Wywiady

„Malutkie kroki dają sumarycznie duży efekt. Statek koryguje kurs na bieżąco” – wywiad z Wojciechem Tracichlebem

Hubert Lewkowicz
Wojciech Tracichleb

Nigdy nie pracował na etacie, bo od dziecka wiedział, że chce być przedsiębiorcą i tworzyć coś własnego. Jako osiemnastolatek założył firmę budowlaną, a roczny pobyt w Stanach Zjednoczonych nauczył go wiary w to, że ta firma odniesie sukces. Twierdzi, że przedsiębiorstwo to mechanizm, który działa dobrze, jeśli sprawne są wszystkie podzespoły.

„Dużo małych zmian przekłada się na rozwój firmy. Możemy małymi krokami coś ulepszać, by za rok lub za dwa lata być w innym miejscu, albo robić dalej to tak, jak robimy, i tak naprawdę się cofać” – mówi Wojciech Tracichleb, prezes spółki Vultima.


Skacze Pan jeszcze ze spadochronem?

Już nie. Skakałem przez jakiś czas, ale przestałem po narodzinach pierwszego syna i na razie do skakania nie wróciłem, choć może kiedyś się to zmieni.

Wojciech Tracichleb, spadochron
Latanie to Pana pasja. Od dzieciństwa Pana marzeniem było pilotowanie samolotów pasażerskich.

Priorytety mi się zmieniły, kiedy poznałem moją żonę. Życie pilota nie jest łatwe. Jest się cały czas poza domem, to praca w przeróżnych godzinach, trochę jak kierowca autokaru. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, by być pilotem liniowym. Owszem, zawszę gdy lecę gdzieś samolotem, towarzyszy mi uczucie, że fajnie byłoby to robić na co dzień, ale już mnie do tego aż tak mocno nie ciągnie.

Skąd się wzięły te marzenia? Nie mieszka Pan blisko lotniska. Z Pyrzowic do Tarnowskich Gór jest przecież kawałek.

Trudno powiedzieć. O ile nad Tarnowskimi Górami przelatują samoloty, o tyle nad Świętochłowicami, gdzie mieszkałem do 12 roku życia, nie lata nic. Nie widziałem samolotu na żywo, chyba że modele do sklejania, bo się tym trochę zajmowałem. Miałem za to mały motor crossowy i ojciec zabierał mnie na off-road. Dziś jeździmy razem na quadach.

Znajduje Pan na to czas?

Przez ostatnie dziesięć lat praca zabierała cały mój czas. Nie było nawet kiedy wyjść ze znajomymi na piwo. Jakiś czas temu wynajęliśmy sobie z żoną quada na kilka godzin. Tak nam się to spodobało, że na drugi dzień zamówiliśmy taki pojazd. Potem pomyślałem, że moglibyśmy jeździć z tatą – i pojawił się drugi quad. Jeździmy sobie od czasu do czasu, to świetna odskocznia. W Gliwicach są tereny pokopalniane i jest gdzie pojeździć.

Wojciech Tracichleb, quady
Fajnie jest dzielić z tatą taką pasję, ale wróćmy do lotnictwa. Może na to podniebne marzenie wpłynął jakiś film? Książka?

Być może jakiś wpływ miał serial JAG. Najpierw chciałem być pilotem myśliwca. Nasz kraj nie daje jednak dużo możliwości, bo mamy mało myśliwców. Wymyśliłem sobie, że może udałoby się dołączyć do armii amerykańskiej, skoro to jest nasz sojusznik. Oni mają tych myśliwców tysiące. Okazało się jednak, że wstąpienie do armii innego kraju byłoby traktowane jako zdrada.

Zostało mi więc marzenie o lataniu samolotami rejsowymi. Pierwotnie plan był taki, że albo od razu zostanę pilotem zawodowym, albo, jeśli nie uda mi się zorganizować pieniędzy na szkolenie, założę firmę i zarobię na licencję.

Myślał Pan, by tę licencję zrobić w Stanach Zjednoczonych?

Największy koszt szkolenia to wylatanie ponad 200 godzin. W USA mają lepszą infrastrukturę i można to zrealizować dużo przyjemniej, a w dodatku taniej. Zastanawiałem się wtedy, jak by to było chodzić do szkoły w Stanach. A ponieważ miałem nawyk szukania w Google informacji o interesujących mnie rzeczach, to przypadkiem dowiedziałem się, że istnieje program wymiany kulturowej finansowany przez rząd USA.

