Wywiady

„Błędów nie traktuję jako porażki, ale jako okazję do nauczenia się czegoś” – rozmowa z Markiem Jankowskim

Martyna Kosienkowska

Wierzy, że przedsiębiorcy to przyszłość świata, ale odradza rzucanie się na głęboką wodę. Zachęca do zakładania biznesu, ale ostrzega, że może być pętlą na szyi. Przyznaje, że pieniądze są ważne, ale tak naprawdę istotny jest tylko czas. Jeśli słuchasz podcastu Mała Wielka Firma, wiesz, że zadaje wyjątkowo celne pytania. Dziś możesz sprawdzić, jak Marek Jankowski na nie odpowiada.

jankowski3
„Założenie firmy to dla niektórych ludzi założenie sobie pętli na szyję”. Tak powiedziałeś. Ludzie rozpoczynają działalność, marząc o tym, żeby robić to, co kochają, a później okazuje się, że muszą zajmować się tym, czego nie znoszą. Czy Ty też miałeś podobne doświadczenia, kiedy rzuciłeś pracę w radiu i zacząłeś prowadzić swój biznes?

Trochę tak. Najpierw było poczucie pustki, dlatego że radio to praca grupowa. To przecież spora firma, w której ciągle coś się dzieje, jest taki naturalny szum – dużo pracowników, dużo gości.

A kiedy założyłem firmę i wynająłem biuro, takie malutkie w mieście, to siedziałem w pokoju zupełnie sam. Nikt do mnie nie zaglądał, poza jakimiś obwoźnymi sprzedawcami spodni (uśmiech).

Bardzo wiele rzeczy z zewnątrz wydaje się lepszymi, niż kiedy zajrzymy do środka. Musimy pamiętać, że na zewnątrz widać wersję demo, która zwykle jest atrakcyjniejsza niż rzeczywistość.

(Poniżej ciąg dalszy artykułu...)
Co byś poradził osobom, które chcą zrezygnować z pracy na etacie i otworzyć swój interes?

Najpierw pogadaj z przedsiębiorcami. Optymalnie byłoby z kimś, kto przeszedł podobną drogę. Ale nawet jeśli o to, jak wygląda jego dzień, co spędza mu sen z powiek, zapytamy przedsiębiorcę pracującego w branży tylko zbliżonej do naszej, to już może nam to trochę otworzyć oczy.

Jeżeli kochasz coś robić, to może lepiej jest pracować na etacie i robić to, co Ci sprawia frajdę.

Przykład

Są oczywiście freelancerzy i małe firmy. Jeśli jesteś konferansjerem, prowadzisz imprezy i założysz działalność, to nadal pozostaniesz konferansjerem. Tyle że to się w zasadzie niewiele różni od pracy w jakiejś agencji organizującej eventy. Natomiast jeżeli chcesz, żeby Twoja firma rosła, rozwijała się, to musisz zacząć rekrutować, szkolić, kontrolować, rozliczać, umawiać klientów. Dochodzi cała otoczka, która niekoniecznie jest tym prowadzeniem imprez, które tak bardzo Cię kręciło.

Bardzo zachęcam każdego, kto czuje w sobie żyłkę przedsiębiorcy, żeby spróbował, ale nie radzę od razu rzucać się na głęboką wodę. Lepiej wcześniej chociaż mniej więcej ustalić, z czym się wiąże akurat ten rodzaj zajęcia.

Chyba trzeba też mieć odpowiednie cechy charakteru, prawda? Zanim założyłeś magazyn „Branża Dziecięca”, który z sukcesami prowadzisz do dziś, Twoja firma najpierw wynajmowała nianie do dzieci, a potem organizowała warsztaty rozwojowe dla najmłodszych. Oba pomysły nie wypaliły, ale się nie poddałeś. To jedna z cech, którą najbardziej kojarzę z przedsiębiorcami – wytrwałość.

Wytrwałość nie zawsze jest dobra, ponieważ jeśli człowiek się uprze i nie zwraca uwagi na to, co się dzieje dookoła, to może brnąć w takim ślepym uporze, mimo że już dawno powinien zejść z obranej drogi.

