Zarządzanie zespołem Wywiady

„Chcę mieć wpływ nie tyle na świat, co na moje otoczenie, patrzeć, jak się rozwija i rośnie” – rozmowa z Michałem Żółtowskim

Martyna Kosienkowska
zoltowski1

Do czego może prowadzić połączenie analitycznego umysłu, który uwielbia godzinami myśleć o modelu biznesowym, i serca otwartego na ludzi? Tylko do sukcesu. Historia Michała Żółtowskiego, właściciela Mozo – firmy zajmującej się zarządzaniem najmem nieruchomości – dobitnie tego dowodzi.

Powiedział Pan kiedyś, że w liceum i podczas studiów szukał Pan „zajęcia, które ma znaczenie”, stąd obecność w różnych kołach naukowych, mniejsze zainteresowanie samymi wykładami (uśmiech). Co to konkretnie dla Pana znaczy i czy Mozo to właśnie to?

Po prostu szukałem zajęcia, w którym byłbym bardziej „dawcą” niż „biorcą”. Taki typowy student przychodzi, czegoś tam się uczy i odchodzi. Kiedy zacząłem działać w kołach naukowych czy w stowarzyszeniach, czułem, że faktycznie coś tworzę, a nie tylko odbieram treści, które ktoś przygotowuje dla mnie.

To poczucie towarzyszy mi ciągle. Moja droga zawodowa zaczęła się od tego, że byłem pracownikiem, ale cały czas chciałem mieć więcej wpływu na to, co się dzieje, na to, co robię. To mnie popchnęło do założenia firmy. Staram się zawsze dojść do źródła, do jak najbardziej podstawowej istoty tego, co robimy, a nie tylko świadczyć dla kogoś jakieś usługi. Chcę rozumieć, po co to jest i dlaczego.

Zależało Panu, by mieć wpływ, dawać coś od siebie i bardzo głęboko to rozumieć. Czy teraz jest Pan spełnionym człowiekiem, jeśli chodzi o te elementy?

Myślę, że tak, choć oczywiście toczę cały czas walkę o to, żeby było lepiej. Nigdy nie jestem do końca z siebie zadowolony. Ale generalnie tak, to właśnie jest to, co robię. I może przyjmować najrozmaitsze formy na różnych etapach życia. Wcale nie musi być jakimś konkretnym zajęciem.

Zarządzanie nieruchomościami, którym zajmuje się Pana firma, to właśnie takie zajęcie?

Bardzo powierzchownie patrząc, po prostu zarządzamy nieruchomościami, które powierzają nam ich właściciele. Są to nieruchomości specyficzne, bo przeznaczone na wynajem.

Natomiast powód, dla którego to robimy, nie jest tak prozaiczny. Nie chodzi tylko o to, że jest potrzeba na rynku i ją realizujemy. Firma powstała po to, żeby ludzie mogli oddelegowywać swoje obowiązki związane z nieruchomością, a w zamian zyskać czas na to, co jest dla nich naprawdę ważne.

Nieruchomości są dla mnie idealnym wehikułem inwestycyjnym. Jest to, moim zdaniem, jedna z najlepszych możliwych inwestycji, w dodatku szeroko dostępna. To też jeden z dobrych sposobów na to, żeby sobie bardzo ułatwić życie. Tworzysz zabezpieczenie finansowe dla siebie i przez to jesteś mniej uzależniony od efektów własnej pracy. Możesz podejmować w swoim życiu decyzje, które nie są tak mocno oparte na pieniądzach, a bardziej na Twoich pasjach, marzeniach.

Dla mnie najważniejsze jest to, że mogę nie tyle zmieniać świat, co zmienić moje najbliższe otoczenie. Mieć na nie wpływ. Patrzeć, jak ono się rozwija i rośnie. Wielu moich klientów zyskało nieruchomości w dużej mierze za moim pośrednictwem, dzięki mnie zostali inwestorami. A dzięki płynącym z tego dodatkowym pieniądzom, mogą robić w życiu więcej rzeczy, które ich naprawdę pociągają.

