunduje mi śmierć jednym ze sposobów zapisanych w notesie… Dokona wyboru i dokona egzekucji, niczym kat. Tego, co zapisane, nie można wymazać, a ja – ja czasem puszczam zbyt luźno wodze wyobraźni…

W zwróconym mi przy opuszczaniu szpitala pudełeczku po antybiotyku na ulotce wyczytałem, by nie stosować przy chorym sercu, bo w… 1 na 10 przypadków… można… przeżyć.

Przebudzenie głównego bohatera

Pamiętasz dzień, w którym doszło do Ciebie, że żyjesz w PRL-u, czyli systemie, który dla ludzi urodzonych w XXI wieku jest czymś w rodzaju Matrixa?

W sklepie zwanym blaszakiem wszystkie półki były pełne towaru, pamiętam, jak z radością kupowałem ulubioną cytronetkę, jak sprzedawałem butelki, by mieć kilka złotych na flippery i jak pewnego dnia sklep… opustoszał. Została jedna lada, a za nią mała półka na towar. Towar, który dobywano zazwyczaj spod lady. I ta kolejka do tej magicznej lady. Kolejka za papierem toaletowym, kolejka za watą, kolejka za kawą, komitet kolejkowy za pralką. Nawet by kupić „Władcę pierścieni” musiałem zapisać się do kolejki. Nie mówiąc o tym, że i do konfesjonału stałem w kolejce…

Wszyscy mieli granatowe fartuszki do szkoły, a ja jeden jedyny miałem zielony – dziś wiem: to był błąd Matrixa. Szkoła w zielonym fartuszku była pełna cierpienia. Za to ta w granatowym fartuszku dała mi dużo radości.

Pamiętam, jak tir z zagranicy przywiózł dary do parafii. Dostałem cudownie zapakowane paszteciki. Były takie śliczne. Do dziś nie wiem, jak smakowały, bo zdobiły dom za szybką w salonie. Zjadły je bakterie rozkładu. Zanim dali paszteciki, to podawali nam czekolady i robili zdjęcia. Na końcu rozdawali buty narciarskie, koledzy dostali, ich tatusiowie dostali i ich mamy dostały, ja nie dostałem, za małe stopy miałem. Tym sposobem pół osiedla do szkoły w butach do nart chodziło. Nieważne było, co dawali, ważne było, że się dostało. Tym samym sposobem raz mamie komplet stringów z darów przyniosłem…

Nigdy do mnie nie dotarło, że żyję w Matriksie. Te czasy dla dziecka miały swój urok. Żyć w dwu epokach to jak podróż w czasie. Za to jakie mam wspomnienia: jak z tymi stringami do domu wpadłem, jak nikt nie miał nart, a miał buty narciarskie. Czołgi na ulicy też fajne były (śmiech).

Pierwsze zakochanie

Wyobraź sobie, że Twoi rodzice kategorycznie odmawiają zakupu nie tylko Amigi, ale i przede wszystkim Atari, od którego zaczęła się Twoja fascynacja komputerami. Jak myślisz, jak potoczyłyby się wówczas Twoje dalsze losy?

W dniu, w którym kupiłem, po pół roku starań, swój pierwszy egzemplarz „Bajtka”, przeżyłem głębokie załamanie. Do dziś pamiętam ten szok. W moim bloku nikt poza mną nie kochał się w komputerach. Internetu nie było. A ja na jednej z ostatnich stron wyczytałem, ileż to siana kosztuje komputer. Kilka razy liczyłem zera, aż poszedłem taty zapytać, ile on zarabia. No i wyszło mi, że komputer będę miał, jak będę… dorosły (śmiech).

Pogodziłem się z tą myślą i robiłem swoje. Nauczyłem się programować w Basicu, nie mając komputera. To jak nauczyć się pływać z książek, bez wchodzenia do basenu (śmiech).

Równolegle rozwijała się moja miłość do literackiej grozy. Może wtedy, gdybym jednak nie dostał wymarzonego komputera, to bym postawił na konia grozy i na nim wyruszył w świat…

Po latach wiem, że utraciłem miłość do komputerów, gdy zacząłem je serwisować, składać i używać zawodowo – zamiast pozostać w relacji beztroskiej i inspirującej do tworzenia. Obecnie mozolnie odbudowuję tą utraconą miłość.