Ja bym rozbił wytrwałość na dwa elementy. Z jednej strony – cierpliwość, świadomość tego, że trzeba czasu, żeby osiągnąć jakiś efekt. Z drugiej strony – odporność psychiczna, gotowość do radzenia sobie z przeciwnościami. Taka wytrwałość zdecydowanie jest potrzebna.

Przykład

Robert Lewandowski. Ma dzisiaj 31 lat. W roku 2008 został wybrany przez tygodnik „Piłka Nożna” najbardziej obiecującym polskim piłkarzem. To było 11 lat temu. Już wtedy miał za sobą 11 lat treningów w klubach, bo zaczynał w wieku lat 9. Widzimy teraz tego Lewandowskiego, który bije rekordy w Bundeslidze, ale nie uświadamiamy sobie, że pracował na to 20 lat.

Co jeszcze powinno wyróżniać przedsiębiorcę, który chce osiągnąć sukces?

Przychodzą mi do głowy jeszcze trzy takie cechy. Przede wszystkim samodzielność. Kiedy jesteś przedsiębiorcą, bardzo wielu rzeczy nikt za Ciebie nie zrobi. Oczywiście, jeżeli masz pieniądze, to możesz już na starcie zatrudnić ludzi, ale to ciągle do Ciebie należy kierowanie firmą.

Oglądam teraz taki serial – Designated survivor. Trzeciorzędny członek amerykańskiego gabinetu zostaje prezydentem, bo rząd wysadzono w powietrze. On jest jedynym ocalałym. Ma wielu doradców, którzy są fachowcami w swoich dziedzinach, ale ich podpowiedzi często są sprzeczne – ostateczne decyzje prezydent i tak musi podjąć sam.

Dokładnie tak samo jest w przypadku przedsiębiorcy. Możesz czerpać wiedzę z różnych źródeł, możesz pytać mądrych ludzi o opinię, ale nikt za Ciebie tej firmy nie poprowadzi. Podejmowanie decyzji należy do Ciebie.

Piękne porównanie przedsiębiorcy do prezydenta najpotężniejszego państwa świata…

Tak właśnie jest. Kiedy prowadzisz firmę, jesteś w niej przywódcą, wszystko jest na Twojej głowie. Z tym wiąże się kolejna niezbędna cecha – odpowiedzialność.

O ile pracując w zespole, zawsze możesz powiedzieć: „To nie ja, to on”, o tyle we własnej firmie trudniej to zrobić. Teoretycznie za pewne sprawy możesz obwiniać pracowników, ale musiałbyś liczyć się z tym, że nie będą chcieli pracować tam, gdzie robi się z nich kozły ofiarne.

Podam Ci fajny świeży przykład.

Sprzedawałem kurs online i wprowadziłem przedsprzedaż trwającą kilka godzin. Osoby, które wzięły w niej udział, dostawały dodatkowy materiał wideo gratis. Kiedy promocja już wygasła, dostałem maile, które można podzielić na dwie grupy.

Pierwsza: „Ojej, usypiałem dziecko, zasnąłem razem z nim i mi przepadło. Czy jest jeszcze szansa, żeby skorzystać z tych warunków promocji?”. I druga: „Jak można tak traktować klientów?! Parę godzin?! To co, ja mam siedzieć z nosem w smartfonie i czuwać?! Nie było szans, żeby z tej promocji skorzystać!”.

Przypuszczam, że pierwsza grupa poradzi sobie dużo lepiej w roli przedsiębiorców, bo będąc właścicielem firmy, trzeba brać odpowiedzialność na siebie w bardzo wielu sytuacjach.

Jeśli dobrze liczę, została jeszcze jedna cecha przedsiębiorcy…

To gotowość do rozwijania się. Nie da się w dzisiejszych czasach stworzyć firmy, która będzie zamkniętą całością i będzie tak samo działała z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok.