Troszczy się Pan o tych ludzi, ale chyba sam kontakt z nimi nie jest dla Pana łatwy. Kiedyś powiedział Pan, że jest Pan raczej introwertykiem, człowiekiem z „back office’u”.

Nie ukrywam, nie jest to moja mocna strona. Jak tylko mogłem to oddelegować, zrobiłem to. Zresztą od początku miałem w głowie, że mój biznes musi być systemowy i skalowalny. Radziłem sobie tak, jak umiałem (uśmiech).

Dużo mi pomógł mój wspólnik, z którym zaczynałem ten biznes. To on był osobą bardziej kontaktową, ekstrawertyczną i jakoś się uzupełnialiśmy. Mieliśmy taką synergię pod tym kątem. To było fajne, choć zakończyło się na pewnym etapie. Kiedy firma zaczyna rosnąć, wtedy to, co my jesteśmy w stanie wnieść naszą pracą, traci znaczenie. Ważne jest to, jak myślimy, jak to układamy.

Studiował Pan architekturę i najbardziej pociągała Pana część wizualna. Później też grafika 3D. Czy to jest coś, co pasjonuje Pana do tej pory? A może te zainteresowania się zmieniły?

Grafiką nie zajmuję się już praktycznie w ogóle. Chyba że gdzieś tam sobie kliknę, bo muszę coś zrobić na potrzeby marketingu na przykład. Natomiast przede wszystkim zawsze lubiłem tworzyć różne rzeczy, jestem dość kreatywną osobą. Nie tylko w kontekście wizualnym, związanym z grafiką. Zacząłem się w ten sposób realizować zawodowo, bo pomyślałem, że skoro jestem w tym dobry, to czemu miałbym nie pracować właśnie w ten sposób?

Ta moja pasja związana z grafiką też ewoluowała od projektowania stricte architektonicznego, poprzez wizualizacje projektów, w zupełnie inne kierunki – grafiki do gier komputerowych, grafikę filmową. Na pewnym etapie zapisałem się nawet do szkoły animacji, bo w głowie miałem, że może zostanę jakimś specjalistą od efektów specjalnych i pojadę do Hollywood (śmiech).

Cały czas szukałem czegoś nowego, czegoś rozwijającego. Raczej szybko się nudzę, nie lubię ciągle robić tego samego. W jakiś sposób wróciłem do projektowania architektury poprzez nieruchomości, bo kiedy zaczęliśmy tworzyć wnętrza, te umiejętności znowu były potrzebne.

Rozumiem, że już Pan tego nie robi?

Już praktycznie w ogóle. Natomiast moje tworzenie przełożyło się na wymyślanie biznesu, rozwijanie modelu biznesowego. To jest ciągle nowe, nowe, nowe.

Czy właśnie ta „świeżość” fascynuje Pana najbardziej w prowadzeniu biznesu?

To też się zmieniało przez wiele lat. W tej chwili lubię patrzeć, jak inni ludzie wokół się rozwijają, jak robią postępy i wszystko to, co razem tworzymy, idzie do przodu.

Jest Pan dobrym szefem?

Nie wiem, czy wypada mi odpowiadać na takie pytanie (śmiech). Stosunkowo, tak porównawczo, myślę że tak. Staram się być blisko z pracownikami. Mieć z nimi dobry kontakt.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)
Gdyby miał Pan wskazać ten obszar prowadzenia działalności, który świetnie Pan opanował, to byłoby to właśnie zarządzanie pracownikami?

Mimo wszystko jest to dla mnie świeża dziedzina. Bagatelizowałem temat relacji z pracownikami bardzo, bardzo długo. To była jedna z takich kul u nogi, że tak powiem. Od kiedy zacząłem to zmieniać, zobaczyłem, jakie to jest ważne.

Myślę jednak, że moją najmocniejszą stroną jest układanie. Układanie całego modelu biznesowego. Potrafię godzinami, nawet mimowolnie, myśleć, co można by było zmienić, żeby coś funkcjonowało lepiej. Na to staram się poświęcać większość czasu i to przynosi fajne rezultaty. Ale jest to oczywiście związane z ludźmi bardzo mocno – wpisuje się w to, jak układać relacje, aby wszystkim było dobrze.