Bohater wkracza w dorosłość

Dlaczego w 1994 roku postawiłeś na Internet? Skąd wiedziałeś, że warto w to wejść?

To były czasy Amigi i mojej fascynacji demosceną. Byłem otoczony ludźmi zainteresowanymi technologią, dotarł do nas mit o możliwościach, jakie niesie Internet. Jawił się i w praktyce był czymś lepszym niż BBS-y (Bulletin Board System) i sieć FidoNet, z której korzystałem jako scenowiec z funkcją swappera (ciekawe, ilu czytelników bez sprawdzenia w necie zrozumiało te zdania – śmiech).

BBS-y były powolne i zależne od widzimisię „Sysopów” (to admin BBS-a). Internet był kosmicznie szybki w przepływie danych i bardziej niezależny. Jedno i drugie wymagało modemu telefonicznego i… wyrozumiałych rodziców, gdy przychodził rachunek za telefon (śmiech). Internet był dla mnie prostszy niż obsługa BBS-ów, a przede wszystkim sprawnie dostarczał wiedzy i przekazywał wiadomości. Chłonąłem całym sobą ten świat i jego możliwości. Naturalną konsekwencją tego było rozwijanie biznesu przez sieć i w sieci. Pierwszą stronę www zbudowałem na Amidze.

Podsumowując, byłem w dobrym miejscu, obok inspirujących ludzi, w odpowiednim czasie. I dałem się temu ponieść (śmiech).

Ujęcie na tabliczkę na drzwiach gabinetu

Na Twojej stronie internetowej umieściłeś bardzo ciekawy tytuł (title): „Adam Pioch – kolekcjoner wspomnień”. Jak myślisz, co musiały czuć roboty Google, kiedy po raz pierwszy próbowały Cię skategoryzować? No bo do jakiej szufladki należałoby wrzucić kolekcjonera wspomnień? Kim jest człowiek, który określa siebie w ten sposób?

Kolekcjoner Wspomnień to kolekcjoner wspomnień (śmiech).

Kolekcjonuję wspomnienia. Wspomnienia to takie mikroopowieści. Wspomnienia są po to, by do nich wracać, a przede wszystkim opowiadać je dalej. Żyjemy dla wspomnień, żyjemy, by opowiadać. Jednak nasz umysł, który przechowuje wspomnienia, jest takim samym organem jak płuca czy serce i kiedyś zgnije w trumnie. Jedyne, co po nas pozostanie, to wspomnienia o nas przechowywane jako opowieści w sercach innych ludzi. Często powtarzam: opowiadaj i stań się opowieścią. To kwintesencja naszej misji na ziemi: doświadczać, wspominać i stać się opowieścią. Z naciskiem na stać się opowieścią. Dobrą opowieścią (śmiech).

Akt drugi, czyli zwyczajny dzień Adama P.

Jesteś obecnie kojarzony z tworzeniem niesamowitych opowieści. Pytanie: na czym zarabia storyteller? I drugie: co trzeba zrobić, żeby zostać drugim storytellerem w Polsce? (Bo pierwsze miejsce jest od dawna zajęte przez Ciebie).

W chwili, gdy rodzice zauważą, że rozumiemy, co do nas mówią, zanurzają nas w gigantycznym oceanie opowieści. Od momentu, gdy umysł zaczyna pamiętać, zaczynamy kolekcjonować wspomnienia. Gdybyśmy nie mieli wspomnień, to byśmy nie potrafili opowiadać. Fabryka, by produkować na linii produkcyjnej, musi posiadać magazyny podzespołów. Mózg, by opowiadać, musi zdobyć wspomnienia, wiedzę i doświadczenia. Ciekawostka: mózg, gdy zaczyna się nudzić… zaczyna sobie coś opowiadać. Wszyscy jesteśmy storytellerami (śmiech). Jednak robimy to, nie mając wiedzy o konstrukcji opowieści. Intuicyjnie. Opowiada każdy, troszeczkę lepiej lub troszeczkę gorzej.

Zatem kim jest, albo precyzyjniej, co robi w moim odczuciu storyteller?

  1. Świetnie technicznie opowiada.
  2. Uczy, jak świadomie tworzyć opowieści i wykorzystać tkwiący w nich potencjał.
  3. Tworzy opowieści.