Wszystko się zmienia. Jeśli Ty stoisz w miejscu, to nie znaczy, że jesteś wciąż w tym samym punkcie. Świat Ci odjeżdża. Niestety. Trzeba się ciągle uczyć, rozwijać nowe relacje, testować nowe rozwiązania po to, żeby być co najmniej na tym samym poziomie. Najlepiej byłoby oczywiście iść do przodu.

A jak szybko Ty się rozwijałeś? Założyłeś firmę w 2004 roku. Jak długo zajęło Ci przejście od startu do punktu, w którym firma zaczęła przynosić konkretne pieniądze?

Kiedy prowadzi się działalność gospodarczą, finanse firmowe mieszają się z prywatnymi i to rodzi jeden wielki chaos. Mówiąc szczerze, nie potrafię powiedzieć dzisiaj, po tych kilkunastu latach, kiedy był ten moment, gdy firma zaczęła zarabiać. Raz szło lepiej, raz gorzej.

Sytuacja się ustabilizowała, kiedy założyłem czasopismo. Firma stała się zdecydowanie najważniejszym źródłem dochodu. Mniej więcej po roku pojawiły się jakieś plusy.

Dlaczego Twoje pierwsze pomysły na biznes okazały się nietrafione?

Starałem się zrobić coś, czego nie było jeszcze na rynku. I to jest głupi pomysł, jeżeli chcesz żyć ze swojej firmy. Kiedy otwierałem te zajęcia dla dzieci, trudnością okazał się brak kategorii, w której moglibyśmy się znaleźć. Istniały tylko przedszkola i sale zabaw, a my nie byliśmy ani jednym, ani drugim.

Oczywiście są ludzie, którzy otwierają startupy, wymyślają nowe rzeczy i chwała im za to. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że stworzenie czegoś, czego jeszcze nikt przed Tobą nie stworzył, jest dużo dłuższą drogą do zarobienia pieniędzy niż zbudowanie lepszej wersji czegoś, co już istnieje.

Trudno jest przekonać ludzi do jakiegoś nowego rozwiązania, bez którego do tej pory żyli i sobie radzili. Problem sprawia też uświadomienie im, czym w ogóle jest Twój produkt, Twoja usługa, jeżeli wcześniej niczego podobnego nie znali.

Dlatego, jeżeli chce się skrócić czas między startem a konkretnymi pieniędzmi z działalności, to, po pierwsze, warto wybrać jakąś branżę, którą ludzie już znają, a po drugie – trzeba znać rynek.

Ja jestem bardzo dobrym negatywnym przykładem, bo popełniłem wiele błędów. Na przykład otworzyłem firmę wynajmującą opiekunki do dzieci. Czy wiedziałem cokolwiek o opiekunkach do dzieci? Nie! Po prostu dowiedziałem się, że jest taka potrzeba na rynku i postanowiłem ją zaspokoić. Gdybym pracował wcześniej w branży, byłbym w stanie podjąć dużo rozsądniejszą decyzję.

Myślę też, że w przypadku osób otwierających swoje firmy bardzo dużym atutem może być marka osobista. Ludzie mają szansę nas poznać, jeśli prowadzimy swój blog, nagrywamy podcast, występujemy na konferencjach, prowadzimy szkolenia, udzielamy się podczas meetupów. Wtedy jest dużo większa szansa na to, że jakiś projekt, który stworzymy, wystartuje zdecydowanie szybciej. Nasi potencjalni klienci będą nam już po prostu ufali.

Mam wrażenie, że ludzie zaczynają teraz budować markę osobistą bardzo wcześnie. Ty też często obserwujesz na międzynarodowych targach młode pokolenie przedsiębiorców i twierdzisz, że są to osoby bez kompleksów. Czy myślisz, że „starzy wyjadacze” powinni się ich obawiać?

Pokolenia mogą się uczyć od siebie nawzajem. Ludzie, którzy dzisiaj mają 20 czy 30 lat, posiadają bardzo rozwiniętą tzw. inteligencję cyfrową. Urodzili się w czasach internetu i czują to medium zdecydowanie lepiej niż 50-latkowie. Z kolei starsze pokolenie ma świetnie wykształconą inteligencję emocjonalną i coś, co nazywamy życiową mądrością. Bardzo cenne dla firm jest połączenie tych dwóch kompetencji.