Absolutna większość młodych przedsiębiorców, z którymi miałem kontakt – mam na myśli młodych tak jak ja (śmiech), bo mam do czynienia też z przedsiębiorcami w wieku moich rodziców – chce wszystko automatyzować, informatyzować. Właściwie tylko to widzą jako wartość dodaną w biznesie. Ja staram się specjalizować w biznesie opartym na ludziach. Mam wrażenie, że tej ludzkiej pracy mocno się nie docenia, a ona jest potężna, jeśli się ją dobrze układa.

Ale powiedział Pan, że nie od początku tak było. Co konkretnie się zmieniło w sposobie traktowania przez Pana tego obszaru – pracowników?

Nie ukrywam, że to jest w dużej mierze efekt mojej współpracy z Coraz Lepszą Firmą. Byłem właściwie beta testerem usług, które świadczycie. One się teraz nazywają „Osobisty Kompas Rozwoju”.

Pracowałem bezpośrednio z Moniką (pozdrowienia!) nad tematem moich przekonań związanych z tym, jaka jest relacja szef–pracownicy, na czym polega właściwie sprawny zespół, który sobie ufa i się wspiera. Najważniejsze było to, że zmieniłem pewne przekonania w głowie na ten temat.

Paweł Królak z kolei przekonał mnie do tego, że tworzenie dobrego biznesu polega nie na tym, że wymyślimy coś przełomowego, tylko wszystko troszeczkę poprawiamy cały czas, małymi kroczkami. I ta suma małych kroków dopiero daje efekt. Tak jest z Programem Rozwoju CLF – tak jest on skonstruowany. Na pewno sporo różnych rzeczy z niego wdrożyłem. Choć to konsultacje z Moniką miały na mnie największy wpływ. Ona otworzyła mnie na cały obszar wiedzy, o istnieniu którego nie miałem pojęcia.

Ma pan na myśli obszar rozwoju osobistego?

Tak. Ja jestem strasznie analityczny, staram się wszystko rozkładać na czynniki pierwsze i patrzeć na to systemowo. A człowiek tak nie działa. Monika pokazała mi, jak rozmawiać z ludźmi i budować relacje. To bardzo dużo zmieniło. I też jak podchodzić do siebie – jedno wynika z drugiego. Zmiany zaczyna się od siebie (uśmiech).

Proszę zdradzić jakieś elementy, które wprowadził Pan do relacji szef–pracownik?

Na pewno zacząłem bardziej ufać, że moi ludzie są zdolni i pracowici. Że chcą pomóc i chcą tę firmę rozwijać. To się przekłada na traktowanie ich po partnersku, z jak największym szacunkiem, i na docenianie ich pracy.

A czy zdarza się, że ktoś wykorzystuje Pana zaufanie?

Tak, oczywiście. I to nieraz. Ale wychodzę z założenia, że to i tak jest lepsze, niż wszystkich traktować z nieufnością. Już lepiej, żeby się trafiła czarna owca i ten problem jakoś tam rozwiązać, niż wszystkich po kolei traktować gorzej. To jest jedna z rzeczy, o których warto pamiętać.

W jaki sposób pracuje Pan nad sobą?

To są setki rzeczy, które gdzieś tam powolutku staram się zmieniać w sobie. Na przykład sposób mówienia. Sposób formułowania zdań. Chodzi o ogólną komunikację międzyludzką, nie tylko z pracownikami. Kiedy pojawia się problem, nie szukam już winnych, nie zastanawiam się, kto zawalił, tylko skupiam się na problemie, na tym, jak go rozwiązać.

Kiedy zaczynał Pan działać na własny rachunek, pracował Pan bardzo długo, nawet do 20 godzin dziennie. Lista klientów rosła, a wszystko robił Pan sam. Stres, niezdrowe jedzenie odbiły się też na zdrowiu. Co się zmieniło w tym obszarze?

Czasem fajnie jest przejść w jakieś ekstremum, żeby potem się czegoś nauczyć. Staram się trzymać jak największy balans w życiu i uważam, że każda skrajność jest zła. Utrzymanie równowagi jest zawsze trudne, ale tak naprawdę jest jednym z gwarantów szczęśliwego życia.