Stwierdziłem, że może to być przygoda życia. Wiedziałem, że taka okazja zdarza się raz w życiu i po skończeniu szkoły nie będę miał już możliwości mieszkania w Stanach przez rok, więc się zgłosiłem. Są oczywiście programy Work and Travel, ale to nie to samo, co mieszkanie z amerykańską rodziną i chodzenie tam do szkoły.

I udało się spędzić rok w Kalifornii.

Tak, mieszkałem u amerykańskiej rodziny w Oxnard, mieście leżącym blisko Los Angeles. Moje życie wyglądało tak, jak wygląda życie amerykańskiego nastolatka. Chodziłem do high school, wiele razy byliśmy w Disneylandzie. Byłem też w Beverly Hills, zwiedziłem San Francisco, Las Vegas, parki narodowe.

Miałem ogromne szczęście, że trafiłem do takich ludzi. W dalszym ciągu czuję się członkiem rodziny, u której mieszkałem. Jesteśmy cały czas w kontakcie. Mój nowy „brat” ma urodziny dosłownie dzień później niż mój brat rodzony, są w tym samym wieku.

Czego nauczyły Pana Stany Zjednoczone?

Dały mi przekonanie, że opcji jest bardzo dużo. Stany to kraj ogromnych możliwości. Można naprawdę wiele osiągnąć, jeśli się chce, włoży się odpowiedni wysiłek i umie się korzystać z okazji, gdy te się nadarzają. Moja amerykańska „mama” mówiła, że w porównaniu z innymi nastolatkami byłem dojrzalszy. Nauczyłem się, że ciężka praca i upór przynoszą efekty.

Przed podjęciem decyzji o wyjeździe nie byłem wybitny z angielskiego. Żeby być jak najlepiej przygotowany i jak najwięcej wyciągnąć z tego roku, przed wylotem oglądałem seriale po angielsku. Oglądałem wszystko, w czym było dużo dialogów. Nawet kiedy pojechaliśmy na wakacje do Chorwacji, zamiast kąpać się w morzu, siedziałem w namiocie i oglądałem serial Gotowe na wszystko po angielsku, aby się oswoić z językiem. Pisałem też dużo maili do tej rodziny, do której jechałem. I to dało mi skokowy wzrost umiejętności.

Wojciech Tracichleb, Las Vegas
Taką determinacją wykazał się Pan także w karierze zawodowej. Od zawsze dążył Pan do tego, by być przedsiębiorcą.

To wynikało z faktu, że moi rodzice mieli firmę. Najpierw były to meble na wymiar, potem przerzucili się na poligrafię, a wreszcie na usługi budowlane. Nigdy nie przyszło mi do głowy, aby pracować na etacie; od dziecka myślałem, że albo będę pilotem, albo będę coś tworzył.

Firmę założyłem jako osiemnastolatek. Zacząłem od budowlanki, bo zawsze byłem zaangażowany w biznes rodziców. Kiedy byłem w podstawówce, zrobiłem im stronę internetową, potem zajmowałem się ich reklamą w internecie.

Budowlanka Pana fascynowała?

Czuję się bardzo dobrze w sprawach technicznych. Lubię się zajmować tym, co często sprawia ludziom problemy. Świetne jest też to, że to praca, którą widać. Dla wielu ludzi budowa domu to wielkie marzenie. Kiedy ktoś już mieszka w tym domu, jest zadowolony, ma w oczach radość, jest to dla mnie bardzo satysfakcjonujące.

Natomiast samodzielna budowa domu – jak sam Pan twierdzi – może niekiedy sprawić, iż człowiek ma tyle problemów, że ta radość po drodze gdzieś znika.

Czasem to piękne marzenie może przerodzić się w koszmar. Niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile problemów może ich czekać, jeśli budują dom własnymi siłami.

Kiedyś projektowaliśmy wnętrze dla jednego z onkologów, który postawił dom systemem gospodarczym, sam organizował sobie ekipy i nadzorował prace. Kiedy doradzałem mu w kwestiach technicznych, zadał mi pytanie – zaznaczam, że żartobliwie – czy miałem już klienta, który w trakcie budowy się powiesił. Lekarze słyną z czarnego humoru, ale to dało mi do myślenia, że dla wielu ludzi budowa to koszmar i są z tym sami.

Stwierdziłem, że skoro te wszystkie prace i tak wykonujemy w ramach pojedynczych usług, to możemy opakować to w kompleksową usługę i jako generalny wykonawca zdjąć cały ten ciężar z klienta.