Czy młodsi przedsiębiorcy są lepsi? Mam nadzieję, że tak, bo od nich zależy przyszłość tego świata. Czy są lepsi we wszystkim? Pewnie nie. Myślę natomiast, że są lepiej przygotowani do wyzwań, jakie dziś stoją przed przedsiębiorcami. Wciąż jednak mogą się wiele nauczyć, korzystając z porad i mentoringu, dobrego słowa swoich starszych kolegów, którzy po prostu w życiu trochę więcej już przeszli.

Porównaliśmy pokolenia, porównajmy jeszcze narodowości. Mieszkasz teraz w Wielkiej Brytanii. Czy zauważasz różnicę pomiędzy polskimi i angielskimi przedsiębiorcami?

Myślę, że przedsiębiorcy na całym świecie myślą podobnymi kategoriami i w podobny sposób. To, co polscy właściciele firm mają pewnie lepiej rozwinięte od np. angielskich, to stawianie czoła różnym biurokratycznym przeciwnościom. Dzięki temu są bardziej odporni, może bardziej kreatywni.

Przeniosłeś biznes do Sheffield w 2016 roku. Czy przydała Ci się wtedy umiejętność radzenia sobie z biurokracją?

Nie przenosiłem firmy, po prostu otworzyłem tutaj nową. W związku z tym przekształcałem też swoją firmę w Polsce. Ale to było w Polsce, na znajomym gruncie. Natomiast założenie angielskiej firmy to nie jest żaden problem, można to zrobić przez internet.

Poszło aż tak gładko? Przeprowadzałeś się nie tylko Ty, ale także żona i córeczka…

Nasza Córka miała wtedy iść do szkoły, więc uznaliśmy, że to będzie dobry moment na zmianę. Pierwsze kilka tygodni było dla niej trudne, ale teraz radzi sobie świetnie. Żona pracuje z domu, więc tak naprawdę nie ma większego znaczenia, gdzie mieszkamy.

Kiedy przenosisz się za granicę, stajesz jednak przed zupełnie pospolitymi czynnościami, których nie umiesz wykonać, bo odbywa się to inaczej. To takie banały: jak się zarejestrować do lekarza, którego operatora internetu wybrać… Nie jesteś pewny, jak kupić bilet w autobusie: u kierowcy, w automacie, w kiosku czy jeszcze inaczej, np. przez internet.

To jest dziwne. Człowiek, który ma – powiedzmy – 40 lat, staje przed problemami, z jakimi borykał się ostatnio, mając lat 15. Można sobie z tym poradzić, ale przeżycie jest jedyne w swoim rodzaju.

I wymaga odwagi…

Ale to jest fajne! Pytanie: czym w takiej sytuacji ryzykujesz? Przecież nigdy nie jest tak, że podejmiesz jakąś złą decyzję i świat się zawali. Ludzie często boją się pewnych decyzji, rozważają je, wałkują w głowie, a czas ucieka. A przecież, jeżeli wybierzesz źle, to naprawdę w większości przypadków można się wycofać i nie ma z tego tytułu wielkich konsekwencji. Mówisz po prostu: „To nie dla mnie” – i wychodzisz.

Myślę, że dużą rolę odgrywa tu jednak Twój optymizm. Nie wiem, czy niepoprawny, ale na pewno wielki (uśmiech). Nawet sprzedając reklamy do nieistniejącego jeszcze magazynu „Branża Dziecięca”, co mogło być trudne (delikatnie mówiąc), starałeś się zrobić z tego atut. Czy takie patrzenie na rzeczywistość nie sprawia, że przestajesz dostrzegać zagrożenia?

To nie jest tak, że nie widzę przeszkód czy minusów. Widzę, tylko wierzę, że sobie poradzę. To jest cecha, która pomaga. I znowu tutaj optymistyczny punkt widzenia pewnie wyjdzie (śmiech).

Na pewno popełniłem dużo błędów, ale nie traktuję ich jako porażki, tylko jako okazję do nauczenia się czegoś.