Moje życie zmieniło się wtedy, kiedy założyłem rodzinę. Ona faktycznie wymusiła na mnie, żebym miał czas na pracę i na dom. Zacząłem wchodzić do biura z silnym przekonaniem, że nie będę jak taki typowy przedsiębiorca, zwłaszcza ten z poprzedniego pokolenia, którego ciągle nie ma w domu i rodzina go na zdjęciach ogląda. To, co robię, muszę zrobić w maksymalnie 8 godzin. Koniec. Kropka.

To mnie nauczyło pewnej asertywności i delegowania zadań.

A jak wygląda Pana typowy dzień pracy?

Staram się pracować w trybie typowo etatowym, czyli między 9:00 a 17:00, żeby trzymać pewien rytm.

Planuję maksymalnie połowę dnia na zadania, a połowę na jakieś rzeczy „luźne”. Zwykle nie umawiam się z nikim przed godziną 12:00. Od 9:00 do południa lub nawet do 14:00 jestem w biurze i pracuję nad tematami koncepcyjnymi. Staram się być skupiony i wtedy też wykonuję tę najważniejszą pracę strategiczną. Pozostałą część dnia poświęcam na kontakty z pracownikami, na jakieś tematy zewnętrzne.

Rzeczy typowo „pierdołowate”, jak je nazywam, czyli wszystkie zadania, które nie są ważne, ale trzeba je zrobić, staram się przekładać na piątek. Mam na myśli rzeczy, które robi prezes, żeby „prezesować”, czyli coś podpisać itd. Pomysł na piątek wziął się z tego, że staram się nie mieć dużych, znaczących zadań na ten dzień, żeby nie myśleć o nich przez cały weekend. Ten czas chcę mieć dla rodziny i skupić się na czymś zupełnie innym.

A czy odczuwa Pan w piątek zmęczenie pracą?

Nie, robię głównie to, co chcę robić, więc mnie to nie męczy. Kiedyś tak nie było i potrafiłem być faktycznie bardzo, bardzo zmęczony. Obecnie staram się oddelegowywać wszystko, czego nie lubię, więc pracuję z przyjemnością. Bardziej jestem zmęczony po weekendzie albo urlopie (śmiech).

A to dlaczego?

Bo wtedy nie mam nic zaplanowanego.

I nie ma na kogo scedować tego wszystkiego (śmiech)?

A tak, to druga sprawa (śmiech).

Powiedział Pan, że jest najlepszy w tej pracy koncepcyjnej. Na jak długo do przodu Pan planuje?

Z tymi planami wieloletnimi jest tak, że im one dalej idą w przód, tym są bardziej mgliste. Nie są u mnie dopowiedziane, bo sytuacja zbyt dynamicznie się zmienia. Generalnie jeśli coś wykracza poza najbliższy rok, jest jeszcze bardzo koncepcyjne i jest jedynie założeniem. Nie rozpisuję tego w szczegółach.

Do roku mam zaplanowane tematy, które chcę zmienić, rozwinąć, choć bez konkretnych dat. Natomiast na miesiąc do przodu mam już rozpisane bardzo konkretne rzeczy, które mamy zrealizować, wdrożyć oraz rozliczyć.

Chciałby Pan stworzyć ogromną firmę?

Myślę o tym, żeby dotrzeć do wszystkich klientów w Polsce z tym, co oferujemy. Nie mam jeszcze takiej wiedzy, żeby to wszystko zorganizować, tak mi się przynajmniej wydaje. Ale gdzieś mam to w głowie, że będę szedł w tym kierunku. I to nie jest plan na rok do przodu, tylko na dłużej.

Tak naprawdę większość czasu istnienia tej firmy, to była moja praca z modelem biznesowym, który cały czas rozwijam. Zanim zrobimy ekspansję, muszę być pewny, że to wszystko wewnątrz funkcjonuje super. I jestem już prawie pewny, że tak jest.

Na czym konkretnie miałaby polegać ta ekspansja?