Prowadzicie cały proces inwestycyjny, od początku do końca?

Najczęściej wygląda to tak, że klient przychodzi do mnie, gdy ma już działkę. Podpisuje upoważnienia i pełnomocnictwa, dzięki którym możemy reprezentować go w urzędach. My zamawiamy projekt i wykonujemy wszystkie czynności związane z pozwoleniem na budowę. Jeśli trzeba pomóc w uzyskaniu kredytu, to też pomagamy.

Staramy się, by dla klienta było to równie wygodne, jak kupno domu u dewelopera. Żeby po jego stronie było tylko robienie przelewów. Klient nie musi organizować dostaw materiałów, chodzić po urzędach, pilnować terminów. My odpowiadamy za to wszystko.

Czasem klienci nie pojawiają się na budowie przez trzy miesiące, wysyłamy tylko zdjęcia. Ale najbardziej lubię, kiedy całą rodziną przyjeżdżają w najfajniejszych momentach. Na przykład kiedy wylewamy fundamenty i wrzucamy monety do narożników. To są chwile, które cieszą. Klient ma mieć radość z budowy, ale nie musi być w nią zaangażowany.

Oprócz budowlanki prowadzicie pracownię projektowania wnętrz. Przez kilka lat były też usługi meblarskie, do których zachęcił Pana dziadek.

Dziadek przez kilkadziesiąt lat prowadził interes w branży meblowej. Stworzył ze wspólnikiem firmę CMM w Świętochłowicach, która produkuje wysokiej jakości fronty meblowe, a większość produkcji eksportowana jest do Szwecji. Zaproponował, że mi pomoże, miałem więc otwartą książkę, z której mogłem korzystać.

W ciągu roku nauczyłem się więcej, niż stolarz często uczy się przez 10 lat. Od samego początku mieliśmy produkty bardzo dobrej jakości, nie musiałem obawiać się kwestii technicznych. To był bardzo duży przywilej.

To dlaczego Pan zrezygnował z branży meblarskiej?

Było tego za dużo i z czegoś trzeba było zrezygnować. Stwierdziliśmy, że długofalowo budowlanka ma dla nas większy potencjał. Nie byliśmy wtedy jeszcze tak dobrze zorganizowani jak dzisiaj i pracowaliśmy od rana do nocy.

A prowadzicie tę firmę razem z żoną. Oboje jesteście młodzi. Pan ma 28 lat, a już od wielu lat zajmuje się Pan biznesem.

Na swoim jestem, odkąd skończyłem 18 lat. Od początku jednak byłem w stanie wzbudzić zaufanie ludzi na tyle, że byli skłonni powierzyć duże inwestycje tak młodemu człowiekowi. To był bardzo duży kredyt zaufania ze strony klienta.

Wtedy nie miałem innego wyjścia, niż zignorować fakt, że mogę być dla kogoś za młody. Stwierdziłem, że jeśli ktoś tak uzna, to trudno. Nie chciałem dopuścić, aby stało się to dla mnie wymówką przed pracą nad rozwojem firmy. Finalnie obawy okazały się nieuzasadnione. Wiara w to, że się uda, to też na pewno jeden z efektów pobytu w Stanach Zjednoczonych, o które Pan pytał.

Dziś nadal jestem młody, ale mam już ponad 10 lat doświadczenia i od ostatnich kilku lat całą pracę mamy z polecenia.

Jako młody człowiek jest Pan otwarty na nowe technologie. Myślę tu na przykład o goglach VR, które pozwalały klientowi zobaczyć od środka wnętrze przyszłego domu.

Byliśmy jedną z pierwszych firm w Polsce, która udostępniała coś takiego. To był rok 2016 lub 2017. Przy podpisaniu umowy na projektowanie wnętrz dawaliśmy klientom takie gogle, które przy użyciu aplikacji w telefonie pozwalały rozejrzeć się po wnętrzu. Dzięki temu dużo łatwiej współpracowało się z klientem.

To był nasz wyróżnik. Razem z gwarancją zadowolenia z usługi w postaci zapisanego w umowie braku limitu poprawek. W tej chwili gogli już nie dajemy, ale wirtualny spacer prezentowany na naszej stronie to nadal podstawowa forma prezentacji projektu.

Projektowanie wnętrz jest jednak tylko dopełnieniem podstawowej działalności spółki Vultima. Główną marką są 4 Izby.