Czasami są to lekcje kosztowne – pod względem finansowym, emocjonalnym lub innym.

Ale nie możemy przecież stworzyć alternatywnego scenariusza rzeczywistości i postawić w niej swojego klona w innej sytuacji. Gdybym nie zrobił danego błędu, być może popełniłbym inny i skutki byłyby jeszcze gorsze.

Jestem zwolennikiem takiego podejścia, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu i nimi nie ma co się przejmować.

Będąc przedsiębiorcami, na pewno możemy zdecydować, z kim chcemy pracować. Mówiłeś kiedyś, że nie warto działać z ludźmi, z którymi nam się tylko dobrze rozmawia. Jakie zatem przyjąć kryteria wyboru?

Kiedy czujemy chemię do drugiej osoby, to wydaje nam się, że możemy razem góry przenosić. A potem w biznesie wychodzi, że nie do końca tak jest.

Warto skoncentrować się natomiast na kompetencjach i wartościach. Dobry wspólnik to jest osoba, z którą mamy różne kompetencje, ale te same wartości.

To znaczy, że nie wchodzimy sobie zawodowo w drogę, ale cenimy siebie bardzo wysoko i tak samo rozumiemy takie pojęcia jak: terminowość, uczciwość, ciężka praca. Na bazie tych wspólnych wartości i odrębnych kompetencji jesteśmy w stanie zrobić coś razem.

Ważne jest, żeby takiego kandydata na wspólnika sprawdzić w warunkach biznesowych. Przyjmujemy w życiu różne postawy– inne zawodowo, inne prywatnie. Więc właśnie to, że znamy kogoś prywatnie i fajnie nam się z nim gada, to jeszcze nie znaczy, że nam się będzie dobrze razem pracowało.

Przedsiębiorca musi zatem oceniać człowieka, biorąc pod uwagę interes. Musi też ciągle myśleć o tym, jak jego własne działania wpłyną na finanse firmy. Czy takie patrzenie nie przenika zbytnio do życia prywatnego? Czy nie zdarza się, że powiedzenie business is business zaczyna być przekleństwem przedsiębiorców?

Znam takich przedsiębiorców, którzy rzeczywiście uwielbiają pieniądze. Otwarcie o tym mówią. Ale wydaje mi się, że należą do mniejszości. Większość właścicieli firm ceni sobie to, że mogą decydować o swoim losie, że mają większą swobodę działania, niż będąc pracownikami.

Oczywiście na samym początku pieniądze są istotne. Jeżeli nie mamy za co zapłacić czynszu, to są priorytetem. Ale kiedy już zarabiamy tyle, że mamy i te podstawowe, i te mniej podstawowe potrzeby zaspokojone, osiągamy pewien poziom komfortu. Oczywiście dodatkowa gotówka zawsze jest mile widziana, ale nie zmienia znacząco życia.

Najcenniejszym zasobem nie są pieniądze, bo można je i stracić, i zyskać. Najcenniejszym zasobem przedsiębiorcy jest czas. Jego nie odzyskamy.

Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, to chcemy go podzielić pomiędzy pracę, rodzinę, przyjaciół. Najlepiej oczywiście wszystkiego po trochę. W takiej sytuacji szukanie znajomych, którzy są dla nas okazją do zrobienia biznesu, jest trochę naruszaniem tej równowagi.

Temat znajomych i biznesu jest jednak dość złożony. Więzi społeczne zmieniają się pod wpływem tego, że prowadzimy firmę.

Najpierw przedsiębiorca rozwija interes, ciężko pracuje i po drodze traci znajomych, dlatego że oni mają czas popołudniami czy w weekendy, a on nie ma, bo ciągle zasuwa.

Później sytuacja się odwraca. Gdy już firma się kręci, to właściciel nie musi aż tyle pracować. Wtedy on z kolei ma sporo czasu i wyskoczyłby chętnie na tydzień na jakąś egzotyczną wyspę, a przyjaciele nie mogą, bo są na etacie i pracują.