Świadczymy usługi, które są oparte bezpośrednio na ludziach. Oznacza to zatrudnienie dużej liczby pracowników, gdybyśmy chcieli otworzyć dużo oddziałów. Teraz, kiedy już wiemy, co dokładnie robimy i jak, żeby było efektywne, wiemy, jak to sprawdzać, i jakich ludzi potrzebujemy, to jest do tego niedaleka droga. Tak mi się wydaje.

Czy to znaczy, że ma Pan odpowiednie procedury?

Tak. Procedury i role w zespole są szczegółowo rozpisane. Mamy odpowiedzi na właściwie wszystkie możliwe problemy, które mogą się pojawić.

Rozpracowaliśmy ten biznes również od strony księgowo-podatkowej, co też nie jest oczywiste. Te rozliczenia są dużo bardziej skomplikowane niż w normalnej firmie z uwagi na to, że to jest tzw. „trójstronny rynek” – mamy 2 zupełnie niezależne grupy klientów, między którymi de facto pośredniczymy. Mam tu na myśli właścicieli i najemców. I to jest wszystko opisane, zrozumiałe. Mamy też programy wdrożeniowe dla pracowników. Jesteśmy w stanie powielać to, co już opracowaliśmy.

Co jeszcze, oprócz podatków, jest wyzwaniem w Pana branży?

Myślę, że trudnością było odpowiedzenie na pytanie, kim jest zarządca nieruchomości na wynajem. Jakie są jego obowiązki i prawa oraz jak powinna wyglądać jego relacja z właścicielem i z najemcami. To jest bardzo młoda branża. Nie ma jeszcze określonych standardów rynkowych. I to wszystko trzeba było wymyślić prawie od zera. Cały czas testowaliśmy, eksperymentowaliśmy, popełniliśmy masę błędów.

Czego oczekują Pana klienci?

Nie mogę powiedzieć, czego oczekują – to byłoby zbyt zuchwałe. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie do końca wiedzą, czego chcą, więc nie tak łatwo im to dać.

Mam 2 różne grupy klientów. Są osoby, które cenią sobie przede wszystkim święty spokój, czyli oddają nam klucze do mieszkania i prawie zapominają o tym, że je mają. Są też ludzie, którzy myślą: „Mam dużo pieniędzy albo dużą zdolność kredytową, zamierzam kupić 10 nieruchomości i potrzebuję firmy, której zlecę temat zarządzania nimi”. I to jest klient analityczny, który będzie sprawdzał raporty finansowe, zadawał dużo pytań.

W obu grupach wspólne jest jedno: musimy zrobić takie wrażenie, wypracować taką relację z klientem, aby miał do nas pełne zaufanie.

A jakie problemy pojawiają się najczęściej w samych mieszkaniach?

Po pierwsze techniczne: coś nie działa, jest jakaś awaria, coś jest zepsute, połamane albo najemca coś uszkodził. To jest ta strona serwisowo-budowlano-remontowa.

Po drugie problemy z płatnościami, czyli krótko mówiąc, najemca nie płaci. Trzeba go windykować. Rozwiązywanie tych kwestii jest tu bardziej złożone niż w innych branżach, bo nie możemy klienta odciąć od usługi. Właściciel w takiej sytuacji traci podwójnie, bo nie dość, że ma klienta, który nie płaci, to jeszcze nie może pozyskać nowego na jego miejsce.

Są też problemy, które generuje obsługa najemców. Najemcy mają różne pomysły i zgłaszają się z różnorodnymi tematami. Mamy już dużą bazę nieruchomości, więc najemcy przemieszczają się z jednego mieszkania do drugiego. Czasem chcą się wycofać z umowy, chociaż jest terminowa. Hmm, co jeszcze takiego typowego...

Bardziej chciałabym wiedzieć, czy jest coś nietypowego? Czy coś jeszcze Pana dziwi?

(Śmiech) Cały czas pojawiają się nowe, nieprzewidziane rzeczy. Te wszystkie, o których mówiłem, opisaliśmy już w procedurach, przygotowaliśmy nawet ileś ścieżek postępowania, w zależności od tego, jak się lokator zachowuje w danym momencie. Bo mamy tysiące lokatorów, a każdy, najdziwniejszy nawet problem da się jakoś skategoryzować. Natomiast cały czas pojawiają się zupełnie nowe rzeczy, które się jeszcze nie zdarzyły.