Oprócz marki 4 Izby i projektowania wnętrz były też Instalacje 360, które funkcjonowały kilka lat. Miałem plan, by wydzielić jeszcze trzy, cztery wyspecjalizowane firmy. Osobną do elewacji, osobną do poddaszy i do konstrukcji dachowych. Ale po szkoleniach CLF-u doszedłem do wniosku, że to droga donikąd. Dużo lepiej będzie skupić się na jednej, wybranej rzeczy. Już przy samej firmie 4 Izby jest bardzo dużo pracy.

Wspomniał Pan o CLF-ie. Jak zaczęła się współpraca z Coraz Lepszą Firmą?

Z problemami zawsze jakoś starałem się sobie radzić. Do CLF-u trafiłem, gdy miałem już za sobą sporo szkoleń i przerobionych książek. Pewnego dnia wyszukiwarka, w której szukałem rozwiązania jakiegoś problemu, zaprowadziła mnie na blog CLF-u. Zapisałem się na jakieś szkolenie, ale kiedy zadzwonił sprzedawca, nie przekonał mnie od razu. Musiałem dojrzeć do decyzji.

Obawiał się Pan czegoś przed wykupieniem szkoleń?

Na początku miałem obiekcje, czy czasem nie ma tam rzeczy, których uczyłem się wcześniej. Dopiero potem dotarło do mnie, że na ten sam problem można spojrzeć z innej perspektywy lub że czasem jest jakiś dodatkowy szczegół, który w innych szkoleniach nie był poruszany. Taki z pozoru drobiazg może mieć w dłuższej perspektywie spore znaczenie.

Im bardziej się wgłębiałem, tym lepiej widziałem, że CLF to miejsce, w którym mogę się dalej rozwijać w naszych polskich warunkach. To nie były szkolenia na podstawie jakichś amerykańskich książek, ale dawały wiedzę sprawdzoną w Polsce. Mimo że znałem dużą część poruszanych tematów, zawsze mogłem wyciągnąć coś dla siebie. A jak wspominałem, czasem niewielka zmiana potrafi zrobić dużą różnicę.

Twierdzi Pan, że przedsiębiorstwo jest jak mechanizm, który musi mieć sprawne wszystkie podzespoły, by dobrze działał. CLF pomaga to poskładać?

Tak. Mój dziadek mówił, że największym problemem jest wyprodukowanie czegoś. On to robił w czasach, w których trudno było zdobyć materiał. Moi rodzice powtarzali, że wyprodukowanie to najmniejszy problem, a najważniejsze to znaleźć klienta i sprzedać. A ja zawsze uważałem, że to wszystko musi działać jako całość.

Żeby ten mechanizm funkcjonował, musimy zrobić dobry produkt, znaleźć klienta i obsłużyć go tak, żeby był zadowolony, ale też jednocześnie na etapie produkcji trzeba uniknąć marnotrawstwa i poprawek, aby firma była rentowna.

Zawsze patrzyłem na firmę jak na mechanizm i CLF rzeczywiście porusza wszystkie najważniejsze zagadnienia.

Jedna z lekcji Programu Rozwoju była o tym, że klient jest zadowolony nie wtedy, kiedy dostaje więcej, niż mu obiecaliśmy, ale wtedy, kiedy nie ma niepotrzebnych, dodatkowych kontaktów z firmą w celu realizacji zlecenia. W tej chwili klient podpisuje mi wszystkie dokumenty w czasie jednej wizyty i to nam usprawnia cały proces, a jemu oszczędza czas.

Było szkolenie dotyczące modelu biznesowego, czyli tego, jak firma powinna zarabiać. Było też szkolenie dotyczące marketingu i szkolenie dotyczące sprzedaży. Szkolenie Uwolnij Firmę pomogło rozpisać role i ułożyć procesy w przedsiębiorstwie. Ważne na pewno jest też szkolenie Niewidzialna Przewaga, którego jeszcze nie przerabiałem, ale planuję.

Duże znaczenie ma dla Pana mentoring.

Z Dagmarą Bielą, z którą współpracujemy z ramach Coraz Lepszego Doradztwa (usługa dostępna dla Uczestników Programu Rozwoju – dop. red.), odbyliśmy dopiero kilka spotkań, ale już widzę, że będzie nam się bardzo dobrze współpracowało. Zazwyczaj trudno jest znaleźć odpowiedniego mentora, a metodologia CLF-u jest spójna z tym, co ja się staram robić. W CLF-ie jakość jest na wysokim poziomie. Nie ma marnowania czasu. Jest to, co faktycznie potrzebne.

Które ze szkoleń CLF-u wywarło na Panu największe wrażenie?