Przedsiębiorca może się starać pomóc tym swoim znajomym. I to jest świetne. Słyszałem o takich przypadkach, kiedy człowiek, który osiągnął sukces finansowy, był w stanie, za pomocą swojej wiedzy i doświadczeń, pomóc przyjaciołom, nauczyć ich robienia biznesu, żeby oni też mogli częściej cieszyć się życiem.

Dla Ciebie inni przedsiębiorcy też są ważni. Powiedziałeś, że liczysz się z uczuciami ludzi i że nie zawsze warto być do końca szczerym. Co to znaczy?

Żeby było jasne – kiedy mówię, że nie zawsze warto być do końca szczerym, to mam na myśli sposób komunikacji. Jeśli druga osoba, z mojego punktu widzenia, robi coś źle, to mogę albo powiedzieć: „Nie wchodź w ten biznes, skompromitujesz się”; albo spytać tylko: „Czy pomyślałeś o takim a takim aspekcie?”.

Czyli wychodzi tu z Ciebie taka delikatność?

Tak. Przy tych tematach biznesowych łatwo jest naruszyć kruchą pewność siebie drugiego człowieka. Myślę, że będąc bardzo kategorycznym, można zrobić komuś krzywdę, zniszczyć czyjeś dobre zdanie o sobie.

To, że ktoś zrobił jakiś błąd, to nie znaczy, że jest głupim albo złym człowiekiem. To znaczy jedynie, że gdzieś coś zrobił nie tak. I tyle. Myślę, że to jest ważne i staram się nie atakować, tylko zwracać uwagę na pewne działania.

Wspominałeś też, że trudno Ci odmawiać ludziom…

Coraz rzadziej – na szczęście – mam takie poczucie, że zgodziłem się na coś, co mi nie pasuje. Umiejętność odmawiania rośnie wraz z coraz większym doświadczeniem, pewnością siebie.

Warto mieć świadomość, jeżeli ktoś ma problem z odmawianiem, że doba ma tylko 24 godziny. Jeżeli przyjmę jakąś propozycję, to doba się nie rozciągnie. Dlatego za każdym razem trzeba zadać sobie pytanie: Jeśli się na to zgodzę, to co w zamian wyrzucę?

Mam wrażenie, że to kwestia ćwiczeń i ciągłego uczenia się odmawiania. À propos nauki, chciałam Cię zapytać, czy masz jakieś autorytety, wzory, które pomagają Ci w życiu i w pracy?

Nie mam jednego mentora, „gwiazdy”, która przyświeca mi jasno. Raczej podchodzę do tego mocno zadaniowo. Jeżeli szukam wiedzy z jakiejś dziedziny, to natrafiam na osoby, które znają się na temacie, i w tym momencie w tym obszarze to są – można powiedzieć – moi mentorzy.

Tego, co wiem, nie wymyśliłem sam. Poza błędami, które popełniałem, rozmawiałem z wieloma bardzo mądrymi ludźmi, rozmawiam wciąż. Przeczytałem wiele książek, blogów, posłuchałem podcastów. To się kumuluje. Trzeba dokarmiać mózg, żeby miał ciągle na czym pracować.

Jeżeli chodzi o otaczanie się mądrymi ludźmi, to jestem wielkim zwolennikiem grup typu mastermind. Można się spotkać, wirtualnie czy fizycznie, z kilkoma osobami, które nawzajem chcą sobie pomagać, które mają podobne wartości. Jest to ważne – nawet kiedy nie robimy ze sobą interesów. Osoba, która ma podobne wartości do naszych, wie, jakich argumentów użyć, żeby do nas dotrzeć.

Zdecydowanie coś takiego jak społeczność przedsiębiorców, grupa, w której możemy otwarcie mówić o swoich problemach, w której nie mamy obaw, że ktoś te nasze dylematy zdradzi na zewnątrz albo wykorzysta przeciwko nam, to jest genialna sprawa. Zachęcam każdego, kto ma możliwość dołączenia do takiej społeczności, żeby przynajmniej spróbował, bo to naprawdę pomaga.

Bycie przedsiębiorcą jest często zajęciem samotnym.