Stopniuje Pan napięcie (śmiech).

Ciekawy jest kontakt z młodymi ludźmi, bardzo młodymi, czyli 18-19-latkami. Oni bardzo często po raz pierwszy w życiu mieszkają poza swoim rodzinnym domem. I okazuje się, jak wiele nie wiedzą nie tylko o życiu, ale i o mieszkaniu jako takim.

Mam na myśli problem obsługi chociażby podstawowych narzędzi do sprzątania, obsługi pralki. Niektórzy nigdy nie widzieli licznika prądu czy wody. Zdarzyło się, że poprosiliśmy o zdjęcie licznika wody i dostaliśmy zdjęcie odpływu w prysznicu (śmiech).

Czujemy się czasami jak wychowawcy kolonii.

Nie miał Pan czasem ochoty rzucić tego wszystkiego i wrócić może nie w Bieszczady, ale przynajmniej na etat?

Już tak nie jest, ale było swego czasu. Dokładnie wtedy, kiedy nie umiałem delegować odpowiedzialności, brałem wszystkie problemy na siebie i próbowałem je wszystkie rozwiązać.

Poza tym jestem bardziej wyluzowany przy pewnych problemach, bo wiem już, z czym się wiążą, co będziemy robić, co zgłaszać do ubezpieczalni, którą ekipę remontową wezwać, co powiedzieć najemcom. Teraz mamy to rozpracowane.

Kiedyś się stresowałem takimi rzeczami, ale to też jest związane z tym, że nie jestem osobą do obsługi klienta, absolutnie nie. Mogę bardzo ładnie rozłożyć taki problem na czynniki pierwsze, koncepcyjnie, i wskazać najlepsze rozwiązanie, ale w ciszy mojego biura, a nie gdzieś tam na telefonie pomiędzy strażą pożarną, krzyczącym sąsiadem a jakimś najemcą, który pyta, co on ma teraz ze sobą zrobić.

Kiedy nabrał Pan pewności siebie jako przedsiębiorca?

Formalnie spółka istnieje od 5 lat. Ja tę firmę prowadziłem jeszcze wcześniej w formie działalności gospodarczej od 2012 roku. Czyli to już będzie 7 lat. Zmiana nastąpiła gdzieś około 2015 roku. Wtedy faktycznie zaczęliśmy mówić: „Stworzymy system świadczenia usług zewnętrznych, otwarty dla wszystkich”. I wtedy zacząłem budować zespół ludzi, na którym wiem, że mogę polegać.

Wydaje mi się, że większość przedsiębiorców zaczyna od tego, że pierwsi pracownicy to są ich asystenci. Tacy „idź, podaj, zanieś”. A ci pracownicy robią coś, nie do końca rozumiejąc, po co. Przejście na taki układ, kiedy pracownicy doskonale wiedzą, po co są, co robią i dlaczego, powoduje, że właściciel może złapać oddech. Oczywiście również dla samych pracowników jest to korzystne, bo zyskują pewność, że jeśli ich zabraknie (np. w związku z chorobą), to ktoś inny przejmie obowiązki, bo rozumie, co robi. W efekcie wszystko fajnie działa i się nie denerwujemy.

A czy był taki przełomowy moment, kiedy pomyślał Pan sobie, że teraz wszystko będzie super i będzie się kręciło?

Nie chcę twierdzić, że wszystko jest idealnie i perfect zawsze, natomiast była taka chwila, może rok temu, kiedy przez dłuższy czas byłem bardzo zaabsorbowany prywatnymi sprawami i zajmowałem się firmą tylko pobieżnie. Mówiłem sobie: „Kurczę, nie sprawdzałem już dawno, jak idzie to czy tamto, nie wiem, co tam się dzieje”. A ta nasza branża nieruchomościowa jest taka, że bardzo łatwo zamiata się pod dywan różne rzeczy. I jak się zrobi coś nie tak jak powinno, wychodzi to po bardzo długim czasie.