Myślę, że Machina Produkująca Klientów. Być może dlatego, że było to pierwsze szkolenie zaawansowane, które przerobiłem. Szkolenie Uwolnij Firmę też mi się bardzo podobało, choć ono było bardziej zebraniem w pigułkę wiedzy, z którą miałem już styczność. Tam jak na tacy były podane rzeczy, które powinienem robić jako właściciel. Całą resztą ma się zajmować ktoś inny – i tu również szczegółowo zostało omówione, jak należy delegować zadania, aby było to skuteczne.

Ale dla Pana wartością CLF-u jest także kontakt z innymi przedsiębiorcami. Twierdzi Pan nawet, że po raz pierwszy poczuł się Pan jak wśród ludzi, z którymi rozumie się bez słów.

To od początku była dla mnie duża wartość. Trudno zmierzyć wpływ tych kontaktów na wyniki, ale kiedy człowiek widzi, że nie jest jedyny ze wszystkimi problemami, ma lepsze samopoczucie. Wiele rzeczy można skonsultować i czasem okazuje się, że problem, z którym się borykamy, komuś innemu już dawno udało się rozwiązać. Ja z kolei też czasem mogę coś podpowiedzieć ze swojej perspektywy.

Społeczność, którą CLF buduje, jest dużym atutem. W innych warunkach ciężko byłoby poznać tylu przedsiębiorców i mieć z nimi takie relacje. Przynależność do CLF-u jest naszym wspólnym mianownikiem.

Zresztą spotkał Pan w tej społeczności Bartka Popiela, u którego się Pan wcześniej szkolił.

Na początku prowadziłem firmę po omacku, intuicyjnie. Kiedyś trafiłem na szkolenie Bartka Popiela i tak zaczęła się moja przygoda z rozwojem. Miałem przerobiony każdy jego kurs. Bardzo dużo wyciągnąłem z kursu dotyczącego osobistej efektywności. Można powiedzieć, że był moim pierwszym mentorem.

Kiedy zauważyłem, że on też dołączył do społeczności CLF-u, bardzo się ucieszyłem, bo wiedziałem, że dużo tam wniesie, a sam też pewnie skorzysta. Z Bartkiem Popielem zaczynałem jako malutka firma, a z CLF-em rozwijam się, kiedy ta moja firma już trochę urosła.

Jaka jest najważniejsza zmiana, którą udało się dzięki współpracy z CLF-em wprowadzić?

Ciężko jest wyłuskać jedną z wielu rzeczy. Mam wrażenie, że najważniejsze było zrozumienie, by uporządkować firmę na etapie, na którym jest. Ustawiłem sobie szklany sufit, powyżej którego świadomie nie chcę rozwijać firmy, jeśli chodzi o jej wielkość. Zrozumiałem, co jest dla mnie ważne.

Zamiast zakładać trzecią, czwartą czy piątą firmę, zdecydowałem, że chcę wręcz zawęzić liczbę rzeczy, które robię. Chciałbym trochę mniej pracować, a zacząć spędzać więcej czasu z żoną i z dziećmi. Nacieszyć się tym, co już zostało osiągnięte, zamiast gonić w nieskończoność. W CLF-ie mam bardzo dużą bazę wiedzy i mogę z niej korzystać, aby sprostać wyzwaniom, które jeszcze pojawią się po drodze.

Czyli to, co się udało Panu do tej pory zrobić, także przy pomocy CLF-u, daje zadowalające efekty? Myślę o stronie finansowej.

W ostatnich latach każda złotówka była reinwestowana w firmę. Teraz jestem już na swoim wymarzonym, docelowym poziomie. Gdybym szedł dalej ścieżką dokładania kolejnych rzeczy, byłaby to recepta na to, żeby narobić sobie problemów. A jeśli nie problemów, to na pewno nie osiągnąłbym w ten sposób swoich celów.

Myślę, że jeśli bym się dalej rozdrabniał, zatraciłbym zdolność dopilnowania wszystkiego, przez co dużo bym na tym stracił, również finansowo. Nie można robić wszystkiego – i to była jedna z takich rzeczy, która niby jest oczywista, a jednak olśniło mnie dopiero podczas szkolenia z CLF-u.

Zmiany to proces ciągły. A kiedy zauważa się ich efekty?