Ty masz wokół swoich słuchaczy, a ja, mając przed sobą chodzącą i mówiącą Małą Wielką Firmę, nie mogę nie zapytać o podcast. Zacząłeś go nagrywać w 2009 roku, po napisaniu książki pod takim właśnie tytułem. Do podcastu namówił Cię Paweł Tkaczyk. Zresztą przez dłuższy czas prowadziliście go razem. Czy po 10 latach, po pierwsze: nadal Cię to cieszy; po drugie: czy Cię stresuje; i po trzecie: czy wciąż coś Cię zaskakuje.

Gdyby mnie to nie cieszyło, to bym tego nie robił.

Czy mnie stresuje? Nie i chyba nigdy mnie nie stresowało. Jako dziecko występowałem na akademiach szkolnych, więc wcześnie zdobywałem wprawę w mówieniu do ludzi. Oczywiście kiedy zacząłem pracować w radiu, jeszcze przed nagrywaniem podcastu, to było trochę nerwów związanych z tym, że mówię do mikrofonu i ludzie tego słuchają. Później się przyzwyczaiłem.

A czy coś mnie zaskakuje? Oczywiście. Na minus zaskakują mnie sytuacje techniczne. Kiedy np. rozmawiam przez godzinę, nagle przestaje działać aplikacja nagrywająca i okazuje się, że nic się nie zapisało. Pozytywnie zaskakują mnie natomiast goście. Kiedy pada odpowiedź, której się nie spodziewałem, to jest super.

A czy rozmówcy czasem Cię denerwują? Słuchałam wielu odcinków podcastu i tylko raz miałam wrażenie, że Twój gość Cię irytował.

Przychodzi mi do głowy – ogólnie i hipotetycznie – jedna sytuacja, w której może być tak, że poczuję dyskomfort: jeżeli rozmówca jest za bardzo autopromocyjny.

Z mojego punktu widzenia gość przychodzi do podcastu po to, żeby dostarczyć słuchaczom wartość. Żeby pomóc im rozwiązać jakieś problemy, osiągnąć jakiś cel. Jeżeli zamiast skupić się na tym, zaczyna się koncentrować na sobie i wykorzystywać to, że jest w podcaście, żeby przyciągnąć do siebie klientów, to mnie wkurza. Robię, co mogę, żeby takich sytuacji nie było. Jeżeli już się zdarzy, to czuję w sobie jeszcze większe ciśnienie, żeby wycisnąć z tego rozmówcy coś wartościowego.

Poza tym wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy gorsze i lepsze dni. Może być tak, że z jakiegoś powodu jestem bardziej drażliwy. Nie znam też przecież każdego swojego rozmówcy przed rozpoczęciem nagrania. Czasem to, co mówi, rozjeżdża się trochę z moją wizją. Nie zawsze jest to złe, ale ja czuję, że to nie jest to, czego się spodziewałem. I to może mnie wkurzyć.

Prawda jest taka, że nawet gdyby gość bardzo zawiódł moje oczekiwania, to byłaby to moja wina. Ja tego człowieka przecież zapraszam. Ja układam pytania i kieruję wywiadem. Ja powinienem go tak nastawić do rozmowy, żeby dostarczył wartość. Jeżeli tego nie zrobił, to oczywiście do niego mogę mieć żal, ale pretensje wyłącznie do siebie.

A co radziłbyś przedsiębiorcom, którzy marzą o tym, żeby poprowadzić podcast, bo np. mają wiedzę i chcieliby się nią dzielić, ale nie zawsze mają odwagę, żeby to zrobić. Od czego zacząć? Czy mówisz o tym w swoim kursie PodcastPro?

Tak, jasne. Przede wszystkim trzeba mieć coś wartościowego, ciekawego do powiedzenia. To podstawa, bardzo dobry wstęp.

Od czego zacząć? Od zastanowienia się, czym chcę się podzielić z ludźmi, z kim chcę się tym podzielić, w jaki sposób może to temu komuś pomóc. Następnie należy zaplanować, co dokładnie chcę powiedzieć. Nie chodzi o rozpisanie zdanie po zdaniu, ale o konspekt, plan.