W końcu zacząłem sprawdzać – skrupulatnie – i okazało się, że wszystko jest idealnie. Nie ma się do czego przyczepić. Pomyślałem: „To jest to. Mimo że już tego nie pilnuję, to jest tak, jak być powinno”.

Skąd czerpie Pan wiedzę?

Czytam książki, które są, nazwijmy to, poradnikowe. Niekoniecznie stricte biznesowe, ale odwołują się do jakiegoś obszaru wiedzy. Nie czytam w ogóle fabularnych książek. Dziś chyba nie znalazłbym na to czasu. Często szukam różnych innych modeli biznesowych, cały czas próbuję się rozwijać, to jest bardzo ważne paliwo.

Nie jestem zwolennikiem szkolenia się zbyt często, dlatego że szkolenia, zwłaszcza takie weekendowe, nawet te dobre, są tak napakowane wiedzą, że aby ją przyswoić i wdrożyć, potrzeba bardzo dużo czasu.

Co jeszcze? Trzeba rozmawiać z ludźmi. Ja ogromną wiedzę czerpię od moich pracowników. Ostatnio zacząłem im bardzo mocno wbijać do głowy, że są specjalistami i ekspertami, oni sami w to nie wierzyli. Myśleli, że niewiele wiedzą, a to nieprawda. Większość pracodawców prawdopodobnie ma ogromny, niewykorzystany zasób wiedzy w firmie pochodzący właśnie od ich ludzi, którzy nie są pytani o zdanie.

Co Pana dziś napędza, uszczęśliwia?

Zauważyłem, że bardzo lubię rozwijać innych. I siebie również, ale ostatnio skupiam się na innych. Lubię patrzeć, jak robią postępy. I to dotyczy zarówno biznesu, ludzi w firmie, jak i mojej córki. Robi na mnie ogromne wrażenie, kiedy widzę, że ogarnia coś nowego. Niedługo skończy 3 lata.

Czy ją też zabiera Pan w podróże? Zauważyłam na pana Facebooku, że często Pan podróżuje.

Tak, zdecydowanie. Ja uwielbiam nowe rzeczy, a tyle ich jest w nowych miejscach, że można tylko czerpać i czerpać. Kiedyś więcej jeździłem niż teraz, ale nadal podróżujemy stosunkowo dużo. Są to natomiast grzeczniejsze destynacje. Dziś nie mogę już zupełnie spontanicznie kupić biletów, spakować plecaka i jechać.

Gdzie na przykład?

Zwiedziłem prawie całą Europę – tanie bilety, tanie linie lotnicze. Byłem we Włoszech, w Hiszpanii, Chorwacji, Norwegii. Najbardziej niestandardową i szaloną wyprawą była Zambia w Afryce, gdzie przesiedziałem miesiąc. Niesamowite było to, że poleciałem tam bez telefonu komórkowego, nie miałem też Internetu, przez miesiąc byłem praktycznie odcięty od świata. Polecam wszystkim odkrywanie tego, co jest poza Europą. Nasz kontynent jest jednak spójny kulturowo i wielkich zaskoczeń nie będzie. Natomiast Azja, Afryka – to jest kompletnie inny świat.

A czego Pana nauczyły te podróże?

Myślę, że najważniejszą lekcją jest, że to, co wydaje nam się oczywiste, co powtarzamy każdego dnia, nasze życie, które czasem może być całkiem nudne, jest zupełnie wyjątkowe gdzieś tam, daleko. Bo tam ludzie kompletnie inaczej funkcjonują i żyją.

Dzięki tej świadomości można odrzucać pewne dogmaty. Różnice kulturowe pokazują, jak bardzo to, co wszyscy robią w jakiś jeden sposób, to tylko opcja, a nie jakaś tam prawda wyryta w skale.

Poza tym zrozumiałem, że jedną z najważniejszych w życiu rzeczy jest poświęcanie czasu temu, co sprawia nam największą satysfakcję. Jeśli tracimy większość dnia na sprawy, których nie lubimy, to znaczy, że coś trzeba w życiu zmienić. I da się to zrobić.

Rozmawiała: Martyna Kosienkowska
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.