W moim przypadku współpraca z klientem może trwać dwa lata. W tej branży, zanim zmiany zaczynają działać, chwilę to trwa. To są malutkie kroki, które sumarycznie dają duży efekt i faktycznie, patrząc dwa, trzy lata do tyłu, widzę ogromny postęp. Możemy małymi krokami coś ulepszać, by za rok lub za dwa lata być w innym miejscu, albo robić dalej to tak, jak robimy, i tak naprawdę się cofać. Od kiedy jestem w CLF-ie, małe kroki procentują. Na to trzeba czasu, to się nie dzieje z dnia na dzień.

Na każdym szkoleniu mówią, że to jest proces, który trwa. Ale to nie znaczy, że nie trzeba tego robić. Wręcz przeciwnie – im szybciej, tym lepiej. Lepiej przeprowadzać dużo małych zmian niż mało dużych zmian. To tak jak statek – kiedy płynie, koryguje kurs na bieżąco. Żaden kapitan nie płynie przez trzy dni prosto, żeby potem nagle skręcić o dziewięćdziesiąt stopni.

Wśród ważnych zmian jest na pewno sama kultura organizacyjna w Pana firmie.

W pracy spędzamy bardzo dużo czasu. Chciałem mieć taką firmę, w której sam bym się dobrze czuł jako pracownik. Udało mi się zbudować przyjemną kulturę organizacyjną i z tego jestem dumny.

Zawsze świętujemy urodziny pracowników. Na początku było to dla nich zaskoczenie. Mamy też owocowe środy. Wprowadziłem je trochę na próbę, tak półserio, bo spodziewałem się, że mnie wyśmieją. Okazało się, że ten pomysł bardzo się spodobał.

Mieliśmy też zawody gokartowe czy zawody na strzelnicy. W budowlance takie rzeczy dzieją się nieczęsto. Staram się, by każdy czuł się w firmie dobrze i żeby czuł się ważną jej częścią.

A Pańskie samopoczucie poprawił też z pewnością fakt, że wrócił Pan do realizacji marzenia z dzieciństwa i wreszcie zostanie Pan pilotem.

Ukończyłem teorię do licencji turystycznej i na razie mnie to zadowala. Mam dwójkę dzieci i chciałbym, by mnie trochę więcej widziały. Mam nadzieję, że w ciągu roku lub dwóch ukończę też szkolenie praktyczne.

I potem wymarzony lot z żoną do Wenecji?

Pomyślałem o tym, by na urodziny lub rocznicę ślubu pożyczyć z aeroklubu awionetkę i polecieć z żoną do Wenecji, którą odwiedziliśmy w czasie podróży poślubnej.

W zeszłym roku udało nam się też spełnić inne marzenie. Planowaliśmy to od ośmiu lat. Wybraliśmy się do teatru w Londynie. Polecieliśmy na jeden nocleg, po południu zwiedziliśmy Londyn, a wieczorem poszliśmy do teatru, gdzie mieliśmy własną lożę. Niesamowicie nam się podobała taka wycieczka – i to był jeden z momentów, kiedy pomyślałem sobie, że dla takich chwil warto tak ciężko pracować.

Rozmawiał Hubert Lewkowicz

POBIERZ BEZPŁATNY (0 zł) PORADNIK

„Przebudzenie Przedsiębiorcy”

7 ważnych lekcji dla każdego właściciela (małej) firmy



  • Jak zmienić ciągłe "gaszenie pożarów" w firmie w stabilny wzrost,
  • 3 proste (i skuteczne) narzędzia, które sprawią, że Twoi pracownicy zawsze będą wiedzieli co i jak mają zrobić,
  • 5 kluczowych elementów strategii biznesowej, bez których nie osiągniesz wysokich zysków.

pp_new

Pobierając materiały, wyrażam zgodę na otrzymywanie newslettera i informacji handlowych od Coraz Lepszej Firmy.
Mogę cofnąć zgodę w każdej chwili. Dane będą przetwarzane do czasu cofnięcia zgody.
Hubert Lewkowicz

Absolwent Filologii Polskiej i Podyplomowego Studium Dziennikarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Pracował m.in. w Życiu Podkarpackim i Polska Press Grupie, a obecnie jest redaktorem portalu ekspresjaroslawski.pl. Jego ulubionym gatunkiem dziennikarskim jest wywiad, a rozmowy z ludźmi są jego pasją. Jak podkreśla – każdy człowiek to fascynująca historia do odkrycia. Interesuje się reportażem i dobrą literaturą. Prowadził wiele spotkań autorskich z pisarzami. Prywatnie miłośnik zwierząt, zwłaszcza kotów, a także wędrówek po drogach i bezdrożach Beskidów oraz Pogórza Przemyskiego.