Potem wystarczy usiąść i spróbować to nagrać. Bez przerywania po każdym zdaniu i bez zastanawiania się, co teraz. Warto nagrać cały wątek, odsłuchać, wyciągnąć wnioski – co w tym było dobre, co było niedobre.

Natomiast jeśli wziąć pod uwagę aspekty czysto techniczne, to osobom początkującym często sprawia problem mówienie do siebie. Na szczęście są triki, które pomagają pokonać taki dyskomfort. Można np. postawić przed sobą lustro.

Jeżeli ktoś nie jest przyzwyczajony do swojego głosu, a wielu ludzi nie jest, to jest kwestia tego, żeby zdać sobie sprawę, że my siebie słyszymy inaczej niż inni ludzie nas słyszą. I to tylko my czujemy ten dyskomfort.

Czy podcasty to jest ten kanał dotarcia do klientów, który Ty byś polecał na przyszłość, np. w perspektywie kilku lat?

Seth Godin, który jest marketingowym guru, powiedział, że podcasty to nowe blogi. Zresztą sam nagrywa też od pewnego czasu swój podcast i widać, że mocno w to medium idzie.

Na pewno podcast jest dobrym medium pod tym względem, że nie angażuje wzroku, więc nie wymaga poświęcania dodatkowego czasu.

Wiele zmian technologicznych, które teraz zachodzą, świadczy o tym, że internet, czy w ogóle przekazywanie informacji, idzie bardzo mocno w kierunku audio. Od pewnego czasu mamy wyszukiwanie głosowe w Google’u. Mamy asystentów głosowych typu Siri, inteligentne głośniki, które reagują na to, co do nich mówimy.

Coraz bardziej odchodzimy od ekranów w stronę porozumiewania się za pomocą głosu. A skoro tak, to podcast staje się coraz bardziej popularnym medium.

Technologia wspiera podcasterów w taki sposób, że od niedawna Google zaczął indeksować podcasty. Nie musimy już tworzyć transkrypcji do każdego odcinka, spisywać całej treści, żeby Google dowiedział się, co w nim jest. Google nauczył się rozpoznawać mowę i zaczyna analizować podcasty. Przesłuchuje je i tworzy sobie transkrypcję. Niestety, nam jej nie daje (śmiech). Ale dzięki niej jest w stanie wychwycić pojawiające się w nagraniu tematy.

Myślę, że podcasty czeka świetlana przyszłość, o czym świadczą dane z rynku amerykańskiego. W kwietniu 2018 roku w Google’u słowo „podcast” po raz pierwszy było częściej wyszukiwane niż słowo „blog”. Do tej pory podcasty wciąż przewyższają blogi i ta różnica rośnie. Więcej Amerykanów szuka podcastów niż blogów.

I to jest świetne zakończenie rozmowy z kimś, kto nagrywa podcasty. Nie darowałabym sobie jednak, gdybym nie zapytała Cię o jeszcze jedno: Marku, co ostatnio czytałeś?

Zwykle słucham, a nie czytam. Słucham książek. Jedna z nich to jest Dare to Lead Brené Brown na temat przywództwa. Dla mnie to trudna książka, bo jest w niej sporo na temat emocji, a ja jestem słaby, jeżeli chodzi o emocje.

Teraz słucham Udręki i ekstazy. Pewnie jeszcze trochę to potrwa, bo okazało się, że w całości ma 35 godzin. To beletryzowana biografia Michała Anioła.

Z ciekawości sprawdziłem też, jaką książkę ostatnio faktycznie czytałem. To była publikacja Daniela Priestleya Key Person of Influence na temat budowania swojej marki osobistej i tego, jak być kimś w swojej branży.

Zdaje się, że już tych rad nie potrzebujesz (uśmiech). Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Martyna Kosienkowska
Martyna Kosienkowska

Redaktor bloga Coraz Lepszej Firmy. Wcześniej redaktor prowadzący w wydawnictwach biznesowo-marketingowym i medycznym. Prowadziła kilka blogów internetowych, m.in. o e-handlu i zdrowiu. Współpracowała z wydawnictwami uniwersyteckimi, dbając o wysoki poziom językowy książek.