Mam wśród znajomych wszystkie rodzaje storytellerów. Każdy z nich zarabia. Jak?

  1. Grupa nr 1: opowiadając w sposób ujmujący przeróżne historie, baśnie, legendy. Jako przewodnicy turystyczni, keynotspeakerzy, mówcy motywacyjni, gwiazdy prowadzące eventy, aktorzy, głosy w audiobookach, standuperzy itp.
  2. Grupa nr 2: szkoleniowcy, trenerzy, nauczyciele – ucząc, jak, i stojąc za dziełami swoich uczniów. Badacze dający nam wiedzę o storytellingu.
  3. Grupa nr 3: copywriterzy, scenarzyści, pisarze, blogerzy, autorzy skeczów kabaretowych itp.

Ja, jak wspomniałeś, jestem kojarzony z umiejętnością nr 3, natomiast obecnie żyję z umiejętności nr 2. Według mnie umiejętność nr 1 jest stosunkowo trudno monetyzować, chyba że łączysz ją z nr 2. Ja najbardziej spełniam się i chciałbym skupić się tylko na nr 3.

W każdej grupie mam swoich idoli i ludzi, od których sam się uczę (uśmiech).

Misja bohatera

Co jest Twoją życiową misją? Nauczenie ludzi występowania przed publicznością? Uwrażliwienie ich na moc ukrytą w opowieściach? A może zupełnie coś innego?

Co kilka lat zmienia mi się misja. Gdyby na to patrzeć globalnie, to chcę zostawić po sobie jak najwięcej wspomnień (śmiech). I stworzyć takie, które mimo upływu czasu trwają.

Bohater skacze z kwiatka na kwiatek

Napisałeś na swoim blogu, że nie jesteś monotematyczny, tylko bardziej renesansowy. Czy to błogosławieństwo, czy raczej przekleństwo? Czy ludzie o tak szerokich zainteresowaniach nie mają jednak problemu z odpowiedzią na pytanie, kim chcieliby zostać, kiedy dorosną? Czy nie czują się przez to nieszczęśliwi?

Określam siebie jako renesansową duszę. Potrafię zacząć dzień od nowinek ze świata technologii, a zakończyć na tematach, o których istnieniu nie wiedziałem. Dziś wiem, że szybko ulegam fascynacji i to pcha mnie w różne ciekawe kierunki, którymi podążam tak długo, aż poczuję się mentalnie zaspokojony. To bywa przekleństwem, bo czas, który miał być kreatywny, mija mi na konsumpcji nowej treści. Jedno i drugie to uczta dla umysłu. Lubię „poćpać” coś nowego, nowe treści (śmiech).

Żyjemy w czasach, kiedy nie trzeba wiedzieć, kim chce się zostać, jak się dorośnie. Dziś zdobywanie wiedzy potrzebnej do przetrwania czy realizacji pasji jest łatwe i szybkie. Jesteśmy otoczeni wiedzą w Internecie, w łatwo dostępnych bibliotekach, na szkoleniach. W dawnych czasach sama edukacja była dla wybranych. Wyuczony zawód wykonywało się do śmierci i jeszcze przekazywało się go dzieciom. A dziś można się sprawnie przestawiać w tym, „kim chce się za chwilę być”. Nic na siłę.

Przemiana bohatera

Jak to się stało, że z komputerowego geeka, który stronił od ludzi, stałeś się człowiekiem, któremu występowanie na scenie sprawia olbrzymią frajdę?

Tak sobie właśnie myślę, że za wszystkim stoją kobiety (śmiech). A właściwie ich brak w moim młodzieńczym w życiu. I to dosłowny, w technikum w klasie mieliśmy tylko 1 dziewczynę; w internacie nie było żadnej. Jakiś dziwny był ten świat i zdziczały. Z tego powodu zmieniłem internat, poszedłem na kursy tańca, z biegiem czasu to od kobiety dowiedziałem się o istnieniu Toastmasters. Z inną charyzmatyczną kobietą pierwszy klub Toastmasters w Poznaniu zakładałem. To ich spojrzenia lubię, gdy jestem na scenie, szczególnie jak opowiadam coś przerażającego (śmiech).

Moment strachu

Kontynuując temat: jak przełamać paraliżujący strach przed wejściem na scenę?

Delikatnie i bez pośpiechu. Wychodząc na scenę w przyjaznym środowisku. Aż do momentu, kiedy organizm to zaakceptuje, przyzwyczai się i przestanie reagować stresem. Toastmasters, mówiąc jednym zdaniem: to krok po kroku, delikatne odczulanie z lęku przemawiania na scenie. Tutaj wszyscy nad tym pracują, to miejsce, gdzie pomyłki, wpadki na scenie są akceptowane i uczą nas, jak na to reagować. Nikt nikogo nie wyśmiewa.

Kompetencja, jaką są wystąpienia publiczne, to umiejętność, którą nabywamy. Nie rodzimy się z tym. To proces treningowy. I jak w przypadku każdej umiejętności, droga do jej opanowania prowadzi przez dyskomfort, który trzeba przejść. Tak samo jest z jazdą autem czy pływaniem. Na końcu drogi czeka nas frajda, kto pływa czy jeździ już autem, ten wie, o czym mówię. Chcesz pływać, musisz wchodzić do wody, chcesz przemawiać, musisz wychodzić na scenę. Lepiej to zrobić na Toastmasters niż od razu na konferencjach.

Wątek poboczny, czyli zboczenia zawodowe

Czy oglądanie filmów zrobionych według storytellingowych schematów („podróż bohatera” itp.) sprawia Ci (jeszcze) przyjemność?

Tak (uśmiech). Czasem włącza mi się analizator, choć zazwyczaj po filmie. Czasem oczekuję, jak rozwiążą dany etap w podróży. Na szczęście współczesne narracje to opowieści z kilkoma „podróżami bohatera”, w dodatku często są nieliniowe. Jest w czym zanurzać umysł, by doświadczał świata z opowieści. Schemat schematem, liczy się fabuła, pomysł na pokazanie tej drogi, podczas której następuje zmiana bohatera. Ostatnio lubuję się w kinie hiszpańskim. Świetnie kręcą ten schemat, zaskakując fabułą.

„Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”

Piszesz o sobie, że w pewnym momencie zainteresowała Cię idea dochodu pasywnego. Czy Twoim zdaniem istnieje w ogóle coś takiego, jak dochód w pełni pasywny? Czy istnieje biznes, który od początku do końca sam się kręci?

Nie istnieje coś takiego jak dochód w pełni pasywny. A to wszystko za sprawą wszechobecnej na świecie siły, której obecności nie dostrzega się w momencie doświadczenia fascynacji pasywnością dochodów. Dopiero gdy zaczynamy tworzyć te dochody, zauważamy, że nie są to maszynki typu perpetuum mobile, bo wymagają obsługi. Obecna w przyrodzie siła tarcia działa i tutaj. Dochody pasywne wymagają smarowania, regulowania, a czasem i wymiany psujących się elementów maszynerii. Im lepiej zautomatyzowany biznes – dochód pasywny – tym mniej wymaga obsługi, lecz nadal wymaga.

I tu wchodzi nasz nastawiony na oszczędzanie energii umysł. Który z czasem zaczyna postrzegać początkowo dobrze działający mechanizm jako niewymagający już nadzoru. Rozleniwia się, przyzwyczaja do łatwych efektów i… przestaje dbać o maszynę dochodu pasywnego. A tu nagle w tryby wpada kamyczek i wyłamuje ząbek w przekładni…

Bohater staje przed życiową szansą

Załóżmy, że weszła właśnie w życie ustawa o obowiązku zatrudniania przynajmniej jednego storytellera w każdej firmie. Czy i jak przedsiębiorcy zyskaliby na tym? Jak zmieniłby się świat konsumentów?

Wrócilibyśmy do czasów, kiedy był to podstawowy sposób komunikacji w biznesie. Storytelling w biznesie ma wielowiekową tradycję. Był w nim obecny od zawsze. Lecz ostatnio został zapomniany na rzecz innych technik sprzedaży. Stąd taki renesans storytellingu i jego ponowny powrót na salony (uśmiech).

W odgórne regulacje i ich jakość nie wierzę. Jednak warto mieć w biznesie ludzi, którzy dobrze budują więź konsumentów z marką za pomocą opowieści. My ludzie „sprzętowo” reagujemy na opowieści i łapiemy się na ich magię. Dobra opowieść pozostaje w nas bardzo długo.

Bohater wraca do przeszłości

Wyobraź sobie, że trafiasz w sam środek epoki PRL-u. Co gorsza, zostajesz doradcą Najważniejszej Osoby w Kraju. Twoje zadanie jest proste: stanąć przed kamerami telewizyjnymi i przekonać Polaków, że żyją w najlepszym ze światów. Co robisz?

Ludzie nawet teraz nie dostrzegają, w jak dobrych czasach żyją. Myślę, że zawsze tęsknimy za czymś lepszym, zamiast docenić tu i teraz. Tu i teraz: nikt mnie nie napada w drodze do sklepu, w sklepie jest wszystko, co potrzebne do życia, żyjemy i rozwijamy się, jak tylko chcemy, jeśli chcemy, to podróżujemy i doświadczamy, doświadczamy, by wspominać, wspominamy, by opowiadać, opowiadamy, by inspirować innych, z czasem inni opowiadają o nas…

Świat jest dobry, kiedy możesz to wszystko robić. PRL, mimo że wszystko to oferował, to jednak szybko coraz więcej ograniczał i zabierał, oni bali się ludzi, aż się ustrój rozsypał… Jednak dobrze malowali ten obraz szczęścia i przyszłości w umysłach umęczonych wojną chłonnych innej opowieści.

Wybacz, nie chcę dla nich opowiadać, bo to by była opowieść niepłynąca z serca.

Ostatnia rada bohatera

Od czego warto zacząć swoją przygodę ze storytellingiem? Czy da się w ogóle tego nauczyć, czy trzeba się z tym urodzić? Jakie cechy charakteru pomagają w byciu dobrym storytellerem?

Przypomnę: storytelling to wytrenowana kompetencja. Każdy opowiada i każdy może to robić lepiej. Nie każdy musi stać na scenie, możesz opowiadać np. piórem. Każdy typ charakteru znajdzie swój rodzaj storytellingu. Jedno jest ważne: trzeba to lubić, wtedy to jest naturalne, szczere i urocze w odbiorze. Po owocach ich poznacie. Opowieść można zamknąć w fotografii, architekturze, designie, modzie, tak sobie myślę, że chyba prawie we wszystkim, co tworzy człowiek, o ile nie we wszystkim.

Ostatnia kwestia

Mówi się, że słowem można kogoś zranić, czy nawet zabić. A czy da się kogoś słowem przywrócić do życia? Które słowo będzie dla przedsiębiorcy haustem świeżego powietrza?

Na początku było słowo… Mnie kiedyś takimi słowami „przywrócono” ze ścieżki informatycznej do storytellingowej. Każdy z nas ma takie słowa, które go zabiły, i takie, które go wzmocniły. Ilu ludzi w biznesie, tyle słów. Myk polega na odkryciu własnych. Mnie w drodze do odkrycia własnych prowadziła (i nadal prowadzi) myśl Marka Twaina: „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj!”.

Jak w dobrej opowieści: wyrusz w podróż, doświadczaj i nie przestawaj marzyć o kolejnych podróżach (śmiech).

Napisy końcowe

Koniec. Stało się. Okazało się, że Kostucha nie dała się przekonać i zrobiła, co miała zrobić. Wcześniej jednak dała Ci pięć minut na spisanie historii, którą chciałbyś po sobie pozostawić. Pamiętasz, co to było?

Życie człowieka to trzy etapy: słuchanie opowieści, opowiadanie wspomnień, pozostanie opowieścią.

Żyj tak, byś miał co wspominać. Najlepiej tak intensywnie, byś nie miał czasu

wspominać (śmiech). Wtedy ci, co Tobie towarzyszyli, będą mieli co opowiadać (śmiech).

PS.

Gdzie można Cię dziś znaleźć?

Google dość dobrze wie gdzie (śmiech).

Rozmawiał: Maciej Wojtas
Maciej Wojtas

Zawodowy copywriter. Specjalizuje się w prowadzeniu mistrzowskich blogów firmowych. Tworzy porywające historie, które zamieniają zwykłych internautów w regularnych klientów. Autor nagradzanego bloga www.maciejwojtas